Dziewczyna, którą potrąciłem, to znaczy, mój wózek potrącił, była całkiem ciekawa. Ognistorude włosy z białymi końcówkami, miła twarzyczka, tatuaże... Że też zawarłem tą znajomość w taki sposób...
-Ej. Ktoś Cię woła.
-Och, rzeczywiście. Poczekaj tu chwilę, proszę-powiedziałem, dołączając do wypowiedzi miły uśmiech. Dziewczyna poszła po reklamówki.
-Panie, chodź pan tu!-darła się kasjerka.
Przewróciłem oczami i czym prędzej podszedłem do kasy.
-Panie, co se pan myśli? Najpierw pan wjeżdża w ludzi wózkami, a teraz pan ruch tamuje? No, płać pan!
Boże, co za prukwa... Położyłem należność na ladę i zabrałem zakupy. Jak się nie umie pracować z ludźmi, to co ona robi w takim miejscu?
Hej, gdzie jest ta dziewczyna?
Cholera, mogłeś coś powiedzieć, albo od razu dać jej numer, przecież tamtej kasjerce purchle na dupie by nie urosły, najwyżej troche bardziej by się darła... Wyszedłem ze sklepu i rozejrzałem się. Gdzie ona jest, gdzie ona... JEST!
Trochę pewniej złapałem moje siaty i puściłem się biegiem za rudowłosą.
-Hej, zaczekaj!-krzyknąłem. Nie zatrzymała się, a wręcz wydawało mi się, że przyspieszyła kroku. W takim razie ja też przyspieszyłem.
Jezu, Michał, zachowujesz się jak dzik-pomyślałem. A co mi tam! O, jeszcze kawałek...
-Uh... Wiesz, w ramach rekompensaty moralnej i chyba trochę cielesnej też, chciałbym Cię gdzieś zaprosić-powiedziałem i uśmiechnąłem się.
-Z tym?-podniosła siaty w górę.
-No nie, nie z tym. Z tym to ja najpierw Ci pomogę, daj.
-Dam radę-zapewniła, poprawiając ułożenie toreb.
-No bez przesady, dawaj. Tak w ogóle, to Michał jestem. To znaczy Michael.
-Noemi-odparła, ale toreb nie podała.
Noemi?
sobota, 30 kwietnia 2016
piątek, 29 kwietnia 2016
Od Marie
Czas płynął nieubłaganie w gabinecie. Pod nos ciągle ktoś podsuwał mi pliczek papierów do podpisania, moja dłoń aż bolała przez ciągłe trzymanie pióra w palcach. Czułam jak mięśnie powoli napięte drętwieją, zastanawiałam się jak długo już siedzę w jednej, tej samej pozycji. Na szczęście krzesło było wygodniejsze od biurka ale nadal niezbyt odpowiednie do kilkugodzinnego maratonu autografów które musiałam rozdawać od poprzedniego obiadu. Poprawiłam się aby jakoś dać ulżyć dolnej partii ciała i wypuszczając głęboki wydech aby nie udusić się zapachem papieru i atramentu, spojrzałam na zegarek na swoim przegubu. Krótka wskazówka jasno dała mi do zrozumienia że siedzę tu zbyt długo niż normalny pracoholik powinien. Przymrużyłam powieki a pióro zabrzęczało o biurko leniwie opuszczone.
-Mam dość.- Mruknęłam i podniosłam się ciężko z fotela. Zamiotłam jedynie ręką te ważniejsze papiery do szafki zamykanej na klucz i wyszłam z gabinetu.
Do mojego pokoiku ciągnie się prosty korytarz na którym na końcu jest winda. Ponoć dzięki temu można było unikać nieporozumień. Jak? Nie wiem do tej pory.
Oparłam się plecami o lustra w windzie i przymrużyłam powieki. Muszę wyjść na zewnątrz, dostawałam szału z tą pracą.
****************************************************************************
Park jak zwykle uroczo wyglądał nawet o tak wczesnej godzinie pracy. Siedziałam z kapturem zaciągniętym na głowę prawie w samym środku placu, obserwując ludzi idących do pracy, moje pracownice wracające burdelu, czasami jakiś zabłąkanych turystów. Nic czego nie można było się nie spodziewać o tak wczesnej porze. Chłód jeszcze trzymał się ziemi, nieoświetlonej co dopiero wchodzącego Słońca. Pewnie już dawno jest nad horyzontem ale przez te budynki ciężko cokolwiek zobaczyć i przedrzeć się.Wyprostowałam plecy i wyjęłam swoją książkę zza płaszcza. Nie chciałam jednak ściągać kaptura, było stanowczo za zimno a moja kreacja też nie była za bardzo przemyślana. Dale nie ściągnęłam swojego eleganckiego płaszczu ubranego nad zwykłą koszulą białą, zapinaną guzikami. Przynajmniej spodnie ubrałam, wygodne lecz obcisłe aby mogły pomieścić się w moje ciężkie buty. Mogłam jednak ubrać bardziej ciepłe okrycie, coś z futerkiem. Wiem jednak że za parę godzin powinna temperatura wrócić do swojej normy.
Dziękuje jednak mojemu makijażowi za ukrywanie zmęczenia po zerwanej nocce.A nawet kilku.
Minął mnie za chwilę jakiś facet, chyba. Widziałam jedynie buty znad książki ale wiem doskonale że różnie bywa z tym ubiorem. Czytałam książkę po francuski, jedną z mojej bogatej kolekcji rodzinnej którą zabrałam z sobą. Zwykła powieść o służebnicy Króla, która musiała urodzić bękarta a później oddać go do zakonu. Byłam dopiero przy rozdziale kiedy chłopiec zostaje oddany pod opiekę zakonników kiedy nagle ktoś rzucił komentarz w moją stronę.
-Dobrze widzieć że ktoś nie zapomniał jak się czyta.-
-Smutne że takie zdanie , oczywiste, musiało paść.-Podniosłam spojrzenie znad strony i uśmiechając się delikatnie wzruszyłam ramionami. To prawda, mało jest na świecie osób które sięgają po stare oprawione księgi kiedy mogą mieć całą bibliotekę w jednym urządzeniu.
Osoba usiadła obok mnie i podniosła brew z zdziwienia widząc strony w innym języku i to jeszcze dosyć archaicznym.
-Marie De'Avualle- Z lekkim chichotem zamknęłam książkę i położyłam ją obok. Podałam mu rękę z uśmiechem.
<ktoś?>
-Mam dość.- Mruknęłam i podniosłam się ciężko z fotela. Zamiotłam jedynie ręką te ważniejsze papiery do szafki zamykanej na klucz i wyszłam z gabinetu.
Do mojego pokoiku ciągnie się prosty korytarz na którym na końcu jest winda. Ponoć dzięki temu można było unikać nieporozumień. Jak? Nie wiem do tej pory.
