poniedziałek, 13 czerwca 2016

Od Chris'a c.d: Sav

Trzy sprawy. Trzy kurwa sprawy.
Pierwsza, nie wiem jak działa na nią to miejsce, ale kupiłbym jej całą tą zapchloną stadninę aby wyglądała i zachowywała się tak swobodnie jak dziś. Choć i tak wiem, że nigdy na to nie przystanie... A szkoda bo te pieniądze, które bym na to miejsce wydał byłyby niczym w porównaniu z tym co dziś czułem i jak się dziś czułem.
Druga sprawa jej chichot i szczery, rozbrajający uśmiech są naprawdę nieziemską sprawa. Nie wiem czy sprawia to fakt, że jest to tak unikalne i niepowtarzalne doświadczenie czy ona po prostu robi to w inny, nietypowy sposób. Ponadto figlarna i wesolutka Sav to jest.
Trzecia, nie mam do cholery bladego pojęcia co wpłynęło na jej asertywność i chęć zmieny dotychczasowego życia, że zgodziła się na moją nieskromnie mówiąc zaiście wspaniałą propozycję. Choć robię to dla niej to wgłębi duszy jestem świadom, że po części też dla siebie abym miał pewność, że jest bezpieczna i godnie traktowana.
- To chyba najpiękniejszy dzień mojego życia - wymamrotałem beztrosko i z młodzieńczym wigorem. Tak jestem świadom tego, że często zachowuję się na wiele więcej lat niż mam ale trudno taki już jestem. Podsycony emocjonującą chwilą poderwałem Sav do góry na ręce lekko ją podrzucając. Była leciutka niemalże jak piórko. Następnie ją przytuliłem i w objęciach okręciłem się z nią kilka razy.
Na ziemię sprowadziły mnie oklaski i pogwizdywania ludzi. U licha do kurwy nędzy niech zajmą się sobą i szczerze miałem ochotę im to powiedzieć ale A nie wypada mi bo jestem tu na oficjalu i B te istoty są w jakimś stopniu bliskie Savannah .
Odstawiłem ją na ziemie kątem oka widząc jak pali buraka. Nie, nie, nie zaraz mi się zamknie. Ścisnąłem ją mocniej za rękę i nisko się ukłoniłem pociągając ją za sobą.
- Dziękujemy, te gromkie brawa były naprawdę wzruszające. Nie trzeba było. - rzuciłem teatralnie przejmującym głosem, jednak jedyną osobą która mogłaby się czegokolwiek domyślać była ta która w lekim szoku stała po mojej prawicy. Odwróciłem się ponownie do dziewczyny mając głeboko gdzieś całą resztę. Hmm... W sumie niech patrzą, niech wiedzą z kim będą mieli do czynienia jak coś jej zrobią.
- Od kiedy możesz zacząć?
- Jeszcze nie złożyłam wypowiedzenia.- wzruszyła przepraszająco ramionami.
- Cudownie. Mój prawnik się wszystkim zajmie! - klasnąłem entuzjastycznie w dłonie. Jej menegerka przeczyta takie wypowiedzenie o jakim jej się nawet nie śniło.
- Chris... Ale naprawdę...
- Nie ma w ogóle dyskusji. Zajmę się tym, karta pracy musi być poprawnie uzupełniona, ah z resztą Ty się niczym nie przejmuj. Jutro ustalimy wszystkie szczegóły. Zaczniesz od stażu i przy okazji wyrobisz sobie okres próbny. Hmmm... Nie wiem jeszcze na jakie stanowisko Cie przydzielić, ale to obgadamy również jutro.
- To było z góry przesądzone? Mówisz jakbyś miał to wszystko zaplanowane. - spojrzała na mnie skonsternowana.
- Nie lubię być nieprzygotowany. Więc istnieje pewne prawdopodobieństwo, że już co nieco planowałem. - prychnąłem jakby to była oczywista oczywistość. - A poza tym potrafię być niezwykle przekonujący. - wykonałem znaczący ruch brwiami i puściłem jej oczko. Oh... Maleńka gdybyś tylko wiedziała... Twoje wypowiedzenie czeka gotowe od dawna a umowy o prace w różnych wariantach również niecierpliwie oczekują na Twój podpis, ale na swoje szczęście nie wiesz...
- Jesteś niemożliwy.
- Ah, przestań. Dobra zabieram Cię stąd. Wracasz ze mną moim super, ekstra firmowym samochodem? - zapytałem z chłopięcą radością.
- Skoro proponujesz to z takim entuzjazmem to nie mogę Ci odmówić... Jak dziecku.
- Dziecku? - zapytałem i przechyliłem lekko głowę.
- Tak, jak dziecku.
- Skoro tak mówisz. Dobra to ja lece po Twoje rzeczy do wozu trenera.
Jak powiedziałem tak zrobiłem. Tylko, że nie był to jedyny cel mojej wizyty.
- Mam do pana sprawę nie cierpiąca zwłoki. - rzuciłem poważnie.
- Tak? Co się dzieje?
- Chciałbym kupić konia na którym jeździła Savannah. - nie ma co się pierdolić. Krótko, zwięźle i na temat.
- W sensie Enzo?
- Jeżeli tak ma na imię to tak.
- Niestety ten koń nie jest na sprzedaż. - westchnął ciężko. Proszę mi wierzyć... Za odpowiednią cene wszystko jest na sprzedaż nawet pańska matka.
- Jestem pewien, że spełnie pańskie wymagania cenowe. Jest to dla mnie ważne. Proszę się nie martwić nie ja go będę dosiadał.
- Ah... Uffff... Już się niepokoiłem. - ha, zabawne.
- Chce sprawić komuś.., mi ważnemu prezent. Będzie w dobrych rękach i prawdopodobnie nadal zostanie w stadninie tylko zmieni się nazwisko właściciela na papierku.
- No nie wiem...Sam koń jest wart około 7 tysięcy dolarów, ale...
- Dam panu 10.
- To naprawdę dużo pieniędzy.
- O stan mojego konta proszę się nie martwić. Jeżeli umowa stoi to chciałbym od razu załatwić formalności i opłacić pobyt konia w ośrodku.
No i osiągnąłem swój cel. Uścisnęliśmy sobie ręce, wypełniliśmy dokumenty na nazwisko Katrick, wypisałem czek i poprosiłem o pozostawienie tego w tajemnicy. To ma być niespodzianka.Teraz jedynie poczekać na odpowiedni moment.

