sobota, 21 maja 2016

Od Mike'a CD Noemi

Jeny, Noemi pięknie się śmiała. Kiedy zobaczyłem jak chcichocze zrobiło mi się cieplej na sercu. Autentycznie. Ogarnąłem się jednak, żeby nie zauważyła, że mam głupi wyraz twarzy.
-To chcesz tą czekoladę?-spytała.
-Jeszcze się pytasz-mruknąłem i ułamałem sobie po dwie kostki z białej, po dwie z karmelowej i po dwie z gorzkiej. Na początek wpakowałem do ust białą.
-Bierz wszystkie, nie wstydź się.
-Nie lubię tej z cukierkami, a mleczną zaraz sobie ułamię-odparłem kiedy już przełknąłem. Zauważyłem, że na moje słowa w oczach Noemi przeskoczyła iskierka radości. Uśmiechnąłem się do niej.-To już wiem, żeby następnym razem dać Ci czekoladę-zaśmiałem się, a ona nie skomentowała.
Za oknem uderzył piorun i huknął grzmot, ale nie z taką siłą jak poprzednio.
-No, kończy się ta burza-skomentowałem, tym razem zjadając karmelową.
-Bardzo dobrze-mruknęła tylko.-Bardzo dobrze.
Jak na życzenie w parę sekund po jej słowach wróciło światło. Zaśmiałem się.
-Kurcze, normalnie mówisz i masz...-zacząłem zdmuchiwać świeczki.
Kiedy już wszystkie były zdmuchnięte zacząłem się bawić woskiem (czy tam stearyną czy jak to się w tym przypadku nazywa). Wkładałem opuszki palców do gorącej jeszcze cieczy i patrzyłem jak tworzy się ba nich skorupka.
-Co Ty robisz...?-spytała, patrząc na mnie krzywo.
-Bawię się. Nie widać?
-Oh, bawisz się... Rozumiem...
-No co..? Nie śmiej się ze mnie!-krzyknąłem i umazałem jej nos i czoło.
-Ej no!
-Co? Ja nic nie zrobiłem-uniosłem otwarte dłonie, zrobiłem niewinną minę, a potem puściłem jej oko.
Noemi? Przepraszam, że dopiero teraz i przepraszam, że takie krótkie, ale miałam męczący tydzień i jestem wykończona po zawodach ;_;

niedziela, 15 maja 2016

Od Sav CD Christopher'a

No nie może być... Nie sądziłam, że wygram i przez myśl mi nawet nie przeszło, że spotkam tu Christophera.
-A teraz zapraszamy wszystkich zawodników, ich trenerów i zaproszonych gości na poczęstunek-oznajmił spiker. Zapozowałam jeszcze do kilku zdjęć i zeszłam z podium.
-Byłaś na prawdę niesamowita-powiedział Christopher.
-Dziękuję-odparłam.-Ale prosiłabym Cię, żebyś nie przesadzał. Wcale nie poszło mi aż tak dobrze. Poza tym-zmieniłam temat-nie wiedziałam, że jesteś współwłaścicielem TAKIEJ firmy-skierowałam się w stronę przystadninianej restauracji.
-A ja nie wiedziałem, że masz TAK wielki talent-skontrował z uśmiechem.
-Wiesz... Jazda konna to jedyne, co mi w życiu dobrze wychodzi, chociaż, no, nie zawsze-powiedziałam i kopnęłam kamyk.
-Ten koń, na którym jeździłaś... Jest Twój?
-Nie, no co Ty. Nigdy w życiu nie miałabym pieniędzy, by mieć własnego konia... To koń z tej stadniny, wypożyczają mi go na zawody-zajęłam miejsce przy stole. Przewiesiłam paski od kasku przez oparcie krzesła, tak żeby na nim wisiał.
Christopher zajął miejsce obok mnie.
-Panie Christopherze, prosimy pana tam...-zaczął właściciel.
-Dziękuję, zostanę tutaj-uśmiechnął się formalnie i odwrócił się do mnie.
-Cały czas jestem pod wrażeniem. To co robiłaś tam na placu było niewiarygodne-powiedział, a ja poczułam, że się czerwienię. Spuściłam głowę i zaczęłam bawić się łyżeczką.
Kelnerka postawiła przed nami paterę z ciastami. Sięgnęłam po szarlotkę.
-Hej, Savie! Świetnie Ci poszło!-krzyknęła Molly, dziewczyna z tutejszego KJ, która siedziała po drugiej stronie stołu.
-Dziękuję, Molly. Tobie też poszło bardzo dobrze.
-Ale nigdy nie dorównam Tobie, Savie-zaśmiała się.
-Ale kto?-włączył się nasz trener, który kończył zajadać drugi już kawałek ciasta-Savie? Sav to nasz numer jeden! Gdybyś kiedyś chciała odejść z naszego KJ zatrzymałbym Cię nawet siłą!-zaśmiał się.
-Nie zamierzam, panie trenerze, nie zamierzam-oświadczyłam.
Trener sięgnął po butelkę wódki, odkręcił ją i zaczął nalewać wszystkim po kolei. Christopher podziękował, ja także.
-Hej, Sav, z nami się nie napijesz?
-Dobrze wiecie, że nie lubię pić-powiedziałam z przepraszającą miną.
-No ej no... Dalej, chociaż za wygraną!
-Nie, dziękuję.
-To za klub jeździecki!
-Savannah powiedziała, że nie będzie piła, więc powinien pan to uszanować-odezwał się z całą stanowczością Christopher.
Trener spojrzał na niego i bez słowa odstawił butelkę.
Sięgnęłam po kolejny kawałek placka, tym razem wybierając sobie krówkę.
Zjadłam go w ciszy i wstałam od stołu. Skierowałam się do miejsca w których stały termosy z kawą i herbatą. Wzięłam szklankę i nalałam sobie kawy.
-Savannah...-usłyszałam za plecami głos trenera.
-Tak?
-Ten gość który obok Ciebie siedzi...
-Christopher-podpowiedziałam.
-Tak, właśnie. Wy coś... Razem?-spytał. Otworzyłam szeroko oczy i spojrzałam w stronę Chrisa, który od razu podchwycił moje spojrzenie.
-Nie, nie-starałam się nie spłonąć.-Za wysokie progi na moje nogi-odparłam. Trener kiwnął głową, nalał sobie herbaty i poszedł.
-Wiesz, jak coś, to chce dostać zaproszenie na ślub-krzyknął, odchodząc. Myślałam, że zapadnę sie pod ziemię.
Dodałam do kawy cukier i śmietankę, i już miałam wracać do stolika, lecz gdy się odwróciłam za mną stał Chris.
-O czym rozmawialiście?-zapytał.
-O niczym...-odparłam, lecz jego spojrzenie sprawiło, że nie potrafiłam mu nie odpowiedzieć.-Pytał się czy jesteśmy razem.
-I co mu powiedziałaś?
-Jak to co? Że nie jesteśmy razem-mruknęłam i spuściłam wzrok.
-Wiesz... Chciałbym porozmawiać z Tobą, ale na osobności.
-Mam się bać?-spytałam, robiąc przestraszoną minę.
-Przecież Cię nie pogryzę.
-Pewnie, jestem taka mała, że bez problemu połkniesz mnie w całości-zrobiłam jeszcze bardziej przerażoną minę, a potem roześmiałam się. Pierwszy raz od dłużego czasu i pierwszy raz przy Chrisie.
-Co...?-spytałam, kiedy dostrzegłam, że intensywnie się we mnie wpatruje.
-Nie, nic-odparł z uśmiechem.-Chodźmy.
Ruszyliśmy przed siebie.
-Chciałem Ci powiedzieć, że moja propozycja jest cały czas aktualna.
-Oh-mruknęłam.-Oh.
-Coś nie tak?
-Nie, wszystko dobrze. Wiesz... Przepraszam Cię za moje zachowanie, to było strasznie głupie.
-Nie przepraszaj, spokojnie...
-I chciałabym Ci powiedzieć, że przemyślałam Twoją propozycję...
-Tak?
-I jeśli rzeczywiście jest ona cały czas aktualna i jeśli na prawdę nie będzie to dla Ciebie problemem, to skorzystałabym z niej-powiedziałam i uśmiechnęłam się, spoglądając Chrisowi w oczy.
Christopher? Co ty na to? <333 Savie taka czarująca xD

Od Noemi CD Mike'a

Ciemność otaczała mnie ze wszystkich stron, czułam się osaczona, jak w pułapce. Nic nie dawało ani odrobiny światła, prócz okropnych błyskawic, które czasem rozjaśniały niebo swymi zygzakami. Nie wiem jak burzę można określić mianem malowniczej, jest straszna, ohydna. Osunęłam się po ścianie, czując jak nawał wspomnień uderza mnie gdzieś ww tył głowy. Znów poczułam na sobie te palce, obleśny oddech, obrzydliwe usta słyszałam wyraźnie każde zbereźne słowo. Wszystko przeżywałam od nowa, jak w każdą burzę. Czułam, jak łzy pieką mnie pod zaciśniętymi mocno powiekami.
- Noemi, hej, Noemi... Wszystko dobrze? - usłyszałam głos Mike'a. Zapomniałam, że on tu jest.Mężczyzna stał nade mną, przyświecając sobie telefonem. Zrobiłabym to samo, ale swoją komórkę zostawiłam, prawdopodobnie, na blacie w kuchni. Bezmyślna jestem.
Wstałam powoli, przecierając oczy. Dzięki półmrokowi na szczęście Mike nie mógł mnie zobaczyć, bo by się wystraszył. Pewnie wyglądam jak zmora. Uświadomiłam sobie, że on nadal oczekuje mojej odpowiedzi.
- Tak, jest okej. Po prostu zrobiło mi się słabo. Już mi przeszło. - odpowiedziałam. Całe szczęście, że nauczyłam się perfekcyjnie ukrywać emocje. Głos nawet mi nie drgnął, kiedy mówiłam, a w środku byłam cała roztrzęsiona.
- Jesteś pewna? - zapytał raz jeszcze, jakby się upewniał, że nie będzie za chwilę musiał wzywać karetki.
- Owszem. Jestem meteopatą, to u mnie normalne. - oznajmiłam, powracając po ciemku do kuchni.
Podeszłam do szafek i nie widząc praktycznie nic, ale z pomocą nadszedł Mike, świecąc telefonem. Zaczęłam szukać w nich świeczek (zapachowych, tylko takimi dysponuję), zapałek i czegoś na poprawę nastroju. A nic nie poprawia go lepiej niż czekolada. Wyciągnęłam sześć tabliczek; mleczną, gorzką, karmelową, wiśniową, białą i taką z cukierkami w środku, bo wiedziałam, że dwie to jak dla mnie stanowczo za mało. Podeszłam do stołu, rzuciłam na niego wszystko i usiadłam. Zapaliłam świeczkę, a kuchnie rozświetlił niewielki płomyczek. Już po chwili w kuchni roztoczyła się woń wanilii. Rozpakowałam również czekoladę, nakazując chłopakowi gestem, że ma się poczęstować i równocześnie mając nadzieję, że nie lubi tej z cukierkami.
- Naprawdę wszystko z tobą okej? Nie wyglądasz zbyt dobrze... - odezwał się Mike.
Parsknęłam.
- Och, dzięki. Serio wiesz co powiedzieć kobiecie. - skomentowałam.
Michael zmieszał się lekko, jakby nie takiej reakcji się spodziewał.
- Nie... nie chodziło mi o to... - zaczął się przede mną tłumaczyć.
Na jego słowa wybuchnęłam śmiechem, o dziwo, wcale nie wymuszonym.
- Przecież wiem, ale twoja mina była bezcenna. Już mi lepiej. - jak na złość, kiedy to mówiłam trzasnął piorun.