Oparłam się plecami o lustra w windzie i przymrużyłam powieki. Muszę wyjść na zewnątrz, dostawałam szału z tą pracą.
****************************************************************************
Park jak zwykle uroczo wyglądał nawet o tak wczesnej godzinie pracy. Siedziałam z kapturem zaciągniętym na głowę prawie w samym środku placu, obserwując ludzi idących do pracy, moje pracownice wracające burdelu, czasami jakiś zabłąkanych turystów. Nic czego nie można było się nie spodziewać o tak wczesnej porze. Chłód jeszcze trzymał się ziemi, nieoświetlonej co dopiero wchodzącego Słońca. Pewnie już dawno jest nad horyzontem ale przez te budynki ciężko cokolwiek zobaczyć i przedrzeć się.Wyprostowałam plecy i wyjęłam swoją książkę zza płaszcza. Nie chciałam jednak ściągać kaptura, było stanowczo za zimno a moja kreacja też nie była za bardzo przemyślana. Dale nie ściągnęłam swojego eleganckiego płaszczu ubranego nad zwykłą koszulą białą, zapinaną guzikami. Przynajmniej spodnie ubrałam, wygodne lecz obcisłe aby mogły pomieścić się w moje ciężkie buty. Mogłam jednak ubrać bardziej ciepłe okrycie, coś z futerkiem. Wiem jednak że za parę godzin powinna temperatura wrócić do swojej normy.
Dziękuje jednak mojemu makijażowi za ukrywanie zmęczenia po zerwanej nocce.A nawet kilku.
Minął mnie za chwilę jakiś facet, chyba. Widziałam jedynie buty znad książki ale wiem doskonale że różnie bywa z tym ubiorem. Czytałam książkę po francuski, jedną z mojej bogatej kolekcji rodzinnej którą zabrałam z sobą. Zwykła powieść o służebnicy Króla, która musiała urodzić bękarta a później oddać go do zakonu. Byłam dopiero przy rozdziale kiedy chłopiec zostaje oddany pod opiekę zakonników kiedy nagle ktoś rzucił komentarz w moją stronę.
-Dobrze widzieć że ktoś nie zapomniał jak się czyta.-
-Smutne że takie zdanie , oczywiste, musiało paść.-Podniosłam spojrzenie znad strony i uśmiechając się delikatnie wzruszyłam ramionami. To prawda, mało jest na świecie osób które sięgają po stare oprawione księgi kiedy mogą mieć całą bibliotekę w jednym urządzeniu.
Osoba usiadła obok mnie i podniosła brew z zdziwienia widząc strony w innym języku i to jeszcze dosyć archaicznym.
-Marie De'Avualle- Z lekkim chichotem zamknęłam książkę i położyłam ją obok. Podałam mu rękę z uśmiechem.
<ktoś?>
Od Lauren
-Złaś ze mnie!- wrzasnęłam na psa który zaczął mnie lizać po twarzy.
Lecz po chwili złość zmieniła się w promienny uśmiech, pogłaskałam psa po głowię i wstałam z łóżka. Poszłam do łazienki aby się ogarnąć, umyłam się, ułozyłam sobie włosy, wyszczotkowałam zęby i co naj ważniejsze ubrałam się. Po tym wszystkim wyszłam z łazienki i od razu skierowałam się w stronę kuchni, aby coś zjeść.
-Ktoś tutaj jest głodny?- powiedziałam patrząc na Nikiego który patrzył na mnie swoimi dużymi oczami.
Od razu wieziałam o co chodzi, otworzyłam jedną z górnych szafek i wyjęłam z niej miskę i psie chrupki w plastikowym pudełku (karmę). Następnie położyłam miskę na podłogę i wsypałam do niej zawartość pudełka.
-Smacznego.- rzekłam lekko uśmiechając się na widok psa który dosłownie sie rzucił na bezbronną miskę.
****** 12:20*****
Nie mając nic do roboty wyszłam z Niko na spacer. Jak zazwyczaj wszędzie tłumy spieszących się ludzi, jak nie do pracy to gdzieś indziej. Rozejrzałam się do okoła a następnie zaczęłam iść.
-Ymmm, przestań.- usłyszałam czyiś głos.
Odwróciłam się i zauważyłam jak Niko zaczął skakać na kogoś.
-Przepraszam.- szybko powiedziałam, i szarpnęłam lekko za smycz aby Niko przestał.
<ktoś? lekki brak weny no ale cóż>
Lecz po chwili złość zmieniła się w promienny uśmiech, pogłaskałam psa po głowię i wstałam z łóżka. Poszłam do łazienki aby się ogarnąć, umyłam się, ułozyłam sobie włosy, wyszczotkowałam zęby i co naj ważniejsze ubrałam się. Po tym wszystkim wyszłam z łazienki i od razu skierowałam się w stronę kuchni, aby coś zjeść.
-Ktoś tutaj jest głodny?- powiedziałam patrząc na Nikiego który patrzył na mnie swoimi dużymi oczami.
Od razu wieziałam o co chodzi, otworzyłam jedną z górnych szafek i wyjęłam z niej miskę i psie chrupki w plastikowym pudełku (karmę). Następnie położyłam miskę na podłogę i wsypałam do niej zawartość pudełka.
-Smacznego.- rzekłam lekko uśmiechając się na widok psa który dosłownie sie rzucił na bezbronną miskę.
****** 12:20*****
Nie mając nic do roboty wyszłam z Niko na spacer. Jak zazwyczaj wszędzie tłumy spieszących się ludzi, jak nie do pracy to gdzieś indziej. Rozejrzałam się do okoła a następnie zaczęłam iść.
-Ymmm, przestań.- usłyszałam czyiś głos.
Odwróciłam się i zauważyłam jak Niko zaczął skakać na kogoś.
-Przepraszam.- szybko powiedziałam, i szarpnęłam lekko za smycz aby Niko przestał.
<ktoś? lekki brak weny no ale cóż>
Od Noemi CD Mike'a
Świetnie jest mieć dzień wolny, ale już nieco gorzej, gdy ma się przy tym dwa psy. Barbie wskoczyła na moje łóżko, depcząc i śliniąc mnie, przy czym skomlała przeraźliwie. Hero natomiast dyszał mi w twarz, opierając się przednimi łapami o ramę łóżka.
- Już wstaję. - warknęłam, ochrypniętym od spania głosem.
