W końcu, w końcu, w końcu... Nie zniósłbym już dłużej tych wszystkich ślepi wgapiających się w moją, podkreślę moją towarzyszkę. Toż to ludzkie pojęcie przechodzi. Szczyt bezczelności i chamstwa. Dlaczego?
Ano dlatego, że nie jest to ich dama. Ano dlatego, że każdy ma prawo do odrobiny prywatności.
Ano dlatego, że musiałem czuwać przez cały bankiet, w grę przecież nawet nie wchodziła możliwość spuszczenia Savannah z oczu.
Ano dlatego, że nie lubię się dzielić. Nie tym co należy do mnie... I nie tym na co sam ciężko zapracowałem. A nie ukrywajmy proces zaznajamiania się z Sav był dość czasochłonny i zdecydowanie nie należał do najprostszych.
Natomiast z drugiej strony im się nie dziwię, gdyż błyszczała tego wieczoru jaśniej niż najjaśniejsza gwiazdka. Ta sukienka była warta każdego dolara. Właściwie to raczej nie efekt sukienki, a samej modelki... W końcu jak to mówią, ładnemu we wszystkim ładnie.
No nic, następnym razem zabiorę ją ubraną w worek na ziemniaki. Może chociaż on zniechęci tych pajaców. Taaaak. To bardzo ale to bardzo dobry pomysł.
Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem, zdziwiony pomysłem, który zrodził się w mojej głowie.
- Wybacz, za tą prawdopodobnie najnudniejszą imprezę swojego życia... Mam jednak nadzieję, że reszta wieczoru będzie choć odrobinę lepsza. - wymamrotałem czując się do tego zobowiązany.
- Nie było tak źle.
- Kłamczuszek.
-Kłamczuszek? - parsknęła śmiechem, nie dowierzając własnym uszom.
- Tak, kłamczuszek. A bo co? - mruknąłem udając naburmuszonego chłopczyka. Choć nigdy nie dopuszczam do sytuacji, w których ktokolwiek by ze mnie kpił dla niej mógłbym być obiektem żartów już na zawsze, byleby więcej się śmiała. Ma naprawdę wyjątkowy śmiech.
- Tak potoczne i na dodatek zdrobnione słowo dziwnie brzmi w twoich ustach... - wypiszczała między atakami śmiechu.
A to niby dlaczego?
- Miło mi, że wydaję Ci się zabawny.- rzuciłem lekko sarkastycznie, aby nie stracić do końca na wyrazistości.
- Wbrew pozorom często taki jesteś.
-Oh doprawdy? Dotychczas nie zarzucono mi niczego podobnego.-uśmiechnąłem się do niej ciepło.
To dopiero dało mi do myślenia. Nie chcę żeby ludzie odbierali mnie jako zabawnego. Mają czuć do mnie respekt i szacunek. To jedyne co pozwoli mi na osiągnięcie sukcesu, BEZ zbędnych incydentów czy przeszkód.
- W takim razie czas najwyższy, aby ktoś Cię w końcu uświadomił. - prychnęła.
Nowe oblicze panienki Savannah. Hmm... Podoba mi się. Pozwala mi to wierzyć w fakt, że się przy mnie otwiera.
- Igrasz z ogniem maleńka. - odparłem równie żartobliwie, bez większego namysłu. Jednak nie był to najlepszy pomysł, gdyż dziewczyna momentalnie pobladła na twarzy, a jej śliczne oczyska straciły ten nietypowy błysk. Cholera jasna, było ugryźć się w język... - To miał być żart. - zapewniłem i spojrzałem na nią z nadzieją. Niestety za późno.
Nie pozostało mi nic innego jak skupić sie na drodze i wierzyć, że na miejscu znów się rozpromieni. Po dziesięciu kolejnych minutach spędzonych w przeokropnej ciszy dotarliśmy. Przed nami znajdował się luksusowy hotel z najlepszą restauracją w okolicy, której lokalizacją był dach budynku.
Wysiadłem z samochodu i poszedłem otworzyć drzwi Savannah. Ująłem jej dłoń pomagając wysiąść z pojazdu.