Mike, chyba będzie trzeba ratować :"3

Od Lex Cd Lionell'a

No nie. To się nie dzieje. No nie może być.
-Jesteś nie normalny-powiedziałam, zasłaniając oczy ręką.-Nawet się nie pytam, jak to wszystko zrobiłeś, bo czuję, że odpowiedź by mnie przeraziła.
-Oj, Lex... Daj już spokój. Chodź, zatańcz ze mną-uśmiechnął się uwodzicielsko.
-Czy Ty w ogóle pomyślałeś, co mi mogą zrobić, jak się dowiedzą, że coś takiego tu zorganizowałeś?
-Nic Ci nie zrobią, nie martw się. O wszystko zadbałem. A teraz niczym się nie przejmuj i po prostu ze mną zatańcz-uśmiechnął się jeszcze bardziej czarująco. Błagam, niech on tak nie robi, bo jeszcze trochę i się roztopię... Zupełnie nie wiedziałam, co zrobić, ale moje ciało przejęło inicjatywę.
Dałam się prowadzić Lionell'owi, pilnując, by jego ręka, która znajdowała się na mojej talii nie zsuwała się niżej.
-Dobrze tańczysz-powiedziałam. Skinął głową i uśmiechnął się. Cholera, ale on jest przystojny... I jeszcze to eleganckie ubranie... Zawsze ceniłam elegancję u mężczyzn, to rzecz, która strasznie mnie przyciąga.
Ale on się musiał postarać. Organizacja tego wszystkiego i to w tajemnicy przede mną... Czy to znaczy, że aż tak mu zależy?
Utwór się skończył. Lionell poprowadził mnie do stolika, odsunął przede mną krzesło i podsunął w odpowiednim momencie. Byłam po prostu oczarowana nim, jego zachowaniemni ogólnie tym wszystkim.
-Podoba Ci się?-spytał, jakby czytając w moich myślach. Skinęłam głową na potwierdzenie. Lion wziął lampkę wina i uniósł ją do góry w geście toastu.
-Za znajomość-uśmiechnął się. Ja zrobiłam to samo.
***
Staliśmy pod drzwiami mojego mieszkania.
-Co tu więcej mówić. Wieczór był wspaniały-powiedziałam, opierając się o drzwi.
-Cieszę się, że Ci się podobało-odparł z uśmiechem i popatrzył mi w oczy.
Atmosfera w lokalu była wprost magiczna. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się i jeszcze trochę tańczyliśmy. Otworzyłam się przed nim, ale tak na prawdę nie powiedziałam mu o sobie nic prywatnego. To nie ten level znajomości. Nie miałam zielonego pojęcia co się ze mną stało, ale ta cała akcja... Podobało mi się to. Bardzo.
Po wszystkim Lion uparł się, że odprowadzi mnie do domu, więc co miałam zrobić. Nie minęło wiele czasu, a szliśmy trzymając się za ręce. I to, jak mi się wydawało, złapaliśmy się za dłonie z mojej inicjatywy.
Lex, co się z tobą dzieje?! Czy to... zakochanie? Nie, no bez przesady... Znasz go parę dni.
-Hej, ziemia do Lex... Żyjesz?
-Przepraszam, powtórzysz? Zamyśliłam się.
-Pytałem się, czy zobaczylibyśmy się jutro.
-Wiesz... Z chęcią-uśmiechnęłam się.
-To o dwudziestej w klubie "Pod Palmami"? To nie daleko stąd. Pasuje Ci?
-Pasuje-kiwnęłam głową. Przygryzłam wargę i spojrzałam mu w oczy.-Wiesz... Chciałam podziękować Ci za dzisiejszy wieczór. Było na prawdę niesamowicie. Jeszcze nikt czegoś takiego dla mnie nie zrobił.
-Nawet nie wiesz, jak cieszą mnie Twoje słowa-uśmiechnął się szeroko. Także się uśmiechnęłam, a potem... Nie no, coś jest ze mną zupełnie nie tak... Potem go pocałowałam. Na początku nieśmiało, bardzo delikatnie, a później, z każdą chwilą coraz pewniej i namiętniej. Nasze języki bawiły się ze sobą, a ten jego znalazł szczególne upodobanie w bawieniu się kolczykiem w moim języku.
Lionell wplótł dłoń w moje włosy, a ja zarzuciłam mu ręce na szyję. Pocałunek był niesamowicie długi, ale to było to, na co oboje czekaliśmy. W końcu odkleiłam się od niego, żeby złapać powietrze, ale wtedy dotarło do mnie, jak głupio postąpiłam. Całuję się z ledwo znanym mi facetem, który teraz zacznie sobie obiecywać nie wiadomo co. Ale co mi tam, czasu się nie cofnie.
-Wow-mruknął Lionell i przeczesał włosy palcami.-Wow.
Moja twarz płonęła już od dłuższej chwili, ale teraz poczułam, że jeszcze chwila przy nim i zapalę się cała.
-Jest już późno. Muszę iść-mruknęłam i otworzyłam drzwi kluczami wyjętymi z kieszeni.-Do jutra-uśmiechnęłam się.
-Do jutra-odparł.
***
Cały dzień rozmyślałam o wczorajszym wieczorze. O naszym pocałunku i ogólnie o tym wszystkim...
Za chwilę znowu się z nim zobaczę. Czy będę wiedziała jak się zachować po tym, co stało się wczoraj? Nie ważne. Szykuj się, Lex, bo zaraz się spóźnisz.
Zaczęłam suszyć włosy, potem rozczesałam je. Wzięłam kosmetyczkę i zaczęłam robić sobie standardowe wieczorowe smokey eye. Kiedy skończyłam pobiegłam do szafy i zaczęłam przeglądać jej zawartość. Co by tu ubrać... Mój wybór padł na białą bandażową sukienkę. Strasznie obcisłą, ale przez to ładnie podkreślała moją figurę. Do tego złote dodatki i buty a'la rzymianki. No i moje ulubione perfumy. W klubie na pewno będzie gorąco (cokolwiek miałoby to znaczyć) więc myślę, że taki strój całkiem pasuje.
Pojawiłam się pod klubem parę minut po dwudziestej. Lion już tam był. Podeszłam do niego i przywitałam się.
-No no no...-pokręcił głową z uznaniem.
-Co takiego?-spytałam, modląc się, żebym się nie czerwieniła.
-Nic. Po prostu pięknie wyglądasz-uśmiechnął się i poprowadził mnie do wejścia trzymając dłoń na mojej talii.
Zamówiliśmy drinki (uparł się, że on stawia), wypiliśmy je i poszliśmy tańczyć. Po paru piosenkach wróciliśmy z powrotem na stołki barowe. Zamówiliśmy kolejnr drinki.
-Fajny ten klub!-powiedziałam, przekrzykując muzykę.
-Też go lubię! Do nie fajnego bym Cię nie zabrał!-uśmiechnął się. Rozmawialiśmy dosyć długo, a ja parę razy przyłapałam Lionell'a na spoglądaniu na kogoś za mnie. Za którymś takim spojrzeniem po prostu się obróciłam i zobaczyłam jakąś dziewczynę, która wpatrywała sie w Lion'a jak w obrazek. Ciekawie...
Dopiłam drinka i oznajmiłam, że muszę iść do łazienki.
Jakie zaskoczenie czekało mnie kiedy wróciłam.
Ta szmata siedziała Lionell'owi na kolanach i całowała się z nim. A on.. No cóż, nie bronił się, a wręcz przeciwnie.
-No nie. No po prostu k.rwa no nie-warknęłam w mym rodzimym języku.-Co szmaciarz, co za łajza...
Lionell zobaczył mnie i wręcz zrzucił z siebie tą dziewczynę.
-Lex, to nie tak jak myślisz!-krzyknął, a mi zachciało się śmiać.
-Tak, tak. Rzuciła się na Ciebie. Właśnie widziałam-warknęłam. Zabrałam moją torebkę i nie czekając na jego wyjaśnienia wypadłam z klubu. Szłam prosto do siebie, w końcu ten cały klub był niedaleko. Przed budynkiem, w którym mieściło się moje mieszkanie przystanęłam, by wyciągnąć klucze do drzwi na klatce.
-Cześć piękna-usłyszałam tuż przy uchu. Wzdrygnęłam się i chciałam odejść, ale ten ktoś mnie złapał, i to tak, że nijak nie mogłam się wyrwać.
-Nie uciekaj. Chodź, pobawisz się ze mną-wyszeptał ten ochydny głos. Ręce napastnika zaczęły wędrować po moim ciele i jak można się domyśleć, nie omijały "strategicznych" punktów. Chciałam krzyknąć, ale ten mężczyzna zatkał mi usta.
-Tylko piśnij, a zgwałcę cię i zostawię w krzakach jak ścierwo. Rozumiesz? Lepiej bądź grzeczna...
-ZOSTAW JĄ!!! Zostaw ją, zboczeńcu!-krzyknął ktoś, a ja dopiero po chwili zrozumiałam, że to Lion.
Lionku, ratuj!

sobota, 14 maja 2016

Od Lionell'a c.d: Lex

Ok, ok... Odrobinę przesadziłem ale to nie moja wina, że miała mnie totalnie w poważaniu choć jak sama powiedziała mój ryj jest niczego sobie... Chce wojny? Będzie miała wojnę. Ja nie odpuszczę, a już na pewno nie teraz kiedy wiem jaki ma apetyczny tyłeczek.
Nieco zalany wróciłem do domu i zacząłem się zastanawiać jak rozegrać jutrzejszy dzień. Do głowy wpadło mi wiele pomysłów, jednak ten, który pojawił się ostatni w mojej głowie uznałem zdecydowanie za najlepszy. Jeszcze nigdy się  tak nie fatygowałem dla jakiejś głupiej randki ale ja nie podejmę rękawicy? JA?
Położyłem się spać i skoro świt, zabrałem się ze realizacje mojej małej niespodzianki. Jak ona nie przyniesie oczekiwanego skutku to nie mam pojęcia co jeszcze mogę zrobić. No ale zobaczymy.Kaca nawet nie miałem, także mój nastrój nie był taki zły jak mógłbym się spodziewać.Wykorzystałem swój cały urok osobisty aby dowiedzieć się tego co koniecznie by dopiąć wszystko na ostatni guzik.
Zadbałem o to by Lex niczego się nie domyśliła i o to by mnie nie widziała. A co tam, niech żyje w przekonaniu, że mam na nią wylane. Może straci trochę na pewności, co poskutkuje jeszcze większym powodzeniem.

***

Wieczorem na chwile przed zakończeniem jej pracy upewniłem się, że wszystko jest gotowe i zająłem swoje miejsce przy stole. Zerkając co chwilę na zegarek odtwarzałem w głowie trasę, którą teraz przemierza niczego nieświadoma dziewczyna.
Przebiera się teraz prawdopodobnie na zapleczu po to aby ubrać swoją marynarkę, następnie kieruje się ku wyjściu, przy którym wisi pęk kluczy, którymi musi zamknąć lokal. Zmierza ku wyjściu z zamiarem zamknięcia drzwi i  wówczas uświadamia sobie, że żaden z kluczy nie pasuje. Jest zmieszana i teraz rozbrzmiewa muzyka z sali głównej.
Nikogo w lokalu nie ma więc idzie to sprawdzić i pokazuje się w drzwiach.Sala jest urządzona skromnie lecz klimatycznie. Kwiaty, jakieś pojedyncze świeczuszki, ładny zapach i delikatna muzyka... Wchodzi do środka i pierw ogląda wnętrze pomieszczenia nie ma żadnych innych stolików poza tym, przy którym siedzę ja. Stół jest nakryty, stoją na nim kieliszki do wina i delikatne, smaczne potrawy a ja w ręku obracam pęk kluczy.
- Czyżbyś tego szukała? - uśmiecham się sam do siebie. - To jak, może się do mnie przyłączysz i zatańczymy? Bella dama, por favor. - mruczę, wstaję i powolnym rytmicznym krokiem zbliżam się ku dziewczynie wyciągając rękę w jej kierunku by porwać ją do tańca. Jestem ubrany elegancko jednak też nie nad zbyt formalnie. Jeżeli ta laska na to nie poleci to oficjalnie uznam się za homoseksualistę i zabiorę się za facetów.

< Lex? xD Lajon ma być homo ? >

Od Chris'a c.d: Savannah

Jeny totalnie jej nie rozumiem... Te ucieczki, po prostu nie potrafię jej rozgryźć. Od początku naszej znajomości ona tylko ucieka i ma na mnie wyłożone. Nie udało nam się przeprowadzić ani jednej normalnej konwersacji, a każda próba jej podjęcia kończy się totalną klapą.
I oto jetem tu i teraz, kiedy po raz kolejny dziewczyna wsiada do pojazdu i znika mi sprzed oczu bez żadnego wyjaśnienia, bez w ogóle niczego. Ale w sumie po co miałaby to robić? Nie znamy się prawie w cale i może zależy jej na tym aby tak pozostało.
Trudno.
Zmarnowany wróciłem do domu i po raz pierwszy od dawna sięgnąłem po butelkę whisky i pozwoliłem sobie na to by przejęła ona nade mną kontrolę. Rzadko kiedy pozwalam sobie na utratę kontroli w jakiejkolwiek sprawie... Ale czasem trzeba. Niesamowicie bolało mnie to, że dziewczyna nie chciała przyjąć pomocy, którą miała na wyciągnięcie ręki. Ja takowej nigdy ale to nigdy nie dostałem dlatego też o wiele trudniej jest mi to pojąć. Na siłę świata nie zbawię... i prawdę mówiąc nie mam zamiaru tego robić.
Siedziałem głęboko w fotelu z rozpiętą u góry koszulą  i poluzowanym krawatem, gdyż nie miałem siły się nawet przebrać. Omiotłem wzrokiem moje niewielkie mieszkanko, które już niedługo przestanie być moje. Taaaak, jeszcze tylko chwila i przeniosę się gdzieś indziej. Rozważam jeszcze opcje, czy korzystniej będzie pozostawić je pod wynajem czy może od razu sprzedać. Na nieruchomościach znam się odrobinę mniej niż na giełdzie papierów wartościowych i kamieni szlachetnych jednakowoż wszystkiego można się douczyć... Wystarczy jedynie chcieć... No właśnie chcieć. Cóż jak niektórzy wolą stać w miejscu niż chcieć się ruszyć to ich sprawa, a mnie nic do tego z taką różnicą że wszytko w około nas płynie. Panta rhei. Dlatego też nie powinniśmy się zatrzymywać.
Wyciągnąłem właśnie rękę aby sięgnąć po szklankę kiedy zadzwonił mój telefon. Cudownie, po prostu fenomenalnie. Z niewielkim promyczkiem nadziei zerknąłem na wyświetlacz, że pojawi się na nim numer Sav. Skąd go mam niech pozostanie już moją słodką tajemnicą. Niestety, szef.Cóż świat biznesu nie jest litościwy i nie czeka.
- Tak?
- Jones?
- We własnej osobie. - wymamrotałem.
- Brzmisz jakoś... inaczej ..?
- Co się stało?
- Ciebie mógłbym zapytać o to samo. - peplał zmartwiony. U licha starcze przejdźże do rzeczy.
- Nic poważnego. Zamieniam się w słuch. - rzuciłem stanowczo. Moje życie, moje problemy, nie jego biznes.
- Jesteśmy sponsorami zawodów, o których Ci kiedyś wspominałem. Tak sobie pomyślałem, że cudowną reklamą byłoby gdybyś się tam zjawił i rozdał nagrody. Co Ty na to, Jones?
- Nie. - mruknąłem jak naburmuszony nastolatek.
- No nie daj się prosić!  To darmowa reklama.
- Powiedziałem już, nie podlega to dyskusji.
- To polecenie służbowe. Jedziesz i koniec kropka chłopcze. Straszliwy z Ciebie osioł.
-Mhm...
- Jutro o 6 przyjedzie po Ciebie samochód służbowy. Dowiem się, jeżeli tam się nie stawisz.
- Oczywiście. - burknąłem i przerwałem połączenie. Go też nie rozumiem, ja bym sobie nie pozwolił aby mój podwładny tak na mnie burczał, ten człowiek musi mnie po prostu wielbić. Tym bardziej, że takich jak ja to na pęczki, ba nawet masa lepszych.
Niezadowolony dopiłem zawartość szklanki i poszedłem spać. Wygląda na to, że ktoś zorganizował mi jutrzejszy dzień...