***

Umówiłem się z Sav w swoim biurze o godzinie 8:15. Zjawiła się punktualnie co do cła. To się ceni i to bardzo.
- Witam. - powiedziałem formalnie i wyciągnąłem w jej kierunku rękę. Tak, oddzielam życie prywatne od zawodowego. - Cieszę się, że udało się pani przybyć na czas. Proszę usiąść. - odsunąłem lekko krzesło naprzeciw siebie i kiedy Savannah siadała mogłem przyjrzeć się jej strojowi. Był śliczny i odpowiedni do sytuacji.
- Mnie również jest niezwykle miło.
- Mam pani do zaoferowania dwa stanowiska, oba równie odpowiedzialne i podobnie płatne. Jedno z nich to sprzedawca w sklepie jubilerskim, a drugie to mój asystent czyli taka sekretarka. Cenię sobie niezawodność, jednak decyzja należy do pani. Naturalnie każde ze stanowisk stwarza możliwość późniejszego awansu i dalszego rozwoju.
Nasza rozmowa przebiegła dalej bez zbędnych problemów. Chętnie odpowiadałem na pytania oraz dyskutowałem z panną Katrick. Będzie dobrym pracownikiem na jednym ze stanowisk.Poprosiłem również o szybką decyzję i odpowiedź co do decyzji, które stanowisko podejmie. Przedstawiłem też wypowiedzenie, które mam zamiar za jej zgodą przesłać do jej niemalże byłej pracy.
Tak maleńka, formalności załatwiamy per pan, natomiast w czasie przerw i poza pracą wracamy do normalnej relacji. Tak to już jest i nie podlega to zmianom.