- Pani pozwoli. Służę. - oznajmiłem i zgiąłem rękę w łokciu by mogła się złapać ze mną pod rękę. Zawsze wygląda to bardzo dostojnie i niewątpliwie będzie dobrze postrzegane w tym miejscu. Sav kiwnęła lekko głową i dała się poprowadzić. Ruszyliśmy w kierunku hotelowego holu kiedy rzuciłem kluczyki boyowi aby zaparkował elegancko samochodzik.
Zaprowadziłem dziewczynę do windy i klikając odpowiedni guziczek dałem jej sygnał, że chcemy się znaleźć na ostatnim piętrze.
- Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości...- wymamrotałem, w chwili gdy drzwi otworzyły się. - Czuj się swobodnie. Cały restauracyjny taras jest tylko dla nas.- zapewniłem.
Na środku stał pięknie przystrojony stolik, a z boku profesjonalnie ubrany kelner czekający na nasze zamówienia. Jednak nie to robiło największe wrażenie, bo tak naprawdę to widok bezpowrotnie zapierał dech w piersiach.
- Chłodno tu...- mruknąłem i sciągnąłem marynarkę, po czym nie czekając na odpowiedź zarzuciłem Savi na ramiona. Podprowadziłem ją do stolika. Zdawała się być w szoku, co jedynie potęgowało moją niepewność. Hmm...Powiedzieć jej od razu? Czy jeszcze nie? A co jak zaraz ucieknie? Trudno. Teraz albo nigdy.- Byłbym wdzięczny, jakbyś sięgnęła do prawej kieszeni w marynarce.
Dziewczyna bez większego namysłu wykonała polecenie i otworzyła małą książeczkę. Dowód zakupu konia, oraz wszelkie- podobno- niezbędne dokumenty. Na jej buzi malował się jeszcze większy szok oraz niedowierzanie...
- Nalepsze życzenia, z okazji znalezienia nowej pracy. - powiedziałem ciepło z udawanym spokojem.
<Savi? Sporo wrażeń :D >
poniedziałek, 26 grudnia 2016
sobota, 3 grudnia 2016
Od Damona CD Lucy
-Szczerze, mi też nie robi żadnej różnicy, co obejrzymy-odparłem. Spojrzałem na Lucy, a ona wzruszyła ramionami. Podała mi pilota, a ja zacząłem skakać po kanałach.
-Jak zwykle, w TV nic ciekawego nie ma...-mruknąłem.-Przeszukajmy więc płyty.
Chciałem zgasić telewizor, ale jednak stało się coś, co mi na to nie pozwoliło. Wysiadł prąd, a smieszkaniu zrobiło się prawie całkiem ciemno.
-Serio...?-rzuciłem w przestrzeń. Włączyłem latarkę w telefonie i przeszedłem do kuchni.-Poczekaj chwilę, skombinuję jakieś świeczki.
Otworzyłem jedną z szafek i wyjąłem z niej kilka dużych świec. Postawiłem je na ławie przed kanapą, z tylnej kieszeni jeansów wyjąłem zapalniczkę i zapaliłem je. Potem podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Latarnie się świeciły, okoliczne budynki też miały oświetlenie.
-W około wszystko jest OK-powiedziałem do siedzącej na kanapie Lucy. Podrapałem się w tył głowy.-Pójdę do sąsiadów.
Wyszedłem więc z mieszkania i zapukałem do sąsiadów. Niestety, do siebie wróciłem z niczym.
-W całym budynku nie ma prądu, zadzwonię do administracji, żeby dowiedzieć się o co chodzi-oznajmiłem od progu. Sięgnąłem po komórkę i wykręciłem odpowiedni numer.
Rozmowa okazała się być bezowocna.
-I jak tam?-spytała Lucy. Wzruszyłem ramionami.
-Jakaś masakra. Nikt nic nie wie. Dobre jest to, że obiecali kogoś przysłać. Ale nie mam pojęcia jak im to wyjdzie... Niby Nowy Jork, super wielkie miasto, genialne technologie, ale generatorów w bloku nie ma-prychnąłem.
