Powitajmy Katherine!
sobota, 23 kwietnia 2016
Od Liesel
Leżę na kanapie i wpie*am wszystko co mamy w lodówce. Znaczy... Zrobiłam
sobie takie fajne danie, nazwałam je "Kurczak z Warzywami". Składnikami
są: kurczak, warzywa i przyprawy. Nawet dobre, szczególnie dlatego, że
więcej tu jest mięsa niż warzyw, ale mniejsza z tym.
Głowę miałam opartą na puszystym podłokietniku, a nogi (jak zwykle) skrzyżowanie i położone na oparciu. Na brzuchu mam wielki garnek z moim przysmakiem i widelec w prawej dłoni, w lewej zaś jest pilot i pśtykam nim ile wlezie, puki co nic fajnego w telewizji nie leci. Zrezygnowana rzuciłam urządzenie na stół i wstałam. Trzeba w końcu rozruszać te stare kości c'nie?
- Lie! - usłyszałam krzyk Sebastian'a, dochodzący z łazienki.
- Co znowu?!- westchnęłam, leniwie podnosząc się z legowiska.
- Mam pytanie - brat wynurzył się zza drzwi z moją bluzą, która tak na marginesie była cała z błota - Co to robiło na środku łazienki?
Podrapałam się teatralnie po brodzie, udając, że się zastanawiam.
- Leżało? - spytałam, przekręcając lekko głowę w prawą stronę, jak to robi Cerv.
Po chwili dostałam moim ubraniem w twarz.
- Dzięki! - krzyknęłam i po chwili mruknęłam pod nosem ciche ku*a. W między czasie potknęłam się o coś... Co było kotem Sebastian'a. Dante... Jak ja cie nienawidzę. Kiedyś wywiozę cię do lasu, posiekam na kawałki i zakopie. Zero litości. ZERO!
- Co powiedziałbyś na mięso z kota? - Otworzyłam drzwi do łazienki i uśmiechnęłam się przebiegle.
- Czy ty przypadkiem nie miałaś iść dziś do pracy?
O ku*a! Jak na śmierć zapomniałam! Szybko zerknęłam w stronę zegarka. Wpół do piętnastej. Może zdążę. Może... Popędziłam biegiem do swojego pokoju i wyciągnęłam z szafy to co zawsze ubieram jak idę... Tam gdzie idę. Zwykłe getry, jakiś jasny podkoszulek z napisem " I'm a unicorn. I don't date with humans.", uwielbiam tę bluzkę!
Po drodze do drzwi chwyciłam torbę, telefon i klucze i bez jakiegokolwiek pożegnania wyszłam z mieszkania.
Siedzę sobie w KFC... No i sobie siedzę... I wpi*am Zinger'a. Normalnie żyć nie umierać! Tyję w oczach. Za niedługo będę wyglądała jak ciotka Sylvia...
- Pier*e to wszystko... - To były moje ostatnie słowa, kiedy wychodziłam z lokalu. Nie jechałam dzisiaj samochodem... W sumie dobrze. Mogę się teraz naje*ć i wrócić napruta w trzy du*y do domu. Seba będzie zły... Jestem dorosła i mogę robić to, co mi się żywnie podoba! Tak! Albo nie... Nie chce mieć znowu kaca, okropne uczucie.
Postanowiłam, że... Wrócę do domu! Telewizor już pewnie za mną tęskni... I kanapa... I lodówka... Kocyk z resztą też. Nie mogę ich porzucić.
- Szlag! - warknęłam gdy wpadłam na jakiegoś gościa.
< Jakiś men gotów odpisać mua? ;-; >
Głowę miałam opartą na puszystym podłokietniku, a nogi (jak zwykle) skrzyżowanie i położone na oparciu. Na brzuchu mam wielki garnek z moim przysmakiem i widelec w prawej dłoni, w lewej zaś jest pilot i pśtykam nim ile wlezie, puki co nic fajnego w telewizji nie leci. Zrezygnowana rzuciłam urządzenie na stół i wstałam. Trzeba w końcu rozruszać te stare kości c'nie?
- Lie! - usłyszałam krzyk Sebastian'a, dochodzący z łazienki.
- Co znowu?!- westchnęłam, leniwie podnosząc się z legowiska.