Zwlekłam się powoli z łóżka, stwierdzając, że w mieszkaniu jest okropny bałagan. Dawno już nie miałam takiego bajzlu. Wyciągnęłam z szafy czarne legginsy, bluzę i top, po czym udałam się do łazienki, gdzie doprowadziłam się do stanu używalności. Przynajmniej nie wystraszę z rana ludzi swoim wyglądem. Włożyłam na stopy czarne Adidasy. Nie było źle, skoro wyrobiłam się w nieco ponad pół godziny. Chciałam szybko wyjść wyprowadzić na spacer moje potwory, nie przewidując jednak, że Barbie nie będzie chciała dać sobie włożyć kagańca. I tym sposobem miałam dwie godziny w plecy.
*~*~*
Po długim i wyczerpującym spacerze wróciłam do domu w podłym nastroju, kulejąc lekko. Nienawidzę ludzi i rowerzystów. Jak można być tak nieuważnym i wjechać w dziewczynę z dwoma pasami na szerokiej drodze? Później nawrzeszczała na mnie jakaś starsza baba, na której wnuczka wyskoczyła Barbie, przewracając nieszczęsne dziecko. To nie moja wina, że nie upilnowała bachora, a ten gówniarz bez ostrzeżenia podbiegł do psa. Szczęście, że włożyłam jej kaganiec, bo byłby z tego większy problem. Z cichym westchnieniem udałam się do kuchni. Wszystkie kubki były w zlewie, tworząc wcale nie mały stosik. Trzeba wreszcie tu ogarnąć. Podeszłam do lodówki i otworzyłam ją. Wiało pustkami. Wyciągnęłam z niej karmę dla psów i ostatni jogurt . Trzeba będzie zrobić w końcu zakupy. Ugh, nienawidzę tego.
Po szybkim śniadaniu, na które składał się jogurt i resztka musli, wygrzebana z jednej szafki udałam się do sklepu. Przytłaczająca ilość ludzi biegała między licznymi alejkami, śpiesząc się. Pewnie do pracy (nie minęła przecież dziesiąta) albo domu... tam czekają na nich rodziny. Pewnie muszą ugotować jakiś niedobry posiłek dla całej familii i zająć się równie prostymi, aczkolwiek niezbędnymi do funkcjonowania czynnościami. Również zaczęłam błądzić między tymi alejkami, szukając różnych rzeczy. Nienawidzę robić zakupów. Dlatego raz na jakiś czas robię większe i mam na chwilę spokój. Zaczęłam bez większego zastanowienia wkładać do wózka dobrze mi znane produkty, które po chwili już ledwo się w nim mieściły. Później poszło już sprawnie; zapłaciłam i zapakowałam produkty. Było tego... sporo. Dużo więcej niż się spodziewałam. Zaczęłam brać siaty do rąk, obwieszając się nimi jak juczny osioł i skierowałam się w stronę wyjścia, nie zważając na nic wokoło, bo ledwo dawałam sobie radę z tym bagażem. Nie zauważyłam nawet nadjeżdżającego ni stąd, ni zowąd wózka, który uderzył we mnie. Kuźwa mać! Ja to mam dzisiaj naprawdę pecha. Upadłam na podłogę, boleśnie tucząc sobie tyłek i rozwalając z hukiem reklamówki. Produkty, które w dużej mierze stanowiły puszki z karmą dla psów, porozsypywały się wszędzie, robiąc straszliwy hałas. Tłumy wstrzymały oddech, a po sklepie nie przebiegł nawet szmer. Wszyscy patrzyli na mnie zaciekawieni. Nie wiedziałam co mam robić, siedziałam tylko jak wryta, nie mogąc się poruszyć.
- Hej, żyjesz...? Przepraszam cię najmocniej. Jeśli coś się popsuło albo potłukło oddam Ci kasę...
Świetny sposób na zawarcie nowej znajomości! Szczerze miałam ochotę pogratulować temu typkowi, który nagle zaczął zbierać moje zakupy z podłogi. To przywróciło mnie do rzeczywistości.
- Spoko. - rzuciłam krótko, i zaczęłam sprzątać. - Zostaw to.
Mężczyzna zignorował moje polecenie, nadal pomagając mi sprzątać. Tymczasem sklep zaczął normalnie funkcjonować. A kasjerka wołała coś, do niego, bo już skasowała wszystkie jego produkty.
- Ej. - pomachałam ręką tuż przed jego twarzą - Ktoś cię woła. - wskazałam dłonią na kasę.
Mike? Miało być fajne, ale nie wyszło
- Już wstaję. - warknęłam, ochrypniętym od spania głosem.
Zwlekłam się powoli z łóżka, stwierdzając, że w mieszkaniu jest okropny bałagan. Dawno już nie miałam takiego bajzlu. Wyciągnęłam z szafy czarne legginsy, bluzę i top, po czym udałam się do łazienki, gdzie doprowadziłam się do stanu używalności. Przynajmniej nie wystraszę z rana ludzi swoim wyglądem. Włożyłam na stopy czarne Adidasy. Nie było źle, skoro wyrobiłam się w nieco ponad pół godziny. Chciałam szybko wyjść wyprowadzić na spacer moje potwory, nie przewidując jednak, że Barbie nie będzie chciała dać sobie włożyć kagańca. I tym sposobem miałam dwie godziny w plecy.
*~*~*
Po długim i wyczerpującym spacerze wróciłam do domu w podłym nastroju, kulejąc lekko. Nienawidzę ludzi i rowerzystów. Jak można być tak nieuważnym i wjechać w dziewczynę z dwoma pasami na szerokiej drodze? Później nawrzeszczała na mnie jakaś starsza baba, na której wnuczka wyskoczyła Barbie, przewracając nieszczęsne dziecko. To nie moja wina, że nie upilnowała bachora, a ten gówniarz bez ostrzeżenia podbiegł do psa. Szczęście, że włożyłam jej kaganiec, bo byłby z tego większy problem. Z cichym westchnieniem udałam się do kuchni. Wszystkie kubki były w zlewie, tworząc wcale nie mały stosik. Trzeba wreszcie tu ogarnąć. Podeszłam do lodówki i otworzyłam ją. Wiało pustkami. Wyciągnęłam z niej karmę dla psów i ostatni jogurt . Trzeba będzie zrobić w końcu zakupy. Ugh, nienawidzę tego.