***

Na miejsce dojechaliśmy krótko przed rozpoczęciem zawodów, na dobrą sprawę niespecjalnie wiedziałem gdzie się znajduję jednak to miejsce wydawało mi się dość znajome. Zignorowałem to uczucie i pomaszerowałem dostojnie ubrany do  kierownictwa tegoż wydarzenia dowiedzieć się co i jak. Zostałem przywitany ciepło z nadmierną życzliwością, no ale to ich przykry obowiązek kiedy idzie o sponsoring.  Dowiedziałem się, że moja obecność będzie potrzebna w ostatniej części czyli na rozdaniu nagród ale jeżeli mam ochotę to mogę pooglądać. Szczerze? Wali mnie to.
Udałem się do części VIPowskiej tam gdzie miejsce grzali sędziowie i organizatorzy oraz jakieś obce mi gwiazdy. Rywalizacja rozpoczęła się punktualnie więc zająłem miejsce gdzieś na uboczu upewniając się, że nikt mnie nie widzi i mało dyskretnie przysypiałem z deka zmęczony wczorajszym wieczorem. Już niemalże odpływam kiedy jakiś nerwowy, szybki i co najlepsze dobrze znany mi ruch przykuwa moją uwagę. Przecieram oczy i wstaję by przyjrzeć się bliżej. Savannah, jak żywa. Nie no to chyba jakiś żart, to przecież nie możliwe. Zerkam pośpiesznie na budynek, w którym dostrzegłem coś znajomego. Symbol. Tak cholera! Savannah pojechała wczoraj na zwody, na te zawody. Po prostu nie wierzę.
Cóż skoro las chciał to tak musi być. Korzystając ze sposobności i z jej niewiedzy o mojej obecności przyjrzałem jej się uważnie jak dostojnie prezentuje się na dużym koniu. Jest spokojna, rozluźniona i sprawa wrażenie szczęśliwej. Zupełnie inaczej niż w moim towarzystwie... Wyglądają razem nieziemsko. Para idealna rozumiejąca się bez słów i choć nie mam zielonego pojęcia jestem pewien że zajmie jakieś miejsce na podium.
Czekam do końca zawodów i ogłoszenia wyników z niecierpliwością gdyż mam cholerną ochotę wręczyć jej nagrodę. No i wreszcie sie doczekałem.
- A wyniki ogłosi współwłaściciel największej firmy jubilerskiej w Stanach Zjednoczonych, która hojnie wspiera nas finansowo. Powitajmy go gromkimi brawami.
Nie jestem formalnie współwłaścicielem ale ok. I nasza firma lekko wykracza poza Stany ale też ok. Ruszam ku podium gdzie do rąk zostaje mi wciśnięta biała koperta.
Rzucam krótką przemowę o tym, że piękne jest zaangażowanie młodych ludzi o tym, że warto to wspierać bla bla... Następnie czytam wyniki od 3ciego miejsca ale ani na nim ani na drugim nie pojawia się nazwisko Savannah. I choć po raz pierwszy czytam ten świstek papieru wiem, że teraz się ono pojawi.
- A pierwsze miejsce zajmuje.... - du du duum, zostawiam ciszę pełną napięcia. -Savannah  Katrick! Moje serdeczne gratulacje!
 Zerkam na Sav i widzę, że jest w szoku. Oniemiała. Po pierwsze dlatego, że mnie widzi po deugie na pewno nie sądziła, że to wygra. A tu proszę dwie niespodzianki. Idzie powoli wpółprzytomna jakby nie kontaktowała z rzeczywistością.
- No proszę, proszę któż by pomyślał ale znów się spotykamy. - powiedziałem ciepło i wręczyłem jej nagrodę. Fotograf strzelił nam kilka fotek. - Gratuluje byłaś niesamowita.- dodałem dumnie. Zuch dziewczyna. Ciekawe czy i teraz ucieknie... Ale błagam nawet chyba ona wie, że to nie przypadek, że los nas znów umieścił w tym samym miejscu...

< Sav? Co Ty na to? ♥ xD Moje gratulacje >

czwartek, 12 maja 2016

Od Mike'a CD Noemi

-Niech Ci będzie-uśmiechnąłem się. Dziewczyna weszła do środka, a ja podążyłem za nią. W przedpokoju zdjąłem buty i odwiesiłem kurtkę. Rozejrzałem się po mieszkaniu. Było niewielkie, ale bardzo przyjemnie urządzone. Dosyć nowocześnie, ale nawet przytulnie. Podobały mi się też dobrze dobrane dodatki.
-Masz na prawdę ładne mieszkanie-powiedziałem. Noemi skinęła głową na podziękowanie. Weszła do kuchni i zaczęła grzebać po szafkach. Ja stałem oparty o futrynę. Dziewczyna wyjęła z szafki puszkę z jedzeniem dla psów i zaczęła nakładać im ich zawartość do misek. Zwierzaki przybiegły gdy tylko usłyszały dźwięk otwieranej konserwy. Czujne bestie. W końcu Noemi wrzuciła pustą puszkę do kosza i obejrzała się na mnie.
-Chcesz coś do picia?-spytała. Kiwnąłem głową.
-Poproszę herbatę. Najlepiej zieloną, jeśli masz-uśmiechnąłem się. Pozwoliłem sobie usiąść i zacząłem obserwować dziewczynę. Wyjęła z szafki herbatę, ale nie mogła poradzić sobie z kubkami. Próbowała je sięgnąć i nie mogła, więc wstałem i jej pomogłem. Sięgnąłem dwa i postawiłem na blaciem
-Dzięki-mruknęła cicho.
-Spoko. Polecam się na przyszłość-zaśmiałem się i puściłem jej oko. Za oknem pojawiła się błyskawica i niemal od razu huknął grzmot. Dziewczyna wyraźnie się spięła.
-Boisz się burzy?-spytałem, marszcząc brwi. Nic nie powiedziała, zalała herbatę i postawił ją na stole.
-Dziękuję-powiedziałem i przysunąłem kubek do siebie. Musiałem zaczekać parę minut, żeby herbata była dobrze zaparzona. Spojrzałem na Noemi, która wbiła wzrok w stół.
-To... Jak znalazłaś się tutaj, w Nowym Jorku?-spytałem, żeby przerwać przedłużającą się ciszę. Podniosła na mnie oczy.
-Tak jakoś... NY mi się podoba, więc po prostu tutaj mieszkam-odparła. Skinąłem głową. Nie chciała mówić, to nie będę drążyć tematu. W pokoju obok coś upadło, a psy zaczeły szczekać. Noemi wstała i poszła zobaczyć co się stało, a ja odprowadziłem ją wzrokiem. Wyjąłem torebkę herbaty, odłożyłem ją na mały talerzyk, wsypałem do kubka dwie i pół łyżeczki cukru i zamieszałem. Zapatrzyłem się w okno słuchając, jak dziewczyna poucza psy. I wtedy błysnęło i zagrzmiało strasznie głośno. A potem jeszcze raz i znowu. Za którymś z kolei takim hukiem w mieszkaniu zgasło światło. W pokoju obok nagle zrobiło się cicho.
Wstałem, włączyłem latarkę w telefonie i poszedłem do drugiego pokoju.
-Noemi, hej, Noemi... Wszystko dobrze?-spytałem.
Noemi? I jak, trzeba ratować? :D

poniedziałek, 9 maja 2016

Od Nabi

Błądziłam po mieście, szukając osiedla, na którym mieszka moja przyjaciółka. Normalnie sprawdziłabym gdzie jest w nawigacji w telefonie, albo zadzwoniłabym do Noemi, by ta po mnie przyszła, niestety rozbiłam telefon kiedy wysiadałam z pociągu. Dlatego teraz chodziłam wte i wewte, taszcząc za sobą cztery walizki i torbę z kotem w środku i próbując uporać się z mapą miasta.
W końcu udało mi się jakimś cudem trafić na odpowiednie osiedle. Blok i mieszkanie znalazłam już bez większego problemu. Zapukałam w drzwi z ciemnego drewna i odgarnęłam kosmyk włosów z twarzy, czekając na jakąś odpowiedź, czy reakcje. Nic, zero. Zniecierpliwiona ponownie załomotałam w drzwi, zagryzając wargę. Po chwili rozległy się kroki, szczęk zamka i z mieszkania wyłoniła się rudowłosa postać.
- Co? - zapytała poirytowana.
Prychnęłam pod nosem.
- Noemi, tak się witasz z przyjaciółką? - odpowiedziałam z wyrzutem, jednak moją twarz rozjaśnił uśmiech i po chwili wpadłyśmy sobie w ramiona.
- Miałaś zadzwonić. - jęknęła Noemi. - No dobra, co tym razem zrobiłaś z telefonem?
- Upuściłam. I się rozbił. Pomożesz mi wnieść bagaż? - zrobiłam błagalną minę, a Noemi parsknęła śmiechem.
Weszłam wgłąb mieszkania, rzuciłam walizki na podłogę, a sama wylądowałam na kanapie. Gdzieś spod stołu dobiegło mnie głuche warczenie.
- A to co? - zapytałam, wskazując na jasnobrązowego psa, który szczerzył do mnie zęby.
- A to co? - spytała Noemi, patrząc na mojego kota.
- Mój kot. Może tu zamieszkać, prawda?
Nie mogła mi odmówić.
*~*~*
Siedziałam za ladą przypatrując się klientom, którzy przy stolikach pili kawę, czytali książki, albo siedzieli z mordkami w telefonach. Oparłam głowę na zaciśniętej pięści, wzdychając cicho. Jeszcze godzina i kończę zmianę. W sumie fajna ta praca, tylko mój szef jest perwersyjnym zboczeńcem, ale całkiem sympatycznym.
Dzwoneczek nad drzwiami zagrał swoją cichą melodię, zwiastując nadejście gościa. Do środka wszedł młody mężczyzna, obrzucił wnętrze chłodnym, prawie oskarżycielskim spojrzeniem i zajął miejsce przy dwuosobowym stoliku, w rogu sali. Szczerze mówiąc trochę mnie przerażał chłód, który od niego bił.
Wstałam powoli i przylepiłam na twarz wcale nie wymuszony uśmiech. Podeszłam do niego powoli.
- Dzień dobry. - zagadnęłam z uśmiechem - Co podać?

Któryś chłopak mógłby dokończyć?

Uwaga!

Witajcie C:
W tym poście chciałabym Wam powiedzieć o paru rzeczach. 
Po pierwsze: jedna z administratorek, Ewiana (Lionell, Lucy, Christopher), jest nieobecna do 11 maja (włącznie). Dlatego proszę o wysyłanie opowiadań i formularzy do mnie, czyli Anomalia.
Po drugie: chciałabym Wam przypomnieć o KONIECZNOŚCI pisania opowiadań, a szczególnie proszę o napisanie PIERWSZEGO opowiadania, jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił.
Po trzecie: proszę Was o zgłaszanie nieobecności. Czyli jeżeli gdzieś wyjeżdżacie i nie macie jak pisać, czy po prostu nie macie czasu, żeby pisać, zgłoście to. Wtedy wszystkim nam będzie żyło się łatwiej będziemy wiedzieli, co z daną osobą się dzieje.
Pozdrawiam,
~Anomalia.

niedziela, 8 maja 2016

Nowa!

Powitajmy Nabi!