- Mam pytanie - brat wynurzył się zza drzwi z moją bluzą, która tak na marginesie była cała z błota - Co to robiło na środku łazienki?
Podrapałam się teatralnie po brodzie, udając, że się zastanawiam.
- Leżało? - spytałam, przekręcając lekko głowę w prawą stronę, jak to robi Cerv.
Po chwili dostałam moim ubraniem w twarz.
- Dzięki! - krzyknęłam i po chwili mruknęłam pod nosem ciche ku*a. W między czasie potknęłam się o coś... Co było kotem Sebastian'a. Dante... Jak ja cie nienawidzę. Kiedyś wywiozę cię do lasu, posiekam na kawałki i zakopie. Zero litości. ZERO!
- Co powiedziałbyś na mięso z kota? - Otworzyłam drzwi do łazienki i uśmiechnęłam się przebiegle.
- Czy ty przypadkiem nie miałaś iść dziś do pracy?
O ku*a! Jak na śmierć zapomniałam! Szybko zerknęłam w stronę zegarka. Wpół do piętnastej. Może zdążę. Może... Popędziłam biegiem do swojego pokoju i wyciągnęłam z szafy to co zawsze ubieram jak idę... Tam gdzie idę. Zwykłe getry, jakiś jasny podkoszulek z napisem " I'm a unicorn. I don't date with humans.", uwielbiam tę bluzkę!
Po drodze do drzwi chwyciłam torbę, telefon i klucze i bez jakiegokolwiek pożegnania wyszłam z mieszkania.
~*~
Siedzę sobie w KFC... No i sobie siedzę... I wpi*am Zinger'a. Normalnie żyć nie umierać! Tyję w oczach. Za niedługo będę wyglądała jak ciotka Sylvia...
- Pier*e to wszystko... - To były moje ostatnie słowa, kiedy wychodziłam z lokalu. Nie jechałam dzisiaj samochodem... W sumie dobrze. Mogę się teraz naje*ć i wrócić napruta w trzy du*y do domu. Seba będzie zły... Jestem dorosła i mogę robić to, co mi się żywnie podoba! Tak! Albo nie... Nie chce mieć znowu kaca, okropne uczucie.
Postanowiłam, że... Wrócę do domu! Telewizor już pewnie za mną tęskni... I kanapa... I lodówka... Kocyk z resztą też. Nie mogę ich porzucić.
- Szlag! - warknęłam gdy wpadłam na jakiegoś gościa.
< Jakiś men gotów odpisać mua? ;-; >
Od Damona CD Lucy
Po drodze postanowiłem zrobić zakupy, bo, jak mi się przypomniało, lodówka świeciła pustkami.
Do mieszkania wparowałem więc objuczony torbami, bo jak ja robię zakupy, to kupuję wszystko na zapas. Nie lubię chodzić po sklepach. Ughhh.
Zacząłem wpakowywać to wszystko do lodówki (i do szafek) aż w końcu rzuciłem się ze spokojem na kanapę. Zapatrzyłem się w sufit i westchnąłem głęboko. Dwa szkice na jutro. Całe szczęście, że nie są skomplikowane. Uwinę się w półtorej godzinki, ale najpierw chill. Wyjąłem telefon, żeby sprawdzić fejsbuki.
O, co to?
Otworzyłem sms'a od niezapisanego numeru.
Jeszcze raz wielkie dzięki :) Nie wiem niestety gdzie znajdował się Twój salon, więc będę miała problem aby oddać Ci kurtkę.
Lucy
Uśmiechnąłem się. A jednak znalazła wizytówkę. Szybko napisałem jej w odpowiedzi adres mojego salonu, godziny w jakich może przyjść, bo mam przerwę i względny luz, i życzyłem jej dobrej nocy. Miałem wielką nadzieję, że jeśli jutro przyjdzie jutro to da się gdzieś zaprosić. Kawa, lunch... Może kino wieczorem. Chciałbym ją bliżej poznać, buzię miała śliczną, ciekawe jaki charakter. Była nieśmiała, to na pewno, ale co dalej...?