Po szybkim śniadaniu, na które składał się jogurt i resztka musli, wygrzebana z jednej szafki udałam się do sklepu. Przytłaczająca ilość ludzi biegała między licznymi alejkami, śpiesząc się. Pewnie do pracy (nie minęła przecież dziesiąta) albo domu... tam czekają na nich rodziny. Pewnie muszą ugotować jakiś niedobry posiłek dla całej familii i zająć się równie prostymi, aczkolwiek niezbędnymi do funkcjonowania czynnościami. Również zaczęłam błądzić między tymi alejkami, szukając różnych rzeczy. Nienawidzę robić zakupów. Dlatego raz na jakiś czas robię większe i mam na chwilę spokój. Zaczęłam bez większego zastanowienia wkładać do wózka dobrze mi znane produkty, które po chwili już ledwo się w nim mieściły. Później poszło już sprawnie; zapłaciłam i zapakowałam produkty. Było tego... sporo. Dużo więcej niż się spodziewałam. Zaczęłam brać siaty do rąk, obwieszając się nimi jak juczny osioł i skierowałam się w stronę wyjścia, nie zważając na nic wokoło, bo ledwo dawałam sobie radę z tym bagażem. Nie zauważyłam nawet nadjeżdżającego ni stąd, ni zowąd wózka, który uderzył we mnie. Kuźwa mać! Ja to mam dzisiaj naprawdę pecha. Upadłam na podłogę, boleśnie tucząc sobie tyłek i rozwalając z hukiem reklamówki. Produkty, które w dużej mierze stanowiły puszki z karmą dla psów, porozsypywały się wszędzie, robiąc straszliwy hałas. Tłumy wstrzymały oddech, a po sklepie nie przebiegł nawet szmer. Wszyscy patrzyli na mnie zaciekawieni. Nie wiedziałam co mam robić, siedziałam tylko jak wryta, nie mogąc się poruszyć.
- Hej, żyjesz...? Przepraszam cię najmocniej. Jeśli coś się popsuło albo potłukło oddam Ci kasę...
Świetny sposób na zawarcie nowej znajomości! Szczerze miałam ochotę pogratulować temu typkowi, który nagle zaczął zbierać moje zakupy z podłogi. To przywróciło mnie do rzeczywistości.
- Spoko. - rzuciłam krótko, i zaczęłam sprzątać. - Zostaw to.
Mężczyzna zignorował moje polecenie, nadal pomagając mi sprzątać. Tymczasem sklep zaczął normalnie funkcjonować. A kasjerka wołała coś, do niego, bo już skasowała wszystkie jego produkty.
- Ej. - pomachałam ręką tuż przed jego twarzą - Ktoś cię woła. - wskazałam dłonią na kasę.
Mike? Miało być fajne, ale nie wyszło
czwartek, 28 kwietnia 2016
Od Michael'a
Biiib-biiib-biiib-biiib...
O Boże, to już ta godzina? Nie możliwe... Odrzuciłem kołdrę i od razu tego pożałowałem, bo w pokoju było dosyć chłodno (na noc skręciłem grzejniki). No ale cóż, trzeba wstać. Podniosłem się z wyra, wziąłem kupkę uszykowanych wczoraj wieczorem ubrań i poszedłem do łazienki, gdzie na szybko wskoczyłem pod prysznic i umyłem głowę. Potem ubrałem się i przeszedłem do kuchni. Kiedy zajrzałem do lodówki przywitały mnie, no dobra, nic mnie nie przywitało, jedynie żółte światełko żarówki. Z przeciągłym jękiem w duszy zamknąłem drzwi lodówki i przyłożyłem czoło do chłodnego metalu.
Idioto, czemu ty o niczym nie pamiętasz? Rób se jakieś kartki czy coś, jeśli trzeba to pisz sobie na ręce, bylebyś pamiętał, co trzeba zrobić.
Wziąłem leżący na stole potrfel i kluczyki. Wzułem trampki, zarzuciłem na plecy skórę i wyszedłem z domu układając w myślach listę zakupów.
***
Cholera, nienawidzę łażenia po sklepach. Zwłaszcza na głodnego. Nie mogę się wtedy skupić i snuję się między tymi alejkami nie wiedząc co zrobić, a nie mam w zwyczaju prosić o pomoc.
No dobra, w końcu mam mniej więcej wszystko, chociaż znając życie i tak czegoś zapomniałem.
Poszedłem do kasy i zacząłem wykładać wszystko na taśmę. Niestety, kiedy wózek nie był taki ciężki pojechał do przodu i uderzył w jakąś dziewczynę, która była dosłownie objuczona torbami. Dziewczyna się przewróciła, troby pękły i wszystko wysypało się na ziemie.
Ludzie wokół zamarli, kasjerka przestała kasować. Siarczyście zakląłem w duchu i podszedłem do dziewczyny modląc się, żeby nic jej nie było.
-Hej, żyjesz...? Przepraszam cię najmocniej. Jeśli coś się popsuło albo potłukło oddam Ci kase...
Jakaś dziewczyna? *podryw na Mike'a xD*
O Boże, to już ta godzina? Nie możliwe... Odrzuciłem kołdrę i od razu tego pożałowałem, bo w pokoju było dosyć chłodno (na noc skręciłem grzejniki). No ale cóż, trzeba wstać. Podniosłem się z wyra, wziąłem kupkę uszykowanych wczoraj wieczorem ubrań i poszedłem do łazienki, gdzie na szybko wskoczyłem pod prysznic i umyłem głowę. Potem ubrałem się i przeszedłem do kuchni. Kiedy zajrzałem do lodówki przywitały mnie, no dobra, nic mnie nie przywitało, jedynie żółte światełko żarówki. Z przeciągłym jękiem w duszy zamknąłem drzwi lodówki i przyłożyłem czoło do chłodnego metalu.
Idioto, czemu ty o niczym nie pamiętasz? Rób se jakieś kartki czy coś, jeśli trzeba to pisz sobie na ręce, bylebyś pamiętał, co trzeba zrobić.
Wziąłem leżący na stole potrfel i kluczyki. Wzułem trampki, zarzuciłem na plecy skórę i wyszedłem z domu układając w myślach listę zakupów.
***
Cholera, nienawidzę łażenia po sklepach. Zwłaszcza na głodnego. Nie mogę się wtedy skupić i snuję się między tymi alejkami nie wiedząc co zrobić, a nie mam w zwyczaju prosić o pomoc.
No dobra, w końcu mam mniej więcej wszystko, chociaż znając życie i tak czegoś zapomniałem.
Poszedłem do kasy i zacząłem wykładać wszystko na taśmę. Niestety, kiedy wózek nie był taki ciężki pojechał do przodu i uderzył w jakąś dziewczynę, która była dosłownie objuczona torbami. Dziewczyna się przewróciła, troby pękły i wszystko wysypało się na ziemie.
Ludzie wokół zamarli, kasjerka przestała kasować. Siarczyście zakląłem w duchu i podszedłem do dziewczyny modląc się, żeby nic jej nie było.
-Hej, żyjesz...? Przepraszam cię najmocniej. Jeśli coś się popsuło albo potłukło oddam Ci kase...
Jakaś dziewczyna? *podryw na Mike'a xD*
środa, 27 kwietnia 2016
poniedziałek, 25 kwietnia 2016
Od Nico c.d: Liesel
Po pracy wracałem do domu. Wreszcie. w transporterku pod pachą niosłem
niewielkiego psa. Nie chcieli go zostawiać samego na noc w lecznicy więc
dostałem na jeden dzień szczeniaka. Zagapiłem się na buty i ... jebut
nagle transporterek upadł wraz z nim jakaś dziewczyna i tylko ja stałem
na nogach..