Usiadłem na kanapie obok dziewczyny.
-Chyba nic dzisiaj nie obejrzymy - mój laptop nie jest naładowany. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?-przeczesałem włosy i rzuciłem Lucy przepraszający uśmiech.
-Nic się nie stało, nie martw się-odparła i także się uśmiechnęła.
Jejku, ale ona pięknie się uśmiecha! Tak w ogóle, nastrój zrobił się jakiś taki romantyczny... Te świece i wszystko...
Poprawiłem się na kanapie odwracając w jej stronę.
-Co chciałabyś w takim razie robić?
-Nie mam pojęcia...
-Może... Pogramy w karty? Albo w Monopoly? Albo-zrobiłem złowieszczą minę i zmieniłem ton głosu na taki horrorystyczny-poopowiadamy historie o duchach?
Zaśmiałem się i puściłem Lucy oczko. Zauważyłem, że dziewczyna zaczerwieniła się lekko, co tylko dodało jej uroku.
-A więc, co wybierasz, moja panno?-spytałem, tym razem mówiąc głosem lokaja czy innego dworzanina.
Lucy, moja panno? :*
-Jak zwykle, w TV nic ciekawego nie ma...-mruknąłem.-Przeszukajmy więc płyty.
Chciałem zgasić telewizor, ale jednak stało się coś, co mi na to nie pozwoliło. Wysiadł prąd, a smieszkaniu zrobiło się prawie całkiem ciemno.
-Serio...?-rzuciłem w przestrzeń. Włączyłem latarkę w telefonie i przeszedłem do kuchni.-Poczekaj chwilę, skombinuję jakieś świeczki.
Otworzyłem jedną z szafek i wyjąłem z niej kilka dużych świec. Postawiłem je na ławie przed kanapą, z tylnej kieszeni jeansów wyjąłem zapalniczkę i zapaliłem je. Potem podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Latarnie się świeciły, okoliczne budynki też miały oświetlenie.
-W około wszystko jest OK-powiedziałem do siedzącej na kanapie Lucy. Podrapałem się w tył głowy.-Pójdę do sąsiadów.
Wyszedłem więc z mieszkania i zapukałem do sąsiadów. Niestety, do siebie wróciłem z niczym.
-W całym budynku nie ma prądu, zadzwonię do administracji, żeby dowiedzieć się o co chodzi-oznajmiłem od progu. Sięgnąłem po komórkę i wykręciłem odpowiedni numer.
Rozmowa okazała się być bezowocna.
-I jak tam?-spytała Lucy. Wzruszyłem ramionami.
-Jakaś masakra. Nikt nic nie wie. Dobre jest to, że obiecali kogoś przysłać. Ale nie mam pojęcia jak im to wyjdzie... Niby Nowy Jork, super wielkie miasto, genialne technologie, ale generatorów w bloku nie ma-prychnąłem.
Usiadłem na kanapie obok dziewczyny.
-Chyba nic dzisiaj nie obejrzymy - mój laptop nie jest naładowany. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?-przeczesałem włosy i rzuciłem Lucy przepraszający uśmiech.
-Nic się nie stało, nie martw się-odparła i także się uśmiechnęła.
Jejku, ale ona pięknie się uśmiecha! Tak w ogóle, nastrój zrobił się jakiś taki romantyczny... Te świece i wszystko...
Poprawiłem się na kanapie odwracając w jej stronę.
-Co chciałabyś w takim razie robić?
-Nie mam pojęcia...
-Może... Pogramy w karty? Albo w Monopoly? Albo-zrobiłem złowieszczą minę i zmieniłem ton głosu na taki horrorystyczny-poopowiadamy historie o duchach?
Zaśmiałem się i puściłem Lucy oczko. Zauważyłem, że dziewczyna zaczerwieniła się lekko, co tylko dodało jej uroku.
-A więc, co wybierasz, moja panno?-spytałem, tym razem mówiąc głosem lokaja czy innego dworzanina.
Lucy, moja panno? :*
Subskrybuj:
Posty (Atom)