***
Wyłączyłem budzik i przetarłem oczy. No dobra, trzeba ruszyć dupę z wyra. Zamaszystym ruchem odrzuciłem kołdrę i wyskoczyłem z łóżka. Ruszyłem do kuchni, robiąc zwyczajowo kilka skłonów i przysiadów. Zjadłem śniadanie, ubrałem się i wyszedłem, zabierając szkice.
Kiedy byłem już w salonie to kiedy nie pracowałem, sprawdzałem co chwilę telefon, patrząc czy nie ma sms'a od Lucy. Kiedy w końcu się pojawił, przyłapałem się na tym, jak bardzo się nakręciłem.
Jestem w okolicy (chyba) więc za chwilę się pojawię ;) - Napisała.
Uśmiechnąłem się i odpisałem, żeby tylko znowu się nie zgubiła i że może wpadać.
Nie minęło pięć minut i usłyszałem dzwoneczek nad drzwiami. Miała zaróżowione policzki i przyspieszony oddech, więc domyśliłem się, że biegła.
-Proszę, to Twoja kurtka-powiedziała i podała mi wspomnianą część garderoby.
-Dzięki-odparłem. Zebrałem się w sobie, bo jak nie teraz, to kiedy, i zapytałem-Co powiesz na lunch? Znam niezłą restauracyjkę niedaleko.
Lucy? Zgodzisz się? ;3
Do mieszkania wparowałem więc objuczony torbami, bo jak ja robię zakupy, to kupuję wszystko na zapas. Nie lubię chodzić po sklepach. Ughhh.
Zacząłem wpakowywać to wszystko do lodówki (i do szafek) aż w końcu rzuciłem się ze spokojem na kanapę. Zapatrzyłem się w sufit i westchnąłem głęboko. Dwa szkice na jutro. Całe szczęście, że nie są skomplikowane. Uwinę się w półtorej godzinki, ale najpierw chill. Wyjąłem telefon, żeby sprawdzić fejsbuki.
O, co to?
Otworzyłem sms'a od niezapisanego numeru.
Jeszcze raz wielkie dzięki :) Nie wiem niestety gdzie znajdował się Twój salon, więc będę miała problem aby oddać Ci kurtkę.
Lucy
Uśmiechnąłem się. A jednak znalazła wizytówkę. Szybko napisałem jej w odpowiedzi adres mojego salonu, godziny w jakich może przyjść, bo mam przerwę i względny luz, i życzyłem jej dobrej nocy. Miałem wielką nadzieję, że jeśli jutro przyjdzie jutro to da się gdzieś zaprosić. Kawa, lunch... Może kino wieczorem. Chciałbym ją bliżej poznać, buzię miała śliczną, ciekawe jaki charakter. Była nieśmiała, to na pewno, ale co dalej...?
***
Wyłączyłem budzik i przetarłem oczy. No dobra, trzeba ruszyć dupę z wyra. Zamaszystym ruchem odrzuciłem kołdrę i wyskoczyłem z łóżka. Ruszyłem do kuchni, robiąc zwyczajowo kilka skłonów i przysiadów. Zjadłem śniadanie, ubrałem się i wyszedłem, zabierając szkice.
Kiedy byłem już w salonie to kiedy nie pracowałem, sprawdzałem co chwilę telefon, patrząc czy nie ma sms'a od Lucy. Kiedy w końcu się pojawił, przyłapałem się na tym, jak bardzo się nakręciłem.
Jestem w okolicy (chyba) więc za chwilę się pojawię ;) - Napisała.
Uśmiechnąłem się i odpisałem, żeby tylko znowu się nie zgubiła i że może wpadać.
Nie minęło pięć minut i usłyszałem dzwoneczek nad drzwiami. Miała zaróżowione policzki i przyspieszony oddech, więc domyśliłem się, że biegła.
-Proszę, to Twoja kurtka-powiedziała i podała mi wspomnianą część garderoby.
-Dzięki-odparłem. Zebrałem się w sobie, bo jak nie teraz, to kiedy, i zapytałem-Co powiesz na lunch? Znam niezłą restauracyjkę niedaleko.
Lucy? Zgodzisz się? ;3
Od Lucy c.d: Damona
Nowe miasto stwarza możliwość rozpoczęcia wszystkiego na nowo, od początku niemalże od zera, rzecz jasna jeżeli nie jest się kryminalistą, o którym huczy na całym świecie... Wówczas jedyną alternatywą jest zmiana planety albo na wszelki wypadek galaktyki...