Podniosłem dziewczynę która wydawała się być zawstydzona.... Mocno zawstydzona i delikatnie uchyliłem drzwiczki od transporterku. Pies żył. Mruknał na mnie niezadowolony z powodu nagłej zmiany położenia i poszedł spać dalej.
-Umm przepraszam?-popatrzyła na mnie oczekując przeprosin
-Nie musisz przepraszać-uśmiechnałem się lekko i podałem jej ręke.
-Nico jestem a ty ?
-Liesel..
-Lie.. sel.... emmm -przechyliłem głowę i podrapałem się po karku.
-Och nie udawaj jak byś nie słyszał dziwniejszych imion-burknęła
-Nie nooo co to to nie .. słuchaj okropnie mi przykro że na mnie weszłaś.
W odpowiedzi dostałem głośne prychnięcie
-Pies żyje, ty żyjesz, ja żyję.
-Pies?-popatrzyła na mnie i zwęziła oczy.
Podniosłem delikatnie transporter na wysokość jej oczu.
-ojeeeeeej piękny co to za bobo?
-Jest do adopcji jak byś chciała, nazywa się miki i jest mieszanką, będzie mały-uśmiechnałem się
-Nie jest twój?
-Jestem weterynarzem. jakoś tak wyszło ze muszę go na noc zabrać-uśmiechnąłem sięlekko
<cd liesel?>
Podniosłem dziewczynę która wydawała się być zawstydzona.... Mocno zawstydzona i delikatnie uchyliłem drzwiczki od transporterku. Pies żył. Mruknał na mnie niezadowolony z powodu nagłej zmiany położenia i poszedł spać dalej.
-Umm przepraszam?-popatrzyła na mnie oczekując przeprosin
-Nie musisz przepraszać-uśmiechnałem się lekko i podałem jej ręke.
-Nico jestem a ty ?
-Liesel..
-Lie.. sel.... emmm -przechyliłem głowę i podrapałem się po karku.
-Och nie udawaj jak byś nie słyszał dziwniejszych imion-burknęła
-Nie nooo co to to nie .. słuchaj okropnie mi przykro że na mnie weszłaś.
W odpowiedzi dostałem głośne prychnięcie
-Pies żyje, ty żyjesz, ja żyję.
-Pies?-popatrzyła na mnie i zwęziła oczy.
Podniosłem delikatnie transporter na wysokość jej oczu.
-ojeeeeeej piękny co to za bobo?
-Jest do adopcji jak byś chciała, nazywa się miki i jest mieszanką, będzie mały-uśmiechnałem się
-Nie jest twój?
-Jestem weterynarzem. jakoś tak wyszło ze muszę go na noc zabrać-uśmiechnąłem sięlekko
<cd liesel?>
niedziela, 24 kwietnia 2016
Od Lex Cd Lionell'a
Już miałam go wyśmiać, że co on sobie myśli, że nigdzie z nim nie pójdę, ale zostałam zawołana przez innego klienta. Pozwoliło mi to chociaż na chwile odpocząć od nachalnego adoratora, ale, mimo, że już z nim nie rozmawiałam, cały czas czułam na sobie jego lepki wzrok.
Przez resztę wieczoru asertywnie go ignorowałam, a jeśli chciał, żeby go obsłużono, kierowałam do niego innych.
No cóż, kolega przystojny, zabawny, niewątpliwie inteligentny, ale straszliwie nachalny. Dwie rzeczy, których na tym świecie nienawidzę to nachalność i głupota.
Zbliżał się koniec mojej zmiany, a chłopak cały czas nie ruszał się z miejsca. Widziałam, że wypił kilka drinków, ale raczej nie był wstawiony. Kurcze, pilnował mnie jak nie wiem, zastanawiałam się, czy do domu też za mną pójdzie. Bo jeszcze mu ucieknę, albo okaże się, że jestem zajęta...
***
Wyszłam z pracy parę minut po dwudziestej drugiej. Stałam przy tylnym wejściu próbując zapiąć kurtkę, ale w tych ciemnościach nic nie dało się zrobić. Przeszłam parę kroków dalej, w światło latarni.
-Widzę, że to było za trudne, żeby mi powiedzieć, o której kończysz. Musiałem tam siedzieć-w kręgu światła pojawił się Lionell. No proszę, jak filmowo...
-Nie musiałeś-mruknęłam, przewróciłam oczami i spróbowałam go wyminąć. On złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Pachniało od niego alkoholem. Poczułam ukłucie niepokoju.
-Nie bądź taka niedostępna-wyszeptał mi do ucha. Wyrwałam mu się.
-Jesteś psychiczny!-krzyknęłam i wybiegłam z tego zaułka na ulicę. Zatrzymałam taksówkę i pojechałam do siebie.
***
Dlaczego na swojej drodze spotykam samych dziwnych ludzi, co? Jestem jakimś magnesem na świrów? No cóż, trzeba przyznać, że ja sama do końca normalna nie jestem, mam pełno swoich dziwactw, no ale błagam, mógłby mi się trafić jakiś porządny, normalny facet.
No ale jednego nie można było Lionellowi odmówić - przystojny był cholernie. Zaczęłam się zastanawiać, jak wygląda bez koszulki, ale szybko się ogarnęłam - przecież w ogóle go nie znam, a dzisiaj już mi pokazał jak to świetnie potrafi się zachować. Miałam tylko nadzieję, że jutro go nie będzie, bo dłuższego męczenia nie zniosę.
No ale jeśli tak naprawdę chcę, żebym się z nim umówiła, to niech się wykaże.
Lionell? ;3
Przez resztę wieczoru asertywnie go ignorowałam, a jeśli chciał, żeby go obsłużono, kierowałam do niego innych.
No cóż, kolega przystojny, zabawny, niewątpliwie inteligentny, ale straszliwie nachalny. Dwie rzeczy, których na tym świecie nienawidzę to nachalność i głupota.
Zbliżał się koniec mojej zmiany, a chłopak cały czas nie ruszał się z miejsca. Widziałam, że wypił kilka drinków, ale raczej nie był wstawiony. Kurcze, pilnował mnie jak nie wiem, zastanawiałam się, czy do domu też za mną pójdzie. Bo jeszcze mu ucieknę, albo okaże się, że jestem zajęta...
***
Wyszłam z pracy parę minut po dwudziestej drugiej. Stałam przy tylnym wejściu próbując zapiąć kurtkę, ale w tych ciemnościach nic nie dało się zrobić. Przeszłam parę kroków dalej, w światło latarni.