Od Noemi CD Mike'a

Poszedł. Muszę przyznać, że jest całkiem taktowny. Z cichym westchnieniem ponownie usiadłam na ławce, zastanawiając się czy Michael się już poddał. Jeżeli tak to szkoda, wydawał się całkiem ciekawy. W sumie miły gość i nawet całkiem... fajny. Mój wzrok padł na coś, co leżało nieopodal mnie. Sięgnęłam po ów przedmiot. Portfel. Aha, ja to zawsze szczęście mam. Zawołać go czy ryzykować kolejne spotkanie? Czy ja podświadomie nie chcę spotkać go jeszcze raz?
Nie mogę myśleć ten sposób. Och, po prostu oddam mu ten cholerny portfel.
Zawołałam Michaela. Odwrócił się i podszedł do mnie, pytając o co chodzi. Wyszłam w jego stronę, wyciągając ku niemu wolną rękę (w drugiej trzymałam smycze).
- To twoje... - powiedziałam, a w moim głosie było słychać niepewność, jakby cień zawahania.
- O, dzięki. - uśmiechnął się lekko.
Jeszcze jedna jego cecha, którą udało mu się wyłapać. Na pewno zapominalski. Korciło mnie żeby zapytać, czy zawsze o wszystkim tak zapomina, ale zrezygnowałam z tego pomysłu. To wywołało między nami niezręczną ciszę.
Nagle gdzieś niedaleko coś niesamowicie huknęło, niebo, z którego luną deszcz rozświetliła błyskawica, przecinając je na pół. Nie ma niczego takiego, czego bałabym się bardziej niż burzy. Sparaliżowały mnie niezbyt przyjemne wspomnienia.
Ocknęłam się dopiero, kiedy Mike lekko szarpnął mnie za ramię. Odskoczyłam od niego, przestraszona.
- W porządku? - zapytał. To dziwne, ale zdawało mi się jakby rzeczywiście się mną przejmował.
- Jasne. - odparłam chłodno. - Mmm... lepiej stąd chodźmy. - zaproponowałam.
Michael nie odpowiedział mi, tylko poszedł za mną. Kierowałam się w stronę mojego osiedla, oczywiście chłopak próbował wcisnąć na mnie swoją kurtkę, ale, z wielkim trudem, odmówiłam. Tym razem byłam, jak na mnie, nawet miła i powiedzmy, że przyjaźnie nastawiona. Nawet wywiązała się miedzy nami jako taka rozmowa, jeśli można to tak nazwać. Bo głównie Michael się odzywał. Dlaczego on musiał być takim ideałem faceta? Ugh, jakby był zwykłym, pospolitym dupkiem i skończonym idiotą poradziłabym sobie szybciej. A tak, to nie miałam pojęcia co robić. Wreszcie znaleźliśmy się pod moim blokiem. I ja, i on zdążyliśmy już doszczętnie przemoknąć.
- No to ja już będę leciał. - powiedział.
- Żartujesz sobie? Nie ma mowy, w tak ulewę... Wejdź. - oparłam się o drzwi, które nie chciały ustąpić, ale w końcu otworzyły się.
Mike zaśmiał się.
- Jeżeli nie wejdziesz, będę miała wyrzuty sumienia z twojego powodu - powiedziałam zgodnie z prawdą. To nie moja wina, że tak mam. - więc bądź tak miły i wejdź do środka chociażby dla świętego spokoju.

Mike, wejdziesz?

sobota, 7 maja 2016

Od Mike'a cd Noemi

Szczęście w nieszczęściu, że niedawno postanowiłem skompletować domową apteczkę i z moją sklerozą zapomniałem wyjąć z kieszeni spodni opatrunki. Ucieszyłem sie więc, gdy wyjąłem z kieszeni bojówek gazę jałową, octenisept i plaster na rolce. Dziewczyna spojrzała się na mnie dziwnie, ale nic nie powiedziała. Rozgiąłem delikatnie jej dłoń, popsikałem płynem odkażającym, a potem przyłożyłem do rany gazę i przykleiłem ją plastrem. Po wszystkim schowałem rzeczy do kieszeni.
-Pójdę po psa-oznajmiłem.
-Lepiej nie...
-Spokojnie.
Przeszedłem parę kroków, i zobaczyłem, że pupil Noemi nieszczęśliwie zakręcił się linkąwokół nogi ławki. Podszedłem do ławki i spokojnie spróbowałem go (ją, bo to suczka) uwolnić. Szybko mi się to udało, więc pewnie chwyciłem linkę w dłoń i poprowadziłem psa do jej właścicielki.
-Myślę, że możemy kontynuować spacer-uśmiechnąłem się lekko. Tak w ogóle, jak one się wabią?
-To jest Barbie. A Hero biega gdzieś tam-mruknęła.
Wyglądała na niezadowoloną. Ciekawe, co takiego zrobiłem, przecież byłem miły... No cóż, czuję, że nigdy nie zrozumiem kobiet.
-Coś się stało?-spytałem.
-Wszystko w porządku-odparła, a ja domyśliłem się, że na 99% nie wszystko jest w porządku. Postanowiłem dłużej dziewczyny moją obecnością, bo wyraźnie coś jej nie pasowało. Zawsze mogłem zobaczyć się z nią kiedy indziej, lub znowu wjechać w nią wózkiem w markecie (ale przysięgam, to nie było specjalnie!). Wyjąłem z kieszeni portfel, z niego kartkę, a z innej mały długopis. Na skrawku papieru zapisałem mój numer.
-Proszę. Nie będę Cię już dzisiaj męczył. Jeśli chcesz to zadzwoń. A co do kwiatów, to moja mama ma lekkiego kota na ten temat i wiem, że pomarańczowe, czyli herbaciane róże to "pomost" pomiędzy przyjaźnią, którą symbolizują żółte róże a miłością, którą reprezentują róże czerwone.  Miłego wieczoru, Noemi. Uważaj na rękę-powiedziałem i z uśmiechem podałm jek kartkę. Potem odwróciłem się i poszedłem przed siebie.
Nie myślcie sobie, że się poddałem, o nie. Ja poprostu zamierzam mieć więcej czasu na przemyślenie następnych kroków.
Moje rozmyślania przerwały wołania Noemi. Odwróciłem się więc i spytałem o co chodzi.
Noemi? To o co chodzi? ;3

Od Damona CD Lucy

Spojrzałem na Lucy.
-Brałaś ją z restauracji?
-Na sto procent.
-No to mamy problem-westchnąłem. Spojrzałem na dziewczynę, jej mina chwyciła mnie za serce.-Poczekaj tutaj, dobrze? Zaraz wrócę. Nigdzie nie idź i uważaj na siebie, dobrze?
Nie czekając na odpowiedź odszedłem parę kroków od dziewczyny i rozejrzałem się. Pamiętałem jak ta torba wygląda, bo była bardzo ładna i pasowała do stroju dziewczyny, a ja zwracam uwagę na szczegóły.
Oho, są.
Dwóch wyrostków, chłopak i dziewczyna, w wieku około studenckim. Nie wyglądali zbyt przyjemnie, mógłym się założyć, że coś brali. Stali pod ścianą i razdm przeglądali zawartość torebki. Poza tym, chyba ich już kiedyś widziałem - wtedy magicznie zginął mi telefon (na szczeście staru rzęch). Podszedłem do nich.
-Cześć. Ładna torba-zacząłem.
-No wiem-mruknęła dziewczyna, nawet się na mnie nie spoglądając. Chłopak był chyba trochę bardziej ogranięty, bo próbował uciec. No właśnie, próbował. Złapałem oboje za wszarz i podniosłem do góry. Jakże teatralnie. Torebka upadła na ziemię.
-Dlaczego ją ukradliście?-spytałem, siląc się na spokój-Nie, dobra. Nawet mi nie mówcie. Dajcie mi ją, a nie zgłoszę sprawy na policję. Nie tylko tej, bo już kiedyś was spotkałem. To jak?
-Ale my nic nie ukradliśmy-zaskomlał chłopak.
-To jest torebka mojej... Bliskiej znajomej. Więc pozwolicie, że ją teraz zabiorę. Oczywiście wcześniej sprawdzę, czy wszystko w środku jest-puściłem dziewczynę, bo to ona wydawała mi się mniejszym złem i cały czas trzymając chłopaka schyliłem się po torbę. Jest telefon, portfel... Puściłem go na chwilę, żeby sprawdzić, czy nie jest pusty. Wszystko w nim było, więc spoko.
Coś błysnęło mi przed oczami, a ja w ułamku sekundy zrozumiałem, że to nóż. Schyliłem się po torbę unikając ciosu, a potem ciosem w nadgarstek napastniczki wytrąciłem jej nóż z ręki. Podniosłem go, poprawiłem torbę na ramieniu i odbiegłem stamtąd. Nie ma co się z nimi dłużej użerać.
-Proszę, oto Twoja torba. Chyba wszystko jest, ale sprawdź jeszcze.
-Jezu, Damon!-rzuciła mi się na szyję.-Wszystko widziałam! Oni mieli nóż!
Byłem zaskoczony jej gestem, więc objąłem ją dopiero po chwili.
-No, ale już nie mają-odparłem.
-Dziękuję-szepnęła mi na ucho. A potem... Nie no, to się nie dzieje! Dała mi całusa w policzek! Jest! Miałem ochotę podskoczyć jak małe dziecko, które dostało lody w gorący dzień.
-Oj tam. Nie dziękuj. Chodźmy stąd.
Poszliśmy więc do studio, przemyłem jej rany na dłoniach, które na szczęście były tylko powierzchowne. Potem zamknąłem salon i poszedłem ją odprowadzić. Czego to się nie robi dla pięknych dam.
Przez całą drogę gadaliśmy, o tym i owym, a ja zdałem sobie z tego sprawę, że bardzo lubię jej słuchać. Lucy prowadziła, więc ja tylko za nią szedłem. W końcu stanęliśmy przed jakimś motelem czy czymś takim.
-Tutaj mieszkasz...?-spytałem i spojrzałem na nią. Oblała się rumieńcem, a potem pacnęła się w czoło.
-No bo ja... Wiesz, nie miałam się gdzie zatrzymać, a nie mam kasy na wynajem mieszkania... No i tak to wyszło...
-To nie jest zbyt dobra okolica. Tutaj mogą zabrać Ci nie tylko torebkę. Ale trzeba było wcześniej powiedzieć, bo jeśli chcesz, to możesz przez jakiś czas mieszkać u mnie-odparłem i uśmiechnąłem się przyjaźnie.
Lucy? <333

Od Samuela c.d: Marie

- Samuel Griffin- odparłem po czym rzuciłem lodowate spojrzenie. Nie chciałem aby pomyślała, że jestem kolejnym chłopcem, którym może się zabawić.
- Wnioskując po nazwisku nie jesteś stąd- powiedziałem. Zapewne pomyślała, że nie jestem zbyt spostrzegawczy, nazwisko od razu wskazywało kraj pochodzenia. Francja. Pochodziła z tego samego kraju co ja. Czytała nawet książkę w tym języku co sprawiło, iż tak pomyślałem.
- Brawo bystrzaku!- zachichotała. Zrobiło mi się trochę głupio… Ale jej zdanie nic dla mnie nie znaczyło. Była tylko kobietą niedawno poznaną w parku. Przynajmniej na razie…
- Wybacz jestem nieśmiały, a chciałem jakoś rozpocząć tę rozmowę.- Sam nie wiem dlaczego tak powiedziałem. Może dlatego, że na siłę próbowałem znaleźć kogoś, kto odwzajemni moją niespełnioną miłość. Jak na razie wszystkie moje związki były spisane na stratę. Nie wiem dlaczego tak się działo, może dlatego, że moje partnerki okazywały się być inne niż myślałem.
- Nie szkodzi, to ja przepraszam, że Cię wyśmiałam. Miałam ciężki dzień w pracy, te korporacje chcą mnie wykończyć. Dzień w dzień to samo. Nie zmienia się nic poza moją narastającą irytacją. Jedynym wytchnieniem jakie mogę Sobie zafundować jest właśnie ta chwila z książką w parku. Mogę wtedy przystanąć na chwile, oderwać się od świata który otacza nas wokół.
- Rozumiem. Sam uwielbiam czytać. Może nie wiem co to stresująca praca, ale w książkach widzę to samo co Ty. Są jak inny wymiar, w który możemy się przenieść dzięki słowom autorów. – Czy to właśnie książki miały nas połączyć? Na razie nie myślę o tym. Jest tylko nową koleżanką, z którą mogę porozmawiać na temat książek.
- Widzę, że nie jestem jedyną osobą która darzy książki tak dużym szacunkiem. – odparła. W jej oczach pojawiło się coś dziwnego. Patrzyła mi w oczy tak głęboko jakby chciała poznać moją całą historię w parę sekund. Niestety jeszcze nikomu się nie udało… Zaryzykowałem. Spojrzałem jej w oczy i pełen nadziei zapytałem:
- Może wyskoczymy gdzieś potem? – Serce waliło mi jakby od tej decyzji zależało moje dalsze życie.
Chwila ciszy pozwoliła na to aby moja psychika zwariowała. Co się za chwilę wydarzy? Co odpowie?
Marie?