... Cóż wszystko ma też swoje wady. A tą, która najbardziej doskwiera mojej osobie jest brak znajomości topografii miasta. Naprawdę idzie się w tym wszystkim pogubić, a szczególnie już na jakiś bocznych uliczkach.
Niestety los nie sprzyjał mi również dziś, ponieważ po pracy - na którą drogę już mam opanowaną - byłam umówiona w agencji nieruchomości z pośrednikiem, który miał pokazać mi mieszkania do wynajęcia. Można by się zastanowić, skoro jeszcze nic nie mam to gdzie u licha śpię? Właśnie sama się nad tym zastanawiam, gdyż nie mam najmniejszego pojęcia do czego można to porównać.... W czymś na kształt motelu, przy czym motel to naprawdę niezły luksus. Prawdopodobnie to najgorsza melina na jaką mogłam trafić z jeszcze gorszą okolicą. Okropność, jednak stąd mam w miarę blisko zarówno do pracy jak i na uczelnie, a koszta są naprawdę niskie. Pod koniec moje, drugiej już tego dnia zmiany pośpiesznie spakowałam manatki i rozpoczęłam prawdziwą gonitwę z czasem aby zdążyć na spotkanie.
Biegłam ile sił kiedy ni stąd ni zowąd rozpętała się istna ulewa, która zaledwie po chwili nie pozostawiła na mnie suchej nitki. Ludzi z ulicy momentalnie wywiało, a ja nie będąc w stanie odczytać tabliczek z nazwami ulic szłam tak jak mniej więcej mi się wydawało, że iść powinnam. Błąd... Ogromny błąd. Po przemierzeniu kilku uliczek już nie miałam bladego pojęcia gdzie się znajduję, a dotychczasowa pogoda zaczynała znacznie się pogarszać. Grzmoty uderzały gdzieś niedaleko a porywisty wiatr szarpał wszystkim z ogromną siłą.
- Nie ma opcji... nie trafię sama - mruknęłam pod nosem rozglądając się za żywą duszą. Jedyne co spostrzegłam w pierwszej chwili to przyklejone do szyb ulicznych sklepów twarze gapiów, których doprawdy ani trochę nie przejęło moje machanie o pomoc. Kurde, przecież nie wejdę do tego spożywczaka i ich nie powyrzynam... Ludzka znieczulica nie ma granic.
Nieco zrezygnowana opuściłam głowę, jednak nadal dzielnie maszerowałam przed siebie poszukując jakiegoś punktu charakterystycznego aby odnaleźć drogę. Nic.
Kiedy było już mi zupełnie obojętne czy ten deszcz cobie pada czy też nie spostrzegłam światło w jednym z salonów tatuażu. Niewiele myśląc weszłam do środka i zapytałam o kierunek do centrum.
Spodziewając się zaraz trzeciej wojny światowej, iż wkroczyłam na prywatny teren przemoczona doznałam ogromnego szoku, kiedy tatuażysta okazał się być nadzwyczaj uprzejmy. Kiedy otuliłam się puszystym ręcznikiem i powoli starałam się odzyskać kontrole nad dygoczącym z zimna ciałem, miałam idealną okazję aby przyjrzeć się memu wybawicielowi. Był odrobinę starszy, ale jakże przystojny...Przystojny, dobry, miły... coś mi tu nie pasuje, jak na pierwsze wrażenie jest zbyt ...idealny. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w tamtej chwili w mojej wyobraźni utworzył się obraz kiedy siedzimy na kanapie opatuleni jednym, grubaśnym kocem i mamy wyciągnięte przed siebie nogi, spoczywające elegancko na puffce i skierowane w stronę kominka... Chyba mój mózg wpadł w stan głębokiej hibernacji. Trzeba go wybudzić, najszybciej jak jest to możliwe.
Szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu szukając zegarka. Już po interesie, nawet jakby miał odrzutowiec to byśmy nie zdążyli.
- Huh... To się na nic nie zda, dziękuję - mruknęłam.- Już jestem spóźniona - wzruszyłam przepraszająco ramionami.
- Czyli herbata?
- Nie będzie to konieczne.