-Widzę, że to było za trudne, żeby mi powiedzieć, o której kończysz. Musiałem tam siedzieć-w kręgu światła pojawił się Lionell. No proszę, jak filmowo...
-Nie musiałeś-mruknęłam, przewróciłam oczami i spróbowałam go wyminąć. On złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie. Pachniało od niego alkoholem. Poczułam ukłucie niepokoju.
-Nie bądź taka niedostępna-wyszeptał mi do ucha. Wyrwałam mu się.
-Jesteś psychiczny!-krzyknęłam i wybiegłam z tego zaułka na ulicę. Zatrzymałam taksówkę i pojechałam do siebie.
***
Dlaczego na swojej drodze spotykam samych dziwnych ludzi, co? Jestem jakimś magnesem na świrów? No cóż, trzeba przyznać, że ja sama do końca normalna nie jestem, mam pełno swoich dziwactw, no ale błagam, mógłby mi się trafić jakiś porządny, normalny facet.
No ale jednego nie można było Lionellowi odmówić - przystojny był cholernie. Zaczęłam się zastanawiać, jak wygląda bez koszulki, ale szybko się ogarnęłam - przecież w ogóle go nie znam, a dzisiaj już mi pokazał jak to świetnie potrafi się zachować. Miałam tylko nadzieję, że jutro go nie będzie, bo dłuższego męczenia nie zniosę.
No ale jeśli tak naprawdę chcę, żebym się z nim umówiła, to niech się wykaże.
Lionell? ;3
Od Nico
Pierwszy dzień pierwszy dzień! i już czegoś zapomniałem ... ehhh jak
zwykle. co to było tym razem zapytacie? kanapki. torba z złotem tego
kraju, narodu, świata. moje kanapki to złoto. świezy dokowy chlebek ,
ser z jakiegoś sklepu z serami, sałata, pomidorek z mojego mini ogródka i
jajko. no kupne bo kury nie m miałem jak trzymać na 20 metrach
kwadratowych. Moj dom to klitka... dla niektórych ! dla mnie to
maluteńki skrawek nieba! mam duże okno, niewielki drewniany stolik, dwa
krzesła , kanapę (która robi za łóżko bo jest rozkładana) lodóweczkę,
kuchenkę, prysznic! wszystko czego potrzeba normalnemu człowiekowi do
życia!
Wbiegłem do gabinetu spóźniony.
-hej hej! sorki wybacz strasznie naprawdę mi przykro ale zaspałem!- dziewczyna za ladą popatrzyła na mnie z lekkim uśmiechem
-nie ma co.. szef też zaspał. idź się przebrać bo za pare sekund masz pierwszego klienta-pokazała mi dłonią drzwi i wróciła do nabijania czegoś na kasę.Pierwszym klietem był niewielki piesek o imieniu.. uwaga uwaga... Bobik! cziłała o jakimś zaburzeniu osobowości bo starał się gryźć i warczeć niczym dog niemiecki powinien.
Następnie wpadła fretka z złamanym pazurkiem, i nim się zorjętowałem miałem porę obiadową. wyszedłem do jakiejś poblijskiej knajpi. z braku laku podszedłem do stolika przy którym siedziała jedna osoba.
-emm hej, to jedyne wolne miejsce.. czy ktoś się dosiada do ciebie czy pozwolisz mi z tobą zjeść-szeroko się uśmiechnąłem czekając na odpowiedź
<zje ktoś z mua :P?>
Wbiegłem do gabinetu spóźniony.
-hej hej! sorki wybacz strasznie naprawdę mi przykro ale zaspałem!- dziewczyna za ladą popatrzyła na mnie z lekkim uśmiechem
-nie ma co.. szef też zaspał. idź się przebrać bo za pare sekund masz pierwszego klienta-pokazała mi dłonią drzwi i wróciła do nabijania czegoś na kasę.Pierwszym klietem był niewielki piesek o imieniu.. uwaga uwaga... Bobik! cziłała o jakimś zaburzeniu osobowości bo starał się gryźć i warczeć niczym dog niemiecki powinien.
Następnie wpadła fretka z złamanym pazurkiem, i nim się zorjętowałem miałem porę obiadową. wyszedłem do jakiejś poblijskiej knajpi. z braku laku podszedłem do stolika przy którym siedziała jedna osoba.
-emm hej, to jedyne wolne miejsce.. czy ktoś się dosiada do ciebie czy pozwolisz mi z tobą zjeść-szeroko się uśmiechnąłem czekając na odpowiedź
<zje ktoś z mua :P?>
Od Lionell'a c.d: Lex
Co z moją gadaną nie tak? Hola, hola laleczko, mój podryw jest dobry. Zawsze działa, prędzej czy później ale działa. Lata praktyki, im bardziej banalny tekst, tym bardziej wam się to podoba. Tak już jest. Chyba, że mam do czynienia z jakimś nowym gatunkiem. Czymś, co nie jest w pełni kobietą, a skoro tak to moooże nie występuje u niej zjawisko zwane potocznie okresem. Oh, raj na ziemi... Bo coś z kobiety w sobie na pewno ma, gdyż mam cholerną ochotę na nią. Nagą. Nagą i w moim łóżku. Ewentualnie w jakiejś seksownej bieliźnie. To musi być coś w rodzaju hybrydy. Inny charakter ale ciało bogini. O jezu... byleby nie gender, nie no nie ma takiej opcji.
- Mówisz? A może jednak ? - posłałem jej przeuroczy uśmiech przekrzywiając przy tym z lekka głowę.
- Niestety. - przewróciła oczyma, w bardzo drażniący sposób.
- Wiesz mam jeszcze parę równie beznadziejnych tekstów na podryw w zanadrzu, zatem wolisz ich wysłuchać a dopiero potem zgodzić się na jakieś niewinne spotkanie tylko ze mną czy może od razu się na nie zgodzisz ? - wykonałem znaczący ruch brwiami. - Dałem Ci prawo wyboru, jestem prawdziwym dżentelmenem.
- Może bym w to uwierzyła gdybyś nie dodał wzmianki o tym, teraz raczej wychodzisz na prostackiego dupka, to po pierwsze, a po drugie skąd w ogóle pomysł, że się zgodze na jakiekolwiek spotkanie z Tobą. - prychnęła wyraźnie rozbawiona, coż za sarkastyczne dziewczę. Powiedziałabym, iż sądzę, że i ona ma ochotę na małe co nie co z moją osobą ale to byłby chyba przejaw zbytniej pewności siebie...A z resztą co jej powiem ? Bo wyglądasz mi na Kubusia Puchatka a on lubił małe co nieco. No to kurwa dojebałem. Miała racje mój podryw jest beznadziejny... Chwała, że panuję nad tym co opuszcza mój otwór gębowy, bo w innym wypadku zamiast uprawiać sex żarlibyśmy miód...