Od Clarke c.d: Chris’a

Prawdę mówiąc nie bardzo lubiła zadzierających nosa, bezczelnych ludzi, a otaczali ją z każdej strony. Rozglądała się szukając znajomej twarzy Pryi, jej przyjaciółki, ale nie doczekała się pojawienia kobiety, natomiast zamiast tego prawie wpadła na jakiegoś faceta w garniaku.
- Dzień dobry. – o jedy jaki poważny, pomyślała ironicznie. Aczkolwiek uśmiechnęłam się i czekałam aż dokończy swoją prośbę. – Chciałbym spytać czy wiesz gdzie znajduje się ten adres? – podał mi karteczkę, na której napisano ładnym, kaligraficznym pismem, adres miejsca poszukiwanego przez młodego mężczyznę. Zanim jednak odpowiedziałam zlustrowałam go wzrokiem, na jego twarzy dostrzegłam zniecierpliwienie. – Wiesz czy nie? – spytał poirytowany.
- Owszem, chodź. – odparłam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę dobrze mi znanego hotelu. Na pasach było zielone, więc chciałam przejść, ale gdy tylko postawiłam stopę na pasach poczułam szybkie, mocne szarpnięcie w tył, zatoczyłam się oszołomiona. Wokół moich ramion czułam mocny uścisk, ktoś przyciskał mnie do siebie.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam głos jakby z oddali, ale po chwili powoli zaczęłam się uspokajać i odparłam drżącym głosem.
- Tak, chyba… To znaczy nie wiem… - schowałam twarz w dłoniach i starałam się jak najszybciej ochłonąć, spojrzałam na mężczyznę i dodałam. – Dziękuję.
- Nie ma za co. To nie twoja wina. Ten pajac jechał pod prąd. – mruknął. – Na pewno wszystko w porządku? – dopytał.
- Tak, tak w porządku. – powiedziałam i znów spojrzałam na mężczyznę. – Wydaje mi się, że się spieszyłeś. To nie daleko, chodź. – odparłam i tym razem się rozejrzałam zanim postawiłam nogi na pasach. Zaprowadziłam go na miejsce i mruknęłam. – To tu. – prawdę mówiąc głupio było mi zapytać o imię mojego wybawcy, ale jak to mawiają raz kozie śmierć. – Ciekawi mnie jak masz na imię, zdradzisz mi je? – w sumie czemu nie, aczkolwiek jeszcze nie wiem do czego przyda mi się ta wiedza, ale wiedzy nigdy za wiele.

Chris? :3

Od Katfrin do Luther'a

Wyszłam z pokoju w którym właśnie siedziała osoba którą leczyłam, był to lekki przypadek, miałam dużo gorszę a umiałam z nich wybrnąć.
-Kat jak ci idzie?-usłyszałam głos szefa. Odwróciłam się do niego z uśmiechem a on już wiedział, że jest dobrze więc odwzajemnił gest i skinął głową wchodząc z powrotem do swojego biura. Podeszłam do terrarium Keliona i wzięłam go na ręce jak zawsze z uśmiechem. Ruszyłam w kierunku ulubionego człowieka na świecie o imieniu Columbiana. Siedziała w swoim pokoju, jej kasztankowe włosy spływała po ramionach a policzki jak zawsze lekko zaróżowione, miała dziesięć lat i przechodziła przez to samo co ja. Dlatego jest moją ulubienicą, zaufała mi jako jedynej a ja codziennie muszę ją odwiedzić.
-Hey Col- specjalnie użyłam jej zdrobnienia, tylko mi pozwoliła na siebie tak mówić przez co robiłam to często.
-Kat!-krzyknęła uradowana i zeskoczyła ze swojego łóżka, podbiegła i od razu przytuliła mnie do siebie. Zaśmiałam się i objęłam ją jedną ręką w drugiej dalej trzymałam małego gekona.
-O bosze, jak ja cię dawno nie widziałam, zobacz kto jeszcze cię odwiedził-codziennie tak mówimy „jak ja cię dawno nie widziałam”… czemu? A bo ja wiem? Podałam jej Keliona który był zadowolony, kochał Col tak samo jak ja, pocałowała delikatnie jego główkę i położyła go na łóżku, usiadła obok niego i wpatrywała się jak gekon liże się po oczach. Uśmiechnęłam się i zostawiłam ich samych, wiedziałam, że nikomu nic się nie stanie, gdy zamykałam drzwi usłyszałam jeszcze śmiech dziewczynki.
 **
Wróciłam do nich po około 20 minutach, musiałam już się zbierać , wypełniłam wszystkie papiery odnośnie chłopca którego dziś leczyłam i mogłam iść już do domu. Chciałam jeszcze pobiegać i iść na siłownie więc musiałam się zbierać. Weszłam do pokoju a widząc śpiącą już Col a obok Keliona uśmiechnęłam się, wzięłam gekona a dziewczynkę przykryłam kołdrą. Wyszłam z pokoju i z budynku kierując się do swojego samochodu a raczej brata bo ja zwykle jeżdżę motorem, chyba, że jest piątek i zabieram samochód brata… dlaczego? Kelion od poniedziałku do piątku jest cały czas w szpitalu ,nie chce go codziennie wozić więc biorę go tylko w weekendy do domu, a raczej ciężko jest przewieść gekona motorem… Odpaliłam samochód a po chwili jechaliśmy już na ulicy w kierunku domu…. Jeszcze tylko 27 minut i będziemy w domu…. 26 minut…. 25 minut. Dobra już mi się to znudziło obliczanie ile czasu jeszcze muszę jechać… ech chce być już w domu! Postanowiłam przyśpieszyć i wyminąć samochody jadące przed mną, nie obchodziło mnie także czerwone światło! Mówiłam już, że jestem w ch*j zmęczona?! Nie to mówię…
**
Samochód stał już w garażu a ja szykowałam się do biegania, zmieniłam ubrania na wygodniejsze, wzięłam też Tolio który już czekał przy drzwiach, zapięłam mu smycz.
-Idę biegać!-krzyknęłam do Sylvaina który był gdzieś na górze.
-Okey!-odkrzyknął kiedy zamykałam już drzwi. Od razu nałożyłam na uszy słuchawki i włączyłam rap. Ruszyłam biegiem a obok mnie biegł pies którego na polanie postanowiłam odpiąć i dać mu pobiegać swoim tempem.
 **
Wróciłam do domu z nierównym oddechem, odpięłam Tolio który poszedł do kuchni najprawdopodobniej by się napić, ja poszłam w ślady za nim. Nalałam sobie wody do szklanki i niemal od razu ją wypiłam… niemal bo brat nie dał dokończyć mi tej tak wspaniałej czynności jak dopicie napoju.
-Co chcesz?-powiedziałam a on spojrzał na mnie błagalnie, wywróciłam oczami udając, że nie mam czasu a przecież większość rzeczy miałam zrobić poza domem.
-Ech… kiedyś mi za to odpłacisz-rzekłam a on uśmiechnął się.
-Kochana siostrzyczka…
-Nie mów tak! Bo zostanę-przerwałam mu, nie lubię jak nazywa mnie siostrzyczką… ble…
-Wróć przed 4 rano-powiedziała ja zaśmiałam się sarkastycznie.
-Pięknie martwisz się o siostrę, dobra idę się przebrać i uciekam-pocałowałam go w policzek i pobiegłam do swojego pokoju gdzie czekał na mnie Alex, leżał na moim łóżku bawiąc się swoją piłką. Gdy mnie zobaczył zeskoczył z mebla i podbiegł do mnie, wzięłam go na ręce i pocałowałam jego główkę, polizał mój policzek a ja zaśmiałam się. Odłożyłam go na podłogę i weszłam do garderoby… co by tu założyć? Wybrałam czerwone szpilki oraz tego samego koloru sukienkę, z tyłu miała koronkę na całej długości pleców, a z przodu była prosta, zabrałam bieliznę i ruszyłam do łazienki. Po drodze wzięłam telefon, nie mając wolnych rąk podziękowałam bratu, że kazał zrobić w łazience specjalną szafkę na alkohol, w tej chwili interesowało mnie wino. Rzeczy położyłam na blacie, odkręciłam kurek od ciepłej wody która powoli zapełniała wannę. Podeszłam do kochanej szafki i wziąłem białe wino, nalałam do kieliszka które także były na miejscu… kocham cię Sylvain! Napój położyłam na podłodze przy wannie a sama rozebrałam się szybko, po chwili już byłam w ciepłej wodzie… uwielbiam, zakręciłam wodę i sięgnęłam po naczynie, upiłam łyk alkoholu i wzięłam telefon.
-Haf… Haf… a tu-powiedziałam przeszukując listę kontaktów, zadzwoniłam do przyjaciółki która odebrała już po drugim sygnale.
-Co jest?-zapytała choć dokładnie wiedziała, jeśli dzwonie o tej godzinie do niej to znaczy, że idziemy do klubu.
**
-Pospiesz się!-krzyknęła do mnie Hafetesona (Haf).
-Już idę!-odkrzyknęłam, pożegnałam się z bratem i wyszłyśmy z domu pozostawiając go samego na sam z… no właśnie miała przyjść do niego jakaś dziewczyna… trudno!
-Masz nie pić, ostatni kiedyś się upiłaś wyciągałam cię z rowu bo upiłaś się w trzy dupy-ostrzegłam ją a ona spiorunowała mnie wzrokiem. Wywróciłam oczami śmiejąc się a ta tyknęła mnie w żebra.
-Ał…
-Nie marudź, wsiadaj-rzekła rzucając mi kluczyki, no tak ja prowadzę, ech… wsiadłam od strony kierowcy, odpaliłam samochód i nie czekając na to aż dziewczyna zamknie drzwi ruszyłam. Po około 25 minutach byłyśmy przed znanym nam już klubem, podeszliśmy do ochroniarzy omijając kolejkę, przywitałam się z nimi całując w policzek czego nie lubili… ale cóż taka już jestem, taką trzeba mnie pokochać. Wpuścili nas, w moje nozdrza uderzył zapach potu i papierosów. Głośna muzyka dudniła w moich uszach a ja uśmiechnęłam się i pociągnęłam Haf w strone baru… najpierw jedna szklaneczka… potem taniec… druga szklaneczka… drugi taniec…trzecia szklaneczka…czwarta szklaneczka… trzeci taniec…
**
-Ku*wa! Mówiłam byś nie piła, znów upiłaś się w trzy dupy…-zaśmiałam się a przyjaciółka spiorunowała mnie wzrokiem.
-Ej… ja prowadzę, ty śmiejesz się ze znaku który przypominał ci człowieko-wilka a ty mi mówisz, że to ja się upiłam?-zapytała lekko zła a ja jeszcze bardziej się roześmiałam.
-Ale to był człowieko-wilk! Widziałam go! Nawet nie mówi, że nie był podobny do tego co widziałyśmy wczoraj… nie poczekaj ku*wa wczoraj się nie widziałyśmy… ale przed wczoraj!-nawijałam jej przez całą drogę, dobrze, że nie wylądowałam w rowie… choć może i wylądowałam?
-Dobra jesteśmy na miejscu, odprowadzę cię-powiedziała a ja skinęłam głową z uśmiechem, wysiadłam a ja otworzyłam drzwi, wyszłam z samochodu i od razu się wyj*bałam! No bo jak to inaczej kutwa! Wstałam z pomocą przyjaciółki, zdjęłam szpilki i wzięłam je do ręki, drugą dłonią trzymałam się Haf. Odprowadziła mnie do łazienki gdzie ogarnęłam się choć trochę, przebrałam w pidżamę i poszłam spać… mam wszystko w dupie!
**
Wstałam o… 13? Bosz… podniosłam się z bólem głowy, czy tylko ja nie lubię kaca? Bosz… co za pytanie retoryczne? Raczej, że nikt nie lubi mieć kaca, wstałam leniwie z łóżka i poszłam do łazienki, tam się ogarnęłam, najlepsze na kaca jest bieganie… w moim przypadku, lecz nie dziś, byłam zmęczona potrzebny mi spacer. Wzięłam Tolia i Alexa na smycz, oczywiście mój kochany braciszek kazał mi wziąć też swojego psa… no bo jak to inaczej? Zapięłam więc trzy psy i założyłam dwóm kagańce, będę szła przez miasto więc wolę nie ryzykować. Wyszliśmy z domu, do miasta na piechotę mieliśmy koło 45 minut… więc zanim doszliśmy zrobiło się ciepło, założyłam okulary które na szczęście wzięłam. Alex plątał mi się pomiędzy nogami co nie było pomocnym rozwiązaniem, jednak musiałam zajść jeszcze do pracy bo zapomniałam wziąć dokumentów… zajeb*ście. Zajdę jak będę wracała… teraz kierunek zoologiczny, nowe zabawki dla Alexa i jedzenie dla gekona. Kiedy dotarliśmy do miasta niemal od razu zakupiłam dwie kawy i wypatrywałam gbura… mam! Podeszłam do chłopaka i podałam mu kawę, zdziwił się.
-Dziękuje, nie ma za co, do widzenia miłego dnia, do widzenia-powiedziałam całą naszą rozmowę… a raczej rozmowę która powinna tak wyglądać. Odeszłam nie patrząc na to, że chłopak nadal był zdziwiony.
-Po prostu wypij-krzyknęłam nie odwracając się, upiłam łyk swojego napoju i poszłam do sklepu. Zoologiczny niebawem… weszłam i od razu uderzył mnie zapach psiej karmy oraz zwierząt. Może kupie sobie nowe zwierzę…? Podeszłam do kasy i poprosiłam o wybrane przedmioty, sprzedawca zapakował je a ja zapłaciłam biorąc torbę. Po chwili znów szłam przez uliczki kierując się w stronę szpitala psychiatrycznego z którego muszę odebrać dokumenty. Ale nie było mi to dane… musiałam wpaść na tego chłopaka któremu dałam kawę!
-Przepraszam-powiedziałam z lekkim uśmiechem próbując ogarnąć psy które zaplątały się w smyczy. Westchnęłam i schyliłam się by im pomóc.