- Cała się trzęsiesz, nie bądź nie poważna. - pokręcił z dezaprobatą głową i zniknął na chwilkę na zapleczu. Wrócił niosąc jakąś kurtkę. - Masz, ubierz moją powinno być Ci odrobine cieplej.
Już, już miałam zamiar mu podziękować kiedy napotkałam jego stanowcze, nie przyjmujące odmowy spojrzenie. Skiwnęłam lekko głową i odwróciłam się do niego plecami, a następnie ściągnęłam mokrą kurtkę oraz sweterek pozostając w samym biustonoszu. Nałożyłam jego ubranie po czym zapięłam zamek. Dwie sprawy. Pierwsza cudownie pachnie... Mogłabym zaciągać się tym zapachem cały czas jak narkotykiem, a druga ta kurtka jest niesamowicie ciepła.
Posłałam mu nieśmiały uśmiech, powinnam była pierw zapytać czy mogę tak zrobić, ah trudno.
Chwilę potem dostałam gorącą, pyszną herbatę, którą wdzięcznie się rozkoszowałam.
- Odwiozę Cie do domu, pogoda jest paskudna i nie zanosi się na poprawę, a nie możesz siedzieć taka mokra.
- Nie będzie to dla Ciebie kłopotem?
- No coś Ty.
Tak... czułabym się mocno nieswojo gdybym musiała mu powiedzieć gdzie obecnie pomieszkuje. On ideał, wzorzec męskości pewnie z zacnym mieszkankiem i głupia dziołcha, nie ogarniająca miasta w szemranej okolicy.
Dlatego też poprosiłam go aby podwiózł mnie niedaleko mojego "Motelu" tłumacząc, że dalej prowadzone są prace remontowe i bedzie miał potem problem z wyjazdem. W duszy głęboko modliłam się, by nie wyczuł mojego kłamstwa, bo kłamczuchą jestem beznadziejną.
- Dziękuję Ci bardzo - powiedziałam szczerze posyłając w jego kierunku wdzięczny usmiech i nie czekając na odpowiedź czmychnęłam pośpiesznie w odpowiednim kierunku.
Po piętnastu minutach byłam na miejscu i wygrzewałam się w łóżku nadal opatulona kurtką Damona. Ciekawe jakim u licha cudem mu ją oddam...
Nie mając lepszego pomysłu przegrzebałam kieszenie i ku memu szczęściu znalazłam wizytówkę. Xawier Damon Terence Yanney... Intrygujące... Zawsze używa drugiego imienia? A może wolał zachować swoją godność w tajemnicy... Mniejsza.
Sięgnęłam po telefon i wysłałam mu SMS na wskazany numer:
Biegłam ile sił kiedy ni stąd ni zowąd rozpętała się istna ulewa, która zaledwie po chwili nie pozostawiła na mnie suchej nitki. Ludzi z ulicy momentalnie wywiało, a ja nie będąc w stanie odczytać tabliczek z nazwami ulic szłam tak jak mniej więcej mi się wydawało, że iść powinnam. Błąd... Ogromny błąd. Po przemierzeniu kilku uliczek już nie miałam bladego pojęcia gdzie się znajduję, a dotychczasowa pogoda zaczynała znacznie się pogarszać. Grzmoty uderzały gdzieś niedaleko a porywisty wiatr szarpał wszystkim z ogromną siłą.
- Nie ma opcji... nie trafię sama - mruknęłam pod nosem rozglądając się za żywą duszą. Jedyne co spostrzegłam w pierwszej chwili to przyklejone do szyb ulicznych sklepów twarze gapiów, których doprawdy ani trochę nie przejęło moje machanie o pomoc. Kurde, przecież nie wejdę do tego spożywczaka i ich nie powyrzynam... Ludzka znieczulica nie ma granic.
Nieco zrezygnowana opuściłam głowę, jednak nadal dzielnie maszerowałam przed siebie poszukując jakiegoś punktu charakterystycznego aby odnaleźć drogę. Nic.
Kiedy było już mi zupełnie obojętne czy ten deszcz cobie pada czy też nie spostrzegłam światło w jednym z salonów tatuażu. Niewiele myśląc weszłam do środka i zapytałam o kierunek do centrum.