- To popatrz już wiesz, że jestem takim 2 w 1 czyli jeszcze lepiej, no bo powiedz mi, która z Was nie lubi czegoś w gratisie? A zgodzisz się chociażby dlatego, że dobrze wyglądam. - wzruszyłem obojętnie ramionami.
- Jesteś niemożliwy. - pokręciła z niedowierzaniem głową. Wiem, wiem maleńka, sam siebie nieustannie zaskakuję.
- To jak będzie? - spytałem z wyraźną nadzieją w głosie, a co tam niech wie, że mi na tym zależy. Dawno z nikim się nie zabawiałem. Tego już nie musi wiedzieć...
- Kiedy? - zapytała nonszalancko chcąc ukryć swoje zainteresowanie. Nie ze mną takie numery, też Cię zaintrygowałem, nie wiem jeszcze pod jakim względem, ale nie jestem Ci obojętny. Inaczej nie prowadzilibyśmy tej dennej konwersacji. Cóż za dedukcja, punkt dla mnie.
- Jak to kiedy? Teraz.
- ee... jestem w pracy?
- Skoro możecie sobie plotkować z klientami, to wychodzić na randki już nie?
- Randki? Jakie randki. To tylko spotkanie. Nie wyobrażaj sobie za dużo.
Huh...
- Za późno - rzuciłem dwuznacznie i uśmiechnąłem się jak typowy grubiański dupek. Prawda jest taka, że widziałem ją już oczyma wyobraźni co najmniej trzy razy nagą i powiem więcej, za każdym razem na innym tle. Na reakcje dziewczyny nie trzeba było długo czekać gdyż raz raz dostałem odpowiedź w postaci soczystego policzka. Cholera ma ciętą łapę. Nie powiem zabolało...
- Dobra dostałem to, na co zasłużyłem... - zrobiłem udawaną minę przepełnioną skruchą. - To o której kończysz robotę?
Nie przyjmę sprzeciwu po tym jak dostałem w ryj, po tym jak zadałem sobie tyle trudu by ciągnąć tą gadkę i po tym jak moja własna wyobraźnia mnie nakręciła.
< Lex? xD Przepraszam ♥ >
- Mówisz? A może jednak ? - posłałem jej przeuroczy uśmiech przekrzywiając przy tym z lekka głowę.
- Niestety. - przewróciła oczyma, w bardzo drażniący sposób.
- Wiesz mam jeszcze parę równie beznadziejnych tekstów na podryw w zanadrzu, zatem wolisz ich wysłuchać a dopiero potem zgodzić się na jakieś niewinne spotkanie tylko ze mną czy może od razu się na nie zgodzisz ? - wykonałem znaczący ruch brwiami. - Dałem Ci prawo wyboru, jestem prawdziwym dżentelmenem.
- Może bym w to uwierzyła gdybyś nie dodał wzmianki o tym, teraz raczej wychodzisz na prostackiego dupka, to po pierwsze, a po drugie skąd w ogóle pomysł, że się zgodze na jakiekolwiek spotkanie z Tobą. - prychnęła wyraźnie rozbawiona, coż za sarkastyczne dziewczę. Powiedziałabym, iż sądzę, że i ona ma ochotę na małe co nie co z moją osobą ale to byłby chyba przejaw zbytniej pewności siebie...A z resztą co jej powiem ? Bo wyglądasz mi na Kubusia Puchatka a on lubił małe co nieco. No to kurwa dojebałem. Miała racje mój podryw jest beznadziejny... Chwała, że panuję nad tym co opuszcza mój otwór gębowy, bo w innym wypadku zamiast uprawiać sex żarlibyśmy miód...
- To popatrz już wiesz, że jestem takim 2 w 1 czyli jeszcze lepiej, no bo powiedz mi, która z Was nie lubi czegoś w gratisie? A zgodzisz się chociażby dlatego, że dobrze wyglądam. - wzruszyłem obojętnie ramionami.
- Jesteś niemożliwy. - pokręciła z niedowierzaniem głową. Wiem, wiem maleńka, sam siebie nieustannie zaskakuję.
- To jak będzie? - spytałem z wyraźną nadzieją w głosie, a co tam niech wie, że mi na tym zależy. Dawno z nikim się nie zabawiałem. Tego już nie musi wiedzieć...
- Kiedy? - zapytała nonszalancko chcąc ukryć swoje zainteresowanie. Nie ze mną takie numery, też Cię zaintrygowałem, nie wiem jeszcze pod jakim względem, ale nie jestem Ci obojętny. Inaczej nie prowadzilibyśmy tej dennej konwersacji. Cóż za dedukcja, punkt dla mnie.
- Jak to kiedy? Teraz.
- ee... jestem w pracy?
- Skoro możecie sobie plotkować z klientami, to wychodzić na randki już nie?
- Randki? Jakie randki. To tylko spotkanie. Nie wyobrażaj sobie za dużo.
Huh...
- Za późno - rzuciłem dwuznacznie i uśmiechnąłem się jak typowy grubiański dupek. Prawda jest taka, że widziałem ją już oczyma wyobraźni co najmniej trzy razy nagą i powiem więcej, za każdym razem na innym tle. Na reakcje dziewczyny nie trzeba było długo czekać gdyż raz raz dostałem odpowiedź w postaci soczystego policzka. Cholera ma ciętą łapę. Nie powiem zabolało...
- Dobra dostałem to, na co zasłużyłem... - zrobiłem udawaną minę przepełnioną skruchą. - To o której kończysz robotę?
Nie przyjmę sprzeciwu po tym jak dostałem w ryj, po tym jak zadałem sobie tyle trudu by ciągnąć tą gadkę i po tym jak moja własna wyobraźnia mnie nakręciła.
< Lex? xD Przepraszam ♥ >
Od Savannah CD Christopher'a
Czułam, że dzisiejszego dnia coś się stanie. Po prostu wiedziałam, że coś się wydarzy. No i się wydarzyło, upaćkano mnie zupą. Dobrze, że nie było dzisiaj menagerki, bo my mnie własnymi rękoma udusiła, zwłaszcza, że wczoraj uniformy wróciły z pralni. Zanim nawet poczułam, że moja twarz płonie zniknęłam na zapleczu. Zdjęłam pobrudzoną koszulę i założyłam nową. Chwilę zastanawiałam się, co robić- czy oddać tą popbrudzoną i narażać się na gniew przełożonej i zabrać ją do domu, wyprać samemu i mieć spokój. Oczywiście, wybrałam drugą opcję.
Wyjęłam z torebki reklamówkę, wpakowałam do niej koszulę i schowałam na samo dno torby.