Luther?XD

czwartek, 5 maja 2016

Od Lucy c.d: Damona

Głupio się przyznać ale z bólem oddawałam mu tą kurtkę. Mogłabym już z nią spać...zawsze. No ale niestety nie jest to możliwe, a ja jestem zobowiązana aby mu ją oddać. Kiedy dzielnie maszerowałam, no dobra kiedy niemalże biegłam... Ugh,, kiedy biegłam do jego salonu byłam całkowicie nakręcona. Ciekawe czy tylko oddam mu kurtkę wymienimy parę niezręcznych uśmiechów, gdyż wczorajszy gest był oznaką jego chwilowej słabości czy może uda nam się zamienić parę zdań. Nie chcąc zakładać żadnej z opcji by w razie czego nie spotkać się z rozczarowaniem jeszcze przyśpieszyłam kroku.
W końcu prawie bez żadnych problemów trafiłam do znanego mi już studio, w którym pracował naprawdę przecudowny tatuażysta, który niemalże natychmiast po moim przybyciu niesamowicie mnie zaskoczył zapraszając mnie na lunch.
Miałam ochotę skakać z radości jednak w porę się ogarnęłam, gdyż sądzę, że w innym wypadku nie zabierałby mnie tak ochoczo w miejsca publiczne... Pozostałaby wówczas nadzieja, że zamówi coś na wynos.
Spokojnie, wdech i wydech. Nie okazuj przesadnego zainteresowania to, że jest miły jeszcze nic nie znaczy. Prawdą było również to, że była to pierwsza miła osoba jaką tu spotkałam... Tak dotychczas natrafiłam jedynie na samych gburów i prostaków. Zaakceptowałam propozycję chłopaka bardzo ciekawa gdzie mnie zabierze i jak będzie wyglądało nasze spotkanie.
Wymaszerowaliśmy z salonu gdy tylko chłopak zostawił na drzwiach karteczkę ZARAZ WRACAM  z numerem telefonu gdyby działo się coś pilnego. Ewidentnie dbał o swoich klientów, sądzę że spora część ludzi miała by to głęboko w poważaniu.
Weszliśmy do niewielkiej knajpy całkiem niedaleko i zajęliśmy zaciszne miejsce w głębi z widokiem na śliczny mały ogródek piwny. Miejsce to było niesamowicie przytulne, z zewnątrz wyglądało no cóż nie oszukujmy się... nieciekawie. Idealnie potwierdza powiedzenie "Nie oceniaj książki po okładce".
Posłałam Damonowi lekki uśmiech, już nie czułam się tak nieswojo w jego obecności jednakowoż nadal pilnowałam się aby nie chlapnąć jakiegoś głupstwa. Nigdy nie wiadomo co mi do tej durnej łepetyny wpadnie.
Nie mogliśmy się zdecydować co wybrać więc postawiliśmy na danie dnia. Zobaczymy co to będzie, nie ukrywam jestem bardzo ciekawa. Kiedy czekaliśmy na zamówienie wywiązała się między nami luźna konwersacja. Chłopak opowiedział trochę o sobie i niewątpliwie był człowiekiem Renesansu, człowiekiem o wielu talentach i zainteresowaniach, który nie lubi ograniczeń. Był również inteligentny i bystry czynił interesujące uwagi odnośnie realiów XXI wieku. Dowiedziałam się, że lubi malować - no jakże mogłan na to sama nie wpaść - umie jeździć konno, interesuje się militarią, a historia i przedmioty ścisłe nie są mu obce. Jazda konna? Ciekawe jakie to uczucie, zapewne nieziemskie skoro wykorzystuje się je jako terapię dla chorych.
Sama również o sobie trochę opowiedziałam, między innymi o tym, że jestem tu dopiero od niedawna oraz, że nie miałam sposobności jeszcze nikogo bliżej poznać. Wspomniałam również, że choć talentu plastycznego nie posiadam za grosz, to muzyka nie jest mi obca. Przedstawiłam parę śmiesznych anegnotek z czasów kiedy posiadaliśmy swoją małą kapelę. Dobrze wspominam te czasy, nocne ucieczki z domu na koncerty i tego typu sprawy. Aczkolwiek działy się tam też złe rzeczy tą cześć skrupulatnie przemilczałam. Co jak co, ale muszę przyznać, że rozmowa nam się kleiła i to bardzo. Odniosłam również wrażenie, że poza tym iż nadajemy na tych samych falach to mam w miarę pokrewne poczucie humoru. Nasze dowcipy te na poziomie i te mniej śmieszyły nas równie mocno. Aż w końcu nadszedł czas na nasze tajemnicze danie. Posłałam Damonowi udawaną, przerażoną minę, a on roześmiał się życzliwie. Kelnerka postawiła przed nami talerze, a następnie zmierzła mego towarzysza przeciągłym spojrzeniem udekorowanym trzepotaniem rzęs. Pięknie. Zacnie. Cudownie. Jednak ten zdawał się jej nie spostrzegać zatem nafukana odwróciła się na pięcie i zostawiła nas samych... Powoli z przesadną ostrożnością zabraliśmy się za nasze porcje, które okazały się być smaczne.
Czas naszego spotkania nieubłaganie dobiegał końca aczkolwiek nie mogło się odbyć bez niewielkiej sprzeczki o to kto płaci. Chciałam pokryć koszt swojego dania jednak Xavier był cholernie oburzony moją postawą, ponieważ to on jest mężczyzną i to on mnie zaprosił. Tej batalii nie byłam w stanie z nim wygrać więc wywiesiłam białą flagę, a niechże mu będzie.
Zabraliśmy swoje manatki i powoli ruszyliśmy ku wyjściu i choć nie czułam tego upływu czasu to po kolorze nieba dało się jednoznacznie stwierdzić, że nasz lunch był podobny bardziej do biesiady niżli lunchu. Na ulicy panowało niezłe zamieszanie. Na bank jakaś ostra afera, nieprzyjemnych typów z okolicy. Większość przechodniów zwalniała kroku i z zaciekawieniem nastawiała uszu, mnie i Xava jakoś specjalnie to nie obeszło. Jednak to co się stało chwilę potem przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.
 Grupa nagle ni stąd ni zowąd rozproszyła się robiąc niesamowity tłok i wtedy poczułam silnie popchnięcie. Bach. Wylądowałam tyłkiem na ziemi zdzierając przy tym nadgarstki. Co za niewychowane bydlaki!
Kiedy przeszli Damon pochylił się pomagając mi wstać. Poniosłam się i otrzepałam.
- Nic Ci nie jest ? - spytał zatroskany.
- Nie - mruknęłam, przecierając nadgarstki.
-  Zabiorę Cię do salonu i przemyję je płynem do dezynfekcji. Niby niewielka rana ale nigdy nie wiadomo.
- Poczekaj powinnam mieć jakieś chusteczki w torbie.
Torba, torba... Brałam ją z lokalu, na pewno.  TORBA! Cholera jasna.
- Damon, kurwa... Moja torebka... - wyskomliłam niczym mały kociak i złapałam się za głowę.
NO NIECH ICH SZLAG! Okradli mnie.

< Damoku? XD i co Ty na to ? :D >

Od Sylvaina

-Sylvian!-usłyszałem i spojrzałem na chłopaka z nad zwłok kobiety którą właśnie ogarniałem.
-Co jest?-zapytałem z lekkim uśmiechem i podszedłem do niego odkładając po drodze narzędzia. Uśmiechnął się lekko i poklepał mnie po plecach.
-Mam robotę… będziesz mnie uczył-wyszczerzył się a ja wywróciłem oczami z uśmiechem.
-Ciebie? Uczył…ty i nauka? Czy ja się przesłyszałem?-zapytałem a on spiorunował mnie wzrokiem a ja zaśmiałem się.
-Nie ważne o której mam jutro przyjść?-odpowiedział pytanie a ja uspokoiłem się i udając, że ocieram niewidzialną łzę szczęścia z kącika oczu powiedziałem:
-Koło siódmej bądź pod drzwiami, ale za żadne skarby nie wchodź do pomies…
-Czemu nie mogę wchodzić?-przerwał mi co wyprowadziło mnie lekko z równowagi.
-Bo nie, jutro o siódmej pod drzwiami, nie za-upomniałem go i wróciłem do pracy.


Kiedy już wróciłem do domu Vijo od razu znalazł się obok mnie, wziąłem kaganiec oraz smycz i przygotowałem psa do biegu, przedtem jednak szybko się przebrałem. Wyszliśmy po mimo deszczu, chciałem odpocząć a to był na razie jedyny sposób jaki był mi znany. Po kilku minutach znaleźliśmy się w pobliskim lesie tam odpiąłem psu smycz by mógł swobodnie pobiegać. Myślami uciekłem gdzie indziej patrząc jedynie by nie potknąć się o jakąś gałąź biegnąc, słuchawki w uszach i muzyka były aloesem. Kiedy jednak musiałem się wyj*bać spostrzegłem, że z oczu zniknął mi Vijo. Wyjąłem słuchawki z uszu i wstałem otrzepując kolana i plecy jednak i tak byłem już mokry, nie tylko przez deszcz ale i przez mech, byłem też cały w kolkach co mi się nie spodobało.
-Vijo!-krzyknąłem i już po chwili usłyszałem szczekanie psa. Pobiegłem w tamtym kierunku. Zauważyłem zwierzę i jakąś postać naprzeciwko niego.
-Choć do mnie mały-powiedziałem a pies odwrócił się do mnie i podbiegł, ukląkłem nie martwiąc się o dresy które i tak miałem mokre i brudne od błota. Zapiąłem Vijo na smycz i spojrzałem na chyba dziewczynę, za bardzo padało i było ciemno jak w dupie. Pogłaskałem zwierzę i podniosłem się owijając smycz dookoła dłoni.
-Wybacz za niego, nie przepada za nieznajomymi-rzekłem i ruszyłem w jej kierunku.
-Nic się nie stało-odpowiedziała i teraz mogłem zauważyć, że lekko się uśmiecha…?
-Jeśli mogę spytać… co tutaj robisz o tej godzinie?-zapytałem a ona westchnęła i spojrzała na Vijo który przyglądał jej się z zaciekawieniem.
-Długa historia...-powiedziała a ja uniosłem jedną brew w geście zdziwienia jednak nic więcej nie powiedziała.
-Proponuje dach chociaż na teraz kiedy pada, mogę pożyczyć ci ubrania siostry oraz ciepłą kawę lub herbatę-rzekłem z chęcią pomocy.
-Nie trzeb…
-Nie namawiam, jednak do miasta jest kawałek drogi, pada, jestem przemoczona-uniosłem dłonie w geście poddania się.


Lucy?default smiley xd

Nowi!

Powitajmy Alana
& Katfrin~!

środa, 4 maja 2016

Nowi!

Powitajmy Christine 
& Williama~! 

Nowy!

Powitajmy Sylvaina ~!