Spodziewając się zaraz trzeciej wojny światowej, iż wkroczyłam na prywatny teren przemoczona doznałam ogromnego szoku, kiedy tatuażysta okazał się być nadzwyczaj uprzejmy. Kiedy otuliłam się puszystym ręcznikiem i powoli starałam się odzyskać kontrole nad dygoczącym z zimna ciałem, miałam idealną okazję aby przyjrzeć się memu wybawicielowi. Był odrobinę starszy, ale jakże przystojny...Przystojny, dobry, miły... coś mi tu nie pasuje, jak na pierwsze wrażenie jest zbyt ...idealny. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w tamtej chwili w mojej wyobraźni utworzył się obraz kiedy siedzimy na kanapie opatuleni jednym, grubaśnym kocem i mamy wyciągnięte przed siebie nogi, spoczywające elegancko na puffce i skierowane w stronę kominka... Chyba mój mózg wpadł w stan głębokiej hibernacji. Trzeba go wybudzić, najszybciej jak jest to możliwe.
Szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu szukając zegarka. Już po interesie, nawet jakby miał odrzutowiec to byśmy nie zdążyli.
- Huh... To się na nic nie zda, dziękuję - mruknęłam.- Już jestem spóźniona - wzruszyłam przepraszająco ramionami.
- Czyli herbata?
- Nie będzie to konieczne.
- Cała się trzęsiesz, nie bądź nie poważna. - pokręcił z dezaprobatą głową i zniknął na chwilkę na zapleczu. Wrócił niosąc jakąś kurtkę. - Masz, ubierz moją powinno być Ci odrobine cieplej.
Już, już miałam zamiar mu podziękować kiedy napotkałam jego stanowcze, nie przyjmujące odmowy spojrzenie. Skiwnęłam lekko głową i odwróciłam się do niego plecami, a następnie ściągnęłam mokrą kurtkę oraz sweterek pozostając w samym biustonoszu. Nałożyłam jego ubranie po czym zapięłam zamek. Dwie sprawy. Pierwsza cudownie pachnie... Mogłabym zaciągać się tym zapachem cały czas jak narkotykiem, a druga ta kurtka jest niesamowicie ciepła.
Posłałam mu nieśmiały uśmiech, powinnam była pierw zapytać czy mogę tak zrobić, ah trudno.
Chwilę potem dostałam gorącą, pyszną herbatę, którą wdzięcznie się rozkoszowałam.
- Odwiozę Cie do domu, pogoda jest paskudna i nie zanosi się na poprawę, a nie możesz siedzieć taka mokra.
- Nie będzie to dla Ciebie kłopotem?
- No coś Ty.
***
Tak... czułabym się mocno nieswojo gdybym musiała mu powiedzieć gdzie obecnie pomieszkuje. On ideał, wzorzec męskości pewnie z zacnym mieszkankiem i głupia dziołcha, nie ogarniająca miasta w szemranej okolicy.
Dlatego też poprosiłam go aby podwiózł mnie niedaleko mojego "Motelu" tłumacząc, że dalej prowadzone są prace remontowe i bedzie miał potem problem z wyjazdem. W duszy głęboko modliłam się, by nie wyczuł mojego kłamstwa, bo kłamczuchą jestem beznadziejną.
- Dziękuję Ci bardzo - powiedziałam szczerze posyłając w jego kierunku wdzięczny usmiech i nie czekając na odpowiedź czmychnęłam pośpiesznie w odpowiednim kierunku.
Po piętnastu minutach byłam na miejscu i wygrzewałam się w łóżku nadal opatulona kurtką Damona. Ciekawe jakim u licha cudem mu ją oddam...
Nie mając lepszego pomysłu przegrzebałam kieszenie i ku memu szczęściu znalazłam wizytówkę. Xawier Damon Terence Yanney... Intrygujące... Zawsze używa drugiego imienia? A może wolał zachować swoją godność w tajemnicy... Mniejsza.
Sięgnęłam po telefon i wysłałam mu SMS na wskazany numer:
Jeszcze raz wielkie dzięki :) Nie wiem niestety gdzie znajdował się Twój salon, więc będę miała problem aby oddać Ci kurtkę.
Lucy
< Damonku? :D ♥♥♥ >
Subskrybuj:
Posty (Atom)