< Sav? Co wybierzesz? ♥ >

Od Lucy c.d: Damona

Damon to taki złoty człowiek, mój mały super bohater. No właśnie i tu pojawia się pytanie czy aby na pewno tylko mój...Nie wierze, że taki super chłopak nie ma żony, narzeczonej czy chociażby dziewczyny. Aczkolwiek  wydaje mi się, iż pierwszą opcję mogę spokojnie odrzucić, bo pierścionka na palcu serdecznym brak. Tak, sprawdziłam to już co najmniej pięć razy żeby nie wyjść w razie czego na głupa. Stop, Lucy, stop. Lądujemy i wracamy na ziemię. Ty i ON? Żeś poszalała.
Cholera jasna, na śmierć zapomniałam o tym nieszczęsnym, obleśnym motelu!  Aż nawet nie chcę nawet snuć domysłów co mogło mu przejść przez myśl. W każdym razie nie dał po sobie kompletnie nic poznać, ba powiem więcej wydał się nawet dość zatroskany.
Zamieszkać u niego?  Dobra. Bardzo zatroskany.
To bardzo kusząca alternatywa ale nie mogę go aż tak wykorzystywać. To byłoby zdecydowanie nie na miejscu.
- Dziękuję Damon ale... - zaczęłam.
- Nie żartuj sobie nawet, że chcesz tu zostać. - mruknął sceptycznie.
- Już niedługo. Naprawdę.
- No to skoro nie długo to tym bardziej nie powinno być to dla Ciebie problemem.
- Przemyślę to dobrze?- powiedziałam przesłodzonym głosikiem by choć odrobinę go udobruchać.
- Jesteś okropna... Przez Ciebie nie będę mógł spać spokojnie.- prychnął.
- Za to Ty jesteś cudowny - rzuciłam radośnie. - Widzisz jak cudownie się uzupełniamy?
Zachichotałam widząc jak chłopak przewraca oczami. Robił to w niewyobrażalnie słodki sposób.
Ogólnie cały był zabójczo przystojny i do schrupania.
- Emm... Nauka wzywa - jęknęłam niechętnie - Zaproponowałabym abyś wpadł ale jutro zaczynają się zaliczenia i muszę przysiąść na tyłku.
- Jasne, nie ma sprawy. Widzimy się pod koniec tygodnia?
W piątek ostatnie egzaminy, potem wszyscy idą to oblać więc odpada. Hmm... Sobota? Mogę być niezdatna do życia choć nie mam zwyczaju się upijać, bo słynę z cholernie słabej głowy. Niedziela?  TAK! Wtedy będzie okay.
- Co powiesz na niedzielę?
- Mi pasuje. Proszę Cie raz jeszcze przemyśl czy aby napewno chcesz grzać tu miejscówę. Nie podoba mi się tu. W razie czego oferta aktualna.
- Dziękuje Ci dobry człowieku.
Wypowiadając te słowa podeszłam do niego i mocno przytuliłam na pożegnanie. O tak... Śmiało stwierdzam, że posiadam nowe uzależnienie.
Ruszyłam w kieruknu holu o ile tak można nazwać ten korytarz prowadzący do pokoi. Zerknęłam w jego kierunku raz jeszcze przez ramie gdyż czułam, że odprowadza mnie wzrokiem. Nie myliłam się. Pomachałam i zniknęłam za zakrętem.