Od Noemi c.d: Mike'a

Nie spodziewałam się, że sprzątnięcie całotygodniowego syfu zajmie mi aż tyle czasu. I du.pa z mojego dnia wolnego. Z wcale nie cichym jękiem włożyłam buty i stanęłam przed wyjściowymi drzwiami.
- Spacer! - zawołałam krótko, a moje kochane potwory przybiegły do mnie ze smyczami w pyskach. Bardzo przydatna sztuczka, przynajmniej nie muszę szukać tych sznurków po całym mieszkaniu.
Zabrałam jeszcze z wieszaka linkę treningową i włożyłam psiakom kagańce. Nie było dla mnie niczym nowym, że Hero bez problemu dał go sobie założyć, ale że nie musiałam szarpać się z Barbie, to już tak. Czyli robimy postępy!
Schodząc po schodach myślałam o tym, jak nie chcę mi się nigdzie iść. Najchętniej zamknęłabym się w moich czterech ścianach i nie wychodziła do Nowego Roku... Niestety tak się nie da. Ale przynajmniej zakupy mam już odhaczone. Zabawne na ich wspomnienie zachciało mi się śmiać. Kiedy wyszłam przed blok pomyślałam, że mam jakieś zwidy, że zaczęłam majaczyć. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ten, nie jestem pewna jego imienia, ale chyba Michael, tu przyszedł. Zaczęłam analizować całą rozmowę z nim. No ładnie.
Uderzyłam się mentalnie w czoło. Brawo Noemi! Mów wszystkim obcym facetom gdzie mieszkasz, to bardzo dobry pomysł! Gratulując sobie w duchu głupoty, postanowiłam się nim nie przejmować i iść dalej, z nadzieją że nie zauważy mnie.
Ale zauważył... nawet dwóch kroków nie zdążyłam zrobić, a on już stał praktycznie przy mnie. Mówił coś, że obiecał że przyjdzie i podał mi kwiatka, szczerząc się idiotycznie.
Dlaczego ludzie nie rozumieją, że kiedy mówię, by dali mi spokój, to właśnie to mam na myśli? Świat byłby wtedy o wiele piękniejszy.
- Jesteś... ech... - szkoda słów. Nie chcę go tutaj niech sobie stąd idzie.
Zacisnęłam dłonie mocniej na smyczach i wyminęłam go bez słowa. Może i zachowuje się jak dziecko, ale jestem dorosła i mam do tego prawo... prawda?
To nielogiczne. Jednak mimo wszystko mam prawo ignorować tego mężczyznę. Nikt mi tego nie zabroni i kij z tym, że chciał być miły.
Poszedł za mną, choć już nie tak pewny siebie, był nieco zmieszany.
- Nie lubisz róż, czy wszystkich ciętych kwiatków? - zapytał, przywracając na twarz uśmiech.
- Nigdy się nie poddajesz, co? - zapytałam, nawet nie racząc na niego spojrzeć.
Zaśmiał się krótko.
- Nie mam w zwyczaju. - stwierdził po czym ponownie się zaśmiał.
- W takim razie dziękuję za prezent. - oznajmiłam, miałam zajęte obie ręce, więc musiałam się sporo nakombinować, żeby wziąć od chłopaka tę różę.
Wyglądał przekomicznie. Już miałam mu powiedzieć, że wygrał życie, ale na szczęście opanowałam sztukę milczenia.
Poszliśmy tym dość nieskładnym korowodem do parku, bo nie chciało mi się dziś biegać z psami. Mój nowy znajomy ciągle coś mówił, próbując zachęcić mnie do rozmowy, ale, jeśli w ogóle, to odpowiadałam mu tylko jednym słowem. Usiadłam na ławce i spuściłam Hero ze smyczy, a Barbie przepięłam na linkę. Przynajmniej tyle wolności mogę jej dać. Spojrzałam na kwiatka, który teraz spoczywał na moich kolanach.
- Zabawne, że wybrałeś ten kolor. - stwierdziłam, odchylając się znacznie do tyłu i zamykając oczy.
- Dlaczego uważasz to za zabawne. - spytał. Nie widziałam go, ale mogłabym przysiąc na wszystko, że właśnie się szczerzy.
- Cóż, herbaciane róże daje się na zakończenie owocnej współpracy. To zupełnie tak jakbyś mi sugerował, że było miło, ale nie chcesz mnie znać. - powiedziałam spokojnie.
Nagle Barbie szarpnęła mocno linką. Instynktownie chwyciłam ją mocniej, przez co przepaliła mi skórę. Umiem się przeciąć nawet kawałkiem sznurka, gratulacje.
- Choler.a! - zaklęłam pod nosem.
Z lewej dłoni zaczęła kapać mi krew, od razu odwróciłam wzrok. Jak ja nienawidzę jej widoku, od razu robi mi się słabo.

Mike? Uratujesz, prawda :3

poniedziałek, 2 maja 2016

Od Mike'a CD Noemi

Postawiłem sobie za punkt honoru żeby nie zapomnieć o spotkaniu z dziewczyną. To znaczy, spotkaniu jak spotkaniu...
Czas na mistrza dedukcji: dziewczyna kupowała żarcie dla psa więc na 99% jakiegoś ma. Skoro ma psa, to musi go wyprowadzać. A jeśli go wyprowadza, to kilka razy dzienne, więc pewnie i wieczorem, a dwudziesta, albo chwilę wcześniej to będzie idealna pora.
Brawo, Michałku, zasłużyłeś na czekoladkę.
***
W pracy zupełnie nie mogłem się skupić. Moje myśli odpływały w stronę rudowłosej dziewczyny. Chodząca zagadka. Enigmatyczna. Tajemnicza. Niesamowita. Niespotykana. No i piękna. Tom pierwszy przygód Mike'a Holmes'a: Rudowłosa Tajemnica.
Jezu, Michał, jesteś żałosny. Po prostu niemożliwy. Ale to nie ważne.
***
Skończyłem pracę o osiemnastej i postanowiłem wrócić tak, żeby przejść wzdłuż jej bloku. Niestety, teraz jej nie spotkałem, ale to może troszkę lepiej.
Wpadłem do domu, wziąłem prysznic (nie myślcie sobie, że trener personalny tylko stoi i się patrzy) i przygotowałem sobie coś szybkiego do zjedzenia.
18:30
Sięgnąłem na półkę po książkę i rzuciłem się na kanapę, żeby się troszkę zrelaksować. Stwierdziłem, że muszę mieć tutaj jakiegoś zwierzaka, bo samotność źle daje mi się we znaki. Od dłuższego czasu nikt oprócz mnie i moich kumpli w moim domu nie gościł. A na ranchu w Teksasie co chwile coś, co chwile ktoś. Pełno kotów, pełno psów... No i pełno koni. Jedno jest pewne, chciałbym tutaj jakiegoś sierściucha.
19:00
Odłożyłem książkę, ubrałem buty, kurtę i wyszedłem.
Po drodze wszedłem do kwiaciarni i poprosiłem o śliczną herbacianą różę z delikatnym przybraniem. Podziękowałem, zapłaciłem i poszedłem pod blok. Była akurat Na chybił trafił wybrałem pod którą klatką będę czekał. Usiadłem na ławeczce i cierpliwie czekałem. Jak na życzenie, punktualnie o dwudziestej otworzyły się drzwi i wyszła z nich Noemi ze swymi psamo. Wygryw.
Uśmiechnąłem się czarująco i podszedłem do niej. Oba psy w kagańcach i na smyczach, więc teoretycznie nie miałem się czego bać. Dałem im do powąchania dłoń, a potem delikatnie je pogłaskałem.
-Mówiłem, że się zjawię, więc jestem. Proszę bardzo, to dla Ciebie-podałem jej różę i jeszcze trochę szerzej się uśmiechnąłem.
Noemi? Niech kosz od Ciebie nie będzie taki straszny ;_;

Od Savannah CD Christophera

Po wczorajszym spotkaniu wróciłam do domu niezbyt spokojna.
Tak, już zaczynałam się przejmować dniem jutrzejszym.
Rzuciłam kluczyki na komodę i weszłam głebiej do mieszkania.
Spokojnie, Sav, spokojnie.
Wzięłam leżące na szafce nocnej słuchawki i podłączyłam je do telefonu.
Nie denerwuj się, Savannah. "Długie wodze i poklepać po szyi." - głos trenera żywo rozbrzmiał w mojej głowie. Uśmiechnęłam się lekko.
Jutro na 100% nie będzie tak źle. Uzbroisz się w argumenty,  będziesz spokojna i opanowana, nic takiego się przecież nie stanie, no bo ile razy ktoś na ciebie wrzeszczał? Tyle, że idzie się przyzwyczaić.  Wyluzuj, pomyśl o czymś miłym.
Pierwszym obrazem, jaki pojawił się w mojej głowie był wizerunek Christophera.
***
Samochód menagerki stał już na parkingu. Czarna sportowa mazda, nowy model. Matowy lakier. Nawet nie chciałam myśleć, ile musiał kosztować.
Brzuch bolał mnie okropnie. Jak zawsze kiedy się stresuję.
Stałam przed drzwiami na zaplecze bojąc się przekroczyć próg, no ale co zrobisz? Nic nie zrobisz.
-Chodź, chodź. Chciałabym z tobą chwilę porozmawiać-wysoka blondynka spojrzała na mnie z ukosa. Odstawiła kieliszek i podeszła do mnie.
-Co ty sobie myślisz? Psujesz mi restaurację. Wpadasz na klientów i paradujesz w brudnych rzeczach. Co ty sobie wyobrażasz?-dźgnęła mnie tipsem w policzek. Zabolało. Zaczynała się rozkręcać, a ja stałam tam i po prostu się wyłączyłam. Zaczęłam powtarzać w myślach wiersz, którego uczyłam się w podstawówce. Cokolwiek, by się nie rozkleić, byleby się nie rozpaść. Udało mi się zachować maskę na twarzy, ale do oczu napływały mi łzy. Dźgnęła mnie jeszcze ze dwa razy, a mi nawet nie przeszło przez myśł, że powinnam się odsunąć. Stałam jak kołek i patrzyłam się w punkt, który tak w ogóle nie istniał.
Dopóki na zaplecze nie wpadł Chris. Zaczął drzeć się na moją menagerkę, pokazał jej mój uniform. A na koniec wylał na nią resztkę wina, która pozostała w kieliszku i jeszcze trochę na nią nakrzyczał. Ostatecznie wyciągnął mnie z tamtąd na zewnątrz i zaczął przepraszać.
-Nie chciałem Cie przestraszyć, ale nie mogę patrzeć jak ona Cię tak przedmiotowo traktuje. Rzuć tą pracę, zatrudnij się w mojej firmie. Tam nikt nie będzie Cię mobbingował, ani oceniał bo ja tego dopilnuje. Nie nalegam, ale proszę przemyśl to, to bardzo obiecujące stanowisko po odbyciu stosownego stażu. Co, Sav?
Cały czas stałam jak wryta, próbując się jakoś ogarnąć.
-Sav... Hej, Sav...
-Ja...-spojrzałam na niego i dotnęłam opuszkami palców mojego podźganego policzka. Dopiero teraz zaczął mnie piec. Ale chyba nie krwawił.-Ja...-powtórzyłam. Podniosłam na niego wzrok i na powrót odzyskałam władzę nad językiem.-Przepraszam, ale nie mogę. Muszę już iść, przepraszam-powiedziałam i pobiegłam przed siebie.
Biegłam aż na przystanek, gdzie, na całe szczęście stał autobus, którym dojadę do domu. Wbiegłam do środka i usiadłam na wolnym miejscu.
Christopher dobiegł na przystanek, kiedy autobus już odjeżdżał. Spojrzałam się krótko na niego, ale po chwili odwróciłam wzrok.
***
Usiadłam na podłodze w przedpokoju i oparłam się plecami o drzwi.
Jezu, Savannah, czy ty zawsze musisz przyciągać jakieś kłopoty? Gdybyś była choć trochę mniej łamażna, nie byłoby całej sprawy z tym poplamionym uniformem. To wszystko twoja wina. Twoja i tylko twoja, a Chris stanął w twojej obronie, bo jest dobrze wychowany i tyle. Możesz liczyć na to, że jeśli jakimś cudem utrzymasz tą posadę to będziesz miała przerąbane i to bardziej niż do tej pory. Ale to wszystko Twoja wina. Po prostu jesteś do dupy, na prostej drodze się potkniesz i wywalisz. Powiedz no, czego Ty w życiu nie spie.rzyłaś
Zadzwonił mój telefon. Trener.
-Halo?
-Cześć, Savannah! Wpadłabyś może tu do nas? Mam do Ciebie sprawę.
-A o co chodzi?
-Mamy nowego konia w szkółce, potrzeba mi kogoś z pewnego, bo mamy go zajeździć. Poza tym... Pamiętasz o zawodach...?
No tak. Zawody. Jak na mogłam o nich zapomnieć? Cholera, to już jutro. Widzisz, to kolejna rzecz, w której dałaś dupy. Brawo, Savannah, brawo.
-Hej, Savie, żyjesz?
-Tak, tak. Powtrórzysz?
-Pytałem czy pamiętasz o zawodach.
-Tak, jasne... O wszystkim doskonale pamiętam.
-No to super. A jak z tym koniem? Mogę liczyć na Twoją pomoc? Wiem, że stadnina jest dosyć daleko od NY, ale jeśli będzie trzeba to masz zagwarantowane zakwaterowanie, zwłaszcza, że jutro mamy turniej. To jak? Jeśli chcesz, mogę po Ciebie przyjechać.
-Daj mi godzinę. Potrzeba wam coś z miasta?
***
Podciągnęłam skarpety jeszcze trochę wyżej. Miałam odruch ich poprawiania. Jeździec musi się prezentować. Sprawdziłam telefon. Trener napisał, że zaraz po mnie będzie. Wzięłam na kolana torbę, która stała przy ławce. Założyłam nogę na nogę i starałam się nie roztrząsać ostatnich wydarzeń. Niestety, odpoczynek od tego nie był mi dany.
-Savannah? Co Ty tutaj robisz?
To Christopher. No nie możliwe. Co on robi w takiej okolicy?
-Ja... Nie, ja nic.. Po prostu za kimś czekam.
-Oh. Rozumiem.
-Wiesz, przepraszam za moją dzisiejszą ucieczkę... I ogólnie za moje zachowanie.
-Nie przepraszaj. Ale to znaczy, że przemyślałaś moją propozycję?-uśmiechnął się ciepło. Na twarz automatycznie wpełz mi rumieniec.
-Wiesz... Ja to bardzo doceniam, ale nie mogę, uwierz..
Rozległ się głośny klaskon landrovera. Stadniniany samochód, wszędzie pooklejany konikami i logo klubu jeździeckiego i stadniny. Trener pomachał mi zza kierownicy.
-Przepraszam Cię najmocjej, ale muszę już iść. Cześć, Christopher-podniosłam się z ławki, zabrałam moje torby i popędziłam do auta.
Chris? Wyszedł tasiemiec i ogólnie do dupy ;_;