***

Następne moje dni były dość monotonne. Bardzo monotonne. Nauka, Uczelnia, Zaliczenia, Przerwa na myślenie o Damonie, Nauka, Sen, Nauka, Nauka i Nauka. Na szczęście raczej wszystko poszło zgodnie z planem i nie będę miała żadnej poprawki. To znaczy mam taką nadzieję. Muszę przyznać trochę zapomniałam o jedzeniu i z lekka mi się schudło ale to nic, nie zaszkodzi mi.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany piątek! Tylko dwa dni i zobaczę się z Xavierem. Nie mogę się doczekać.
Po rozkazie rektora " Odkładamy długopisy" cała banda studenciaków wyleciała z sali prosto do pubu. Tak w tymże tłumie znalazłam się i ja. Gdybym miała choć odrobinę większe doświadczenie to wiedziałabym, że najpierwsiejszym i najbardziej podstawowym błędem podczas picia jest robienie tego na pusty żołądek. Jak to mówią mądry człowiek po szkodzie.
Na sali odbywają się dzikie tańce a z godziny na godzinę coraz więcej towarzyszy jest nachlanych. Ja się nie śpieszę w pełni świadoma swojej ograniczonej wytrzymałości.
Szkoda, że Damona tu nie ma... Nudzi mi się bez niego i prawdę mówiąc dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak bardzo. Niby są tu fajni chłopcy tylko, że nie tak fajni jak on i nie mam nawet ochoty ich poznawać. Usiadłam zmarnowana przy barze i zastanawiałam się co teraz robi. Po paru minutach pan barman niesamowicie zainteresował się moją osobą i zaczął po cichaczu dolewać mi do szklanki alkoholu. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. A właściwie to on gadał a ja grzecznie kiwałam głową mocząc twarz w trunku. Wódka z sokiem żurawinowym. Mój ulubiony alkohol.  Z biegiem czasu miałam wrażenie, że ilość wódki znacznie przewyższała ilość soku więc zdałam sobie sprawę, że pan Barman chyba liczy na to, że zdejmie ze mnie gacie jak urwie mi się film. Niedoczekanie kuźwa!
Chciałam zapłacić za napoje i powoli zwijac interes jednak ten nie przyjął pieniędzy. Pf. Nie to nie. Ja się prosić nie będę.
Podniosłam swoje cztery litery z krzesła i niemalże natychmiast pożałowałam tej decyzji. Świat niebezpiecznie szybko zakręcił mi się przed oczyma. CHOLERNY BARMAN... Narąbał mnie!
Uradowana i rozbawiona sama nie wiem czym zaczęłam dzielnie tuptać ku wyjściu. Na dworze było ciemno jak w dupie, ba ! Nawet ciemniej.
Wygrzebałam telefon z kieszeni jeansów i skupiłam 120% swojej uwagi aby odczytać godzinę. Okolice 2. Hm... Ciekawe czy Damonek śpi. Chce się spotkać z nim teraz!
Bez zawahania wybrałam jego numer jednak nie odebrał. Ma dziewczynę! Jak nic! Z nieco pochmurniejszym nastrojem kontynuowałam swoją tułaczkę do domu. Bip. Bip. Bip. Co to?
Telefon! O Damon!
- Damonek! Prawie jak Demonek. - zachichotałam mu do słuchawki. - Ale nie jesteś demonem jesteś raczej aniołkiem, aniołkiem stróżem.
- Lu?
- We wasnej osobie - moje umiejętności dykcyjne trenowane tyle lat w szkołach podczas lekcji śpiewu i muzyki poszły się kichać i moje słowa stały się ciężkim do zrozumienia bełkotem.
- Co sie dzieje? Wiesz która jest godzina?
- Cztyrnasta.
- Druga. Faktcznie blisko tylko, że w nocy.
- Przecież wim głuptasie.
- Ty piłaś?
- Nie...
- Piłas... Powiedz mi gdzie jesteś.
- No może... Dobra. Troseńke.
- Lucy~! Gdzie u licha jesteś?
- Nie martw się ide do domu, będę zaraz bezpieczna. Hip. Praszam.
Ups. Czkaweczka. To w sumie takie śmieszne uczucie.
- Właśnie to mnie martwi.
Już już miałam mu życzyć dobrej nocy ale padł mi telefon i połączenie zostało przerwane. Weźmie mnie za nie kuluturamną... kuluturalną...Kulu.. Ah nie ważne.
Każdy krok stawiałam z coraz większym oporem i coraz większym trudem. Obraz przed oczyma stawał się rozmazany a dźwięki dochodziły do mojej głowy jakby zza ściany. Obłęd. Istny obłęd. Prawdę mówiąc, podejrzewam że również byłam nieco najarana przez dym z jointów innych imprezowiczy.
Czułam się taka lekka, jakbym dosłownie płynęła i podejrzewam, że tak faktycznie było, gdyż przykładnym pionem  bym mojej postawy nie nazwała.
Potknęłam się  o własne nogi tuż pod motelem i podążyłam na bliskie spotkanie z podłogą ale w ostatniej chwili zostałam chwycona w pasie. Silne, męskie dłonie mocno mnie do siebie przyciągnęły.
- Nie potrzebuje pomocy! Dam rade! - zbulwersowałam się niczym mała dziewczynka.
- Mnie się natomiast tak nie wydaje. - rozległ się stanowczy, ostro wkurzony głos, który tak dobrze znałam. Tak, to on. Mój rycerz na białym koniu. Postawił mnie i puścił. Utrzymanie równowagi średnio mi się udawało więc po paru próbach poddałam się półskulona stoczyłam się na ziemię.
- Bach! - zachichotałam i klasnęłam radośnie w ręce.
Poddałam sytuację ocenie i jednoznacznie stwierdziłam, że ostro przegięłam.
- Danonek! - wyjęczałam bezradnie kiedy ponownie do mnie podszedł. Miał na sobie jeansy i luźną bokserkę więc podejrzewam że w tym spał. Pachniał nieziemsko... Jak zawsze.
- Chryste Lucy kurwa! Co Cię opętało?! Jesteś zalana w cztery dupy! Ile Ty masz u licha lat?
- Nie krzykaj... - zaskomliłam i wyciągnęłam ku niemu rączki. Nie ma bata, że wstanę sama.
O taaaak! Po chwili znalazłam sie w jego ramionach kiedy powoli mnie podnosił. Było mi smutno, że był zły... Nie zrobiłam tego umyślnie.
- Nie złośc się...Proszeee - wyszeptałam błagalnie niczym modlitwę.
- Masz w zwyczaju tak robić?
- Eee... Ne. Pierw...Jeden raz - uniosłam ku niemu jeden paluszek, na znak, że w takim stanie jestem po raz pierwszy. Wtuliłam się w niego ile sił i dałam mu mokraśnego buziaka w usta. - Jesteś moij hiroł! Znów!  O boże ! Pocaowałam Cie. To przez Ciebie ! Tak...Wina. Nie alkohol tylko taka inna wina. Podobasz mi się Danonku...Tak...Cholernie bardzo.
Prowadziłam swój bełkoczący monolog kiedy on prowadził mnie, aż nagle zatrzymałam się jak wyryta. Nie dam rady ani kroku więcej. Za bardzo mi się kręci...
- Dam...Nie moge...Ty się krecisz...
Ty się kręcisz... A podłoga jest coraz bliżej i bliżej i do mnie pędzi.
- KURWA!


< Danonku? Alkohol + Lu to nie dobre połączenie ;< Urwał jej się z lekka film, wybacz ♥ >