niedziela, 1 maja 2016

Od Chris'a c.d: Savannah

Nie rozumiem trzech rzeczy. Czyli prawdopodobnie niczego o czym wspomniała moja towarzyszka... Po pierwsze dlaczego nie lubi o sobie nic mówić i dlaczego uważa siebie za nieciekawą osobę? Prawda jest natomiast taka, że równie intrygującej istoty dawno nie widziałem. Śmiało zaryzykuję stwierdzenie, że jest chodzącą zagadką.
Po drugie dlaczego menagerka ją tak traktuje ? To nie była jej wina, a moja. To nie jest jakiś pub, a restauracja z klasą więc takie rzeczy nie powinny były mieć miejsca. A na dodatek nie wierzę, że tylko ona ma takie wypadki... Wysoce jest jednak prawdopodobne, że konsekwencje są wyciągane jedynie względem jej osoby. Nie podoba  mi się to, oj nie podoba. Już już miałem wyskoczyć z propozycją stażu w naszej firmie i potem zajęcia jakiegoś atrakcyjnego stanowiska, bo A miałbym na nią oko, B wiedziałbym, że traktują ją godnie, jednak zrezygnowałem z tego pomysłu aby jej nie wystraszyć
Po trzecie dlaczego ma tak zaniżoną samoocenę? Jest atrakcyjną kobietą, o proporcjonalnej budowie ciała i długich zgrabnych nogach. Ponad to ma inteligentny błysk w oku, więc na pewno nie jest pustą dziunią.
U licha, jej poczucie własnej wartości jest poważnie zaniżone, a ludzie w około niej jedynie to pogłębiają. Zaczynam się poważnie zastanawiać czy dziewczyna, nie stroni od kontaktów międzyludzkich, na co jednoznacznie nakierowuje mnie moja dedukcja. Zapytałbym o to, ale jeżeli się nie mylę, nie wpłynie to korzystnie na nasze relacje. Samotność nie wpływa dobrze na ludzi, każdy z nas odczuwa potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem, jednak potrafimy się przed tym wstrzymywać.
- Proszę, pozwól mi to wyprać. - wyciągnąłem rękę w jej kierunku. Dziewczyna lekko się wzdrygnęła.
- Już dużo zrobiłeś...
- Ale nie wystarczająco. - podniosłem się lekko i sięgnąłem sam po brudną koszulkę.
Zapadła między nami niezręczna cisza i każde z nas zajęło się swoim zamówieniem.Małymi łyczkami i kęsami delektowała się posiłkiem. Wyglądała wówczas na spokojną i odprężoną. Chwilę potem zdała sobie sprawę, iż bacznie jej się przyglądam, a na jej twarz wpełzł obronny rumieniec.
Z chwili na chwilę robiło się coraz dziwniej, a nasze zamówienie niestety się skończyło.
- Masz może ochotę na coś jeszcze?
W odpowiedzi pokręciła przecząco głową.
- No dobrze - uśmiechnąłem się lekko. - To pozwolisz chociaż, że Cię odprowadzę?
- Nie będzie to konieczne. - wymruczała cicho, a ja stwierdziłem, iż nie warto naciskać. Może z czasem się przede mną otworzy? Nie chce jej skrzywdzić...
No nic, zapłaciłem pożegnałem się z Savannah i ruszyłem do pralni aby oddać jej uniform. Radzę sobie w domu z podstawowym praniem ale usuwanie trudniejszych plam niestety przewyższa moje kwalifikacje.  Oznajmiłem, że potrzebuje go najpóźniej na 7 rano aby oddać go dziewczynie przed jej poranną zmianą.
Po powrocie do domu zająłem się sprawozdaniem, z przebiegu spotkania z ważną korporacją i podsumowaniem bilansu dzisiejszego dnia. Nie wyszło źle aczkolwiek mogło pójść lepiej. Mam nadzieję, że jutro lepiej nam pójdzie. Niestety sam również przyłapywałem się na tym, że każda moja nieproszona myśl wędrowała do niebieskookiej dziewczyny.

***

Nazajutrz po porannych ćwiczeniach udałem się do pralni po odbiór mojego zlecenia. Wszystko punktualnie, elegancko i porządnie. Siłą rzeczy starsza babina otrzymała swoisty napiwek, za rzetelne wykonanie swojej pracy. Usatysfakcjonowany ... chwila... usatysfakcjonowany? Ale czym?
Tak, doskonale wiedziałem czym jednak nie dopuszczałem do siebie tego suchego faktu. Przyczyną mojego zadowolenia była Sav. Naprawdę ją polubiłem, nie jest taka jak inne.
Wparowałem na zaplecze, a przed moimi oczami rozegrała się teatrowa scena. Dosłownie miałem wrażenie, że zaraz wyjdę z siebie. Cóż sprowokowało mnie do tego stopnia?
Otóż, jakaś dziołcha prawdopodobnie ta "menegerka" wydzierała japę na Savannah, za to co się stało. Nie dość, że jej argumenty były żałosne, nie dość że gestykulowała jak pojebana to jeszcze używałą niecenzuralnych słów, które niewątpliwie było słychać w restauracji. Mina bogu ducha winnej dziewczynie chwyciłaby a serce nawet największego bezdusznika. Nie no w sumie jej mimika nie zdradzała zbyt wiele, jednak oczy... Tak one były takimi małymi zwierciadłami tego co dzieje się w środku jej duszy.
- Dzień dobry. Czy chciałąby pani coś jeszcze dodać? - wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Powiedzieć, że byłem wkurwiony to zdecydowanie za mało.
- Tu się kurwa nie wchodzi!
- Tylko nie kurwa. - ostrzegłem surowo. - Przyniosłem mundurek, który wczoraj poplamiłem. Jest IDEALNIE czysty. Czy coś się stało? Firma jest stratna? NIE, nie wydaje mi się. Zatem pani zachowanie podchodzi conajmniej pod mobbing. Ale nie... Proszę chwilę poczekać. - rzuciłem kiedy kątem oka spostrzegłem lampkę wina stojącą na biurku kobiety. - Alkohol w pracy? Ulala... - sięgnąłem po kieliszek i bez najmniejszych pohamowań wylałem jego zawartość na menegerkę, brudząc tym samym jej białą sukienkę. - Ups. Chyba teraz pani ma brudny uniform. Skoro wymagamy sprawiedliwości to teraz pani przełożony powinien potraktować panią tak, jak pani wczoraj potraktowała Sav. Nie zrobi tego, prawda? Dowodzi to tylko tego że myśli że chwyciła Boga za nogi i może robić co jej się żywnie kurwa podoba oraz tego jaką kurwą pani jest.  Do widzenia. - warknąłem i opuściłem tamto miejsce ciągnąc za sobą Savannah na zewnątrz.
- Przepraszam za tamto... - westchnąłem, w pełni świadom,że straciłem kontrolę. -  Nie chciałem Cie przestraszyć, ale nie mogę patrzeć jak ona Cię tak przedmiotowo traktuje. Rzuć tą pracę, zatrudnij się w mojej firmie. Tam nikt nie będzie Cię mobbingował, ani oceniał bo ja tego dopilnuje. Nie nalegam, ale proszę przemyśl to, to bardzo obiecujące stanowisko po odbyciu stosownego stażu. Co, Sav?
Spojrzałem nań pytająco.

< Sav? To jak? xD >

Od Chris'a do Clarke

Kocham po prostu ilość dodatkowej roboty, która mam do wykonania przez to, że jakiś fagas z działu marketingowego jebnął się w obliczeniach. Może nie jest to po prostu stanowisko dla niego. Mało brakło a kapitału początkowego na najnowszą inwestycje by nie było, a z kolei dotychczas zainwestowane fundusze poszłyby się lekko mówiąc kichać. Aż na samą myśl o zmarnowanych dwóch tygodniach pracy robi mi się słabo. No bo kurwa mać, no nie za wszystkie nadgodziny dostaję premię, a wyrabiam ich naprawdę dużo. Można by zapytać dlaczego i po co ? Ale ja mam w tym swój własny interes. I jeszcze wszyscy, którzy otwarcie w twarz oraz ci, co nie mają na tyle odwagi sie przekonają, że dokładnie wiedziałem co robię. I tak będzie gadane, że albo miałem farta albo jakieś wtyki... Mhm... Wygląda na to, że im więcej pracuje tym więcej mam farta... A wtyki? Hmm...ciekawe skąd skoro śmiesznego Chrisa Jones'a nikt nie zna. Ale niech sobie mówią i myślą co im się żywnie podoba. Ale to ja osiągnę coś na tym świecie a nie oni i nie będę płakał, że emerytura ledwo- o ile w ogóle- mi do pierwszego starcza. Maszerowałem właśnie na spotkanie z pewną spółką, na której udziałach nam -czyli mnie i mojemu szefowi, który ufa mi bezgranicznie -zależy w hotelu na przedmieściach. Muszę przyznać, że te tereny były mi zupełnie obce gdyż byłem tu pierwszy raz.
Zważywszy na fakt, iż nie lubię marnować czasu na bezowocne czynności postanowiłem zwrócić się do kogoś o pomoc. Rozejrzałem się po mijających mnie ludziach i moją uwagę przykuła dziewczyna z blond włosami idąca pewnie przed siebie. Musi wiedzieć.
- Dzień dobry. - rzuciłem i stanąłem jej na drodze. Dziewczyna mało na mnie nie wpadła. Oczy ma w dupie czy jak ?
-Hmm? 
- Chciałem się zapytać gdzie znajdę ten adres - oznajmiłem i podałem jej karteczkę z adresem hotelu.
Już już miała mi odpowiedzieć jednak wpierw zlustrowała mnie wzrokiem. Chryste, uzyskam w końcu odpowiedź czy się nie doczekam ? A wyglądała na konkretną. 
- Wiesz czy nie?
- Owszem. Chodź. - westchnęła i odwróciła się na pięcie kierując się przed siebie zostawiając mnie zdecydowanie w tyle. Musiałem zagęścić ruchy aby zrównać kroku. Kiedy blondynka wstawiała nogę na przejście, na co zezwalało jej zielone światło moją uwagę przykuł pędzący kierowca. 
Wówczas wszystko się zatrzymało. Sceny są jak urywane fragmenty, a samo wydarzenie jak z filmu. 
Dałem szybkiego susa w jej stronę i przyciągnąłem mocno do siebie wnet ułamek milisekundy potem pedał za kierownicą przeciął przejście dla pieszych. Staliśmy tak chwilę nim złapała pion i mogłem być pewien, że spokojnie mogę wypuścić ją z ramion. Miała delikatny, kobiecy zapach i dość drobną posturę. Jak nic zostałby z niech mielony.
- Wszystko w porządku? 
- Tak, chyba...To znaczy nie wiem. - schowała na chwilę twarz w dłoniach. Szok. To normalne. Adrenalina i te sprawy. - Dziękuję.
- Nie ma za co. To nie Twoja wina. Ten pajac jechał pod prąd. - mruknąłem. - Na pewno wszystko w porządku ? 

< Clarke? >

Od Noemi CD Mike'a

Przedstawiłam się krótko, ale nie skorzystałam z zaoferowanej pomocy, choć moje zakupy były naprawdę ciężkie. Jednak nie jestem aż tak niedołężna, żeby nie dać sobie z nimi rady sama.
- Więc jak będzie? - zapytał Michael.
Wypuściłam cicho powietrze z ust. Jakby się tu wymigać...? Trzeba grać na czas.
- Będzie z czym? - odpowiedziałam pytaniem, mając nadzieję, że dostrzeże moją niechęć. Och, jaka ja jestem niekulturalna.
- Dasz się gdzieś wyciągnąć?
Dalej dopytywał i dalej szedł obok mnie. Na twarz przykleił sobie ten swój firmowy uśmieszek. Jest naprawdę mega przystojny, kiedy tak robi... w sumie, kiedy nie to też... Stop! Wróć, nie możesz tak myśleć!
Momentalnie przypomniałam sobie wszystkie feministyczne hasła, których zdążyłam się nasłuchać w moim dziewiętnastoletnim życiu. Pomogło.
Powróciłam do rzeczywistości.
- Nie. Nie dam się nigdzie wyciągnąć. - odparłam beznamiętnie, choć Michael może się cieszyć, bo rzadko jestem do tego stopnia rozmowna. Koleś może być z siebie dumny.
- A to dlaczego? - czy on nie przestanie zadawać mi pytań? To strasznie frustrujące...
Ugh, zrobił taką okropnie słodką, zawiedzioną minę. Jak zaraz nie przestanie to jeszcze się zgodzę.
Noemi, opanuj się!
Chłopak zaszedł mi drogę, oczekując na odpowiedź.
- Hmm... bo nie mam w zwyczaju umawiać się z nieznajomymi... - ...i nie mam w zwyczaju w ogóle się umawiać, dokończyłam w myślach.
- Nie jesteśmy nieznajomi.
- Faktycznie, zapomniałam, że najlepszym sposobem na poznanie kogoś jest wjechanie w niego wózkiem sklepowym. - ale się dziś rozgadałam, normalnie siebie nie poznaje. Niech on się już odczepi, bo naprawdę zaraz się zgodzę, tylko dla świętego spokoju.
- No dobra, nie znamy się. - przytaknął mi. - Ale możemy się poznać. - miał taką minę, że o mały włos nie wybuchnęłam śmiechem.
- Mieszkam tu. - wskazałam na blok nieopodal nas. - To była fascynująca znajomość, to pa. - pożegnałam się, znikając za drzwiami.
- Uznam to za zgodę, będę o ósmej. - krzyknął za mną.
Ta... jasne. Na pewno nie przyjedzie..., pomyślałam wtedy.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak się pomyliłam.

Mike? Może być takie?