Ogarnęłam się trochę, uspokoiłam oddech i wyszłam z zaplecza. Tam złapał mnie ten chłopak, co mnie polał. Przepraszał mnie i zaprosił na lunch. Jak zwykle czułam się trochę niezręcznie, ale starałam się robić dobrą minę do złej gry. Ale znając życie i mina była zła, bo na mojej twarzy wszystkie moje emocje odbijają się jak na lustrze.
Przez resztę zmiany chodziłam jak na szpilkach, byleby tylko uniknąć menagerki, która jednak się pojawiła. Kiedy skończyłam wyszłam z lokalu jak najszybciej. Znając życie, to nieprzyjemne babiszcze i tak się dowie, ale lepiej odwlec to w czasie - spróbuje się mentalnie przygotować na tą rozmowę. Nie rozumiem, dlaczego oni mnie tam tak nie lubią? Co im zrobiłam? Wypadki chodzą po ludziach, ale jednak najbardziej chodzą po mnie.
Z zamyśleń wyrwał mnie widok chłopaka, który mnie oblał. Co on tu robi?
-Oto jestem. Zatem kawa czy lunch?
-Nie chcę robić Ci problemu...-zabrakło mi jego imienia, więc zawiesiłam głos.
-Wybacz, nie przedstawiłem się. Jestem Christopher.
-Nie chcę robić Ci problemu, Christopher.
-Ależ to żaden problem, uwierz-zapewnił i uśmiechnął się przekonująco.-To jak?
-To może kawa...-powirdziałam cicho. Skinął głową.
-Znam niedaleko świetną kawiarnię, chodźmy.
***
Przyniesiono nam nasze zamówienia-mi caffe latte i szarlotkę z lodami, a jemu czarną kawę i jagodowego muffina.
Wsypałam do wysokiej szklanki dwie saszetki brązowego cukru i zamieszałam.
-Opowiedz mi coś o sobie-usłyszałam. Podniosłam na niego wzrok.
-Nie lubię o sobie mówić-mruknęłam, bojąc się, że spalę buraka.
-Nalegam-do wypowiedzi dołączył bardzo przyjemny uśmiech. Speszyłam się, ale postanowiłam coś powiedzieć.
-Jestem z Chicago, a mieszkam tutaj, bo to od zawsze było moje marzenie-upiłam łyk kawy, zastanawiając się co dalej powiedzieć.-Jeżdżę konno i lubię czytać książki. Nie pogardzę też dobrym filmem. Nie wiem, co jeszcze powiedzieć, nie ma we mnie nic specjalnego-dokończyłam i zabrałam się za topniejące już lody. Cały czas czułam na sobie wzrok Christophera, przez co byłam jeszcze bardziej spięta.
W pewnej chwili poczułam mocne szarpnięcie za krzesło, to przepychał się jakiś facet. Nawet nie przeprosił, super.
-Twoja torba-wskazał Christopher. Rzeczywiście, kiedy ten facet potrącił moje krzesło, torba spadła (była zawieszona na oparciu) a na dodatek nie była zamknięta, więc wszystko się wywaliło. Odeszłam od stołu i zaczęłam wszystko sprzątać.
-Poczekaj-polecił. Zamarłam w pół ruchu i spojrzałam się na niego z lekkim przestrachem.-Czy to ta koszula?-spytał, a jego ton sprawił, że nie mogłam nie odpowiedzieć.
-Tak.
-Dlaczego ją zabrałaś? Wydawało mi się, że to cywilizowana restauracja i że piorą tam wasze uniformy.
Zrobiło mi się głupio, ale jego naglące spojrzenie przywołało mnie do porządku.
-Mamy tylko po dwa komplety, a wczoraj wróciły z pralni-zaczęłam niezbyt składnie mówić.-Jeśli komuś coś się przydarza to tylko mi, menagerka mnie za to nienawidzi. Pomyślałam więc, że sama to wypiorę i nie będzie żadnego problemu, ale myślę, że pewne życzliwe osoby już jej o wszystkim powiedziały. No cóż, nie wszystkim przypadam do gustu, ale na szczęście większość ludzi po prostu mnie nie zauważa...
Christopherze? C;
Wyjęłam z torebki reklamówkę, wpakowałam do niej koszulę i schowałam na samo dno torby.
Ogarnęłam się trochę, uspokoiłam oddech i wyszłam z zaplecza. Tam złapał mnie ten chłopak, co mnie polał. Przepraszał mnie i zaprosił na lunch. Jak zwykle czułam się trochę niezręcznie, ale starałam się robić dobrą minę do złej gry. Ale znając życie i mina była zła, bo na mojej twarzy wszystkie moje emocje odbijają się jak na lustrze.
Przez resztę zmiany chodziłam jak na szpilkach, byleby tylko uniknąć menagerki, która jednak się pojawiła. Kiedy skończyłam wyszłam z lokalu jak najszybciej. Znając życie, to nieprzyjemne babiszcze i tak się dowie, ale lepiej odwlec to w czasie - spróbuje się mentalnie przygotować na tą rozmowę. Nie rozumiem, dlaczego oni mnie tam tak nie lubią? Co im zrobiłam? Wypadki chodzą po ludziach, ale jednak najbardziej chodzą po mnie.
Z zamyśleń wyrwał mnie widok chłopaka, który mnie oblał. Co on tu robi?
-Oto jestem. Zatem kawa czy lunch?
-Nie chcę robić Ci problemu...-zabrakło mi jego imienia, więc zawiesiłam głos.
-Wybacz, nie przedstawiłem się. Jestem Christopher.
-Nie chcę robić Ci problemu, Christopher.
-Ależ to żaden problem, uwierz-zapewnił i uśmiechnął się przekonująco.-To jak?
-To może kawa...-powirdziałam cicho. Skinął głową.
-Znam niedaleko świetną kawiarnię, chodźmy.
***
Przyniesiono nam nasze zamówienia-mi caffe latte i szarlotkę z lodami, a jemu czarną kawę i jagodowego muffina.
Wsypałam do wysokiej szklanki dwie saszetki brązowego cukru i zamieszałam.
-Opowiedz mi coś o sobie-usłyszałam. Podniosłam na niego wzrok.
-Nie lubię o sobie mówić-mruknęłam, bojąc się, że spalę buraka.
-Nalegam-do wypowiedzi dołączył bardzo przyjemny uśmiech. Speszyłam się, ale postanowiłam coś powiedzieć.
-Jestem z Chicago, a mieszkam tutaj, bo to od zawsze było moje marzenie-upiłam łyk kawy, zastanawiając się co dalej powiedzieć.-Jeżdżę konno i lubię czytać książki. Nie pogardzę też dobrym filmem. Nie wiem, co jeszcze powiedzieć, nie ma we mnie nic specjalnego-dokończyłam i zabrałam się za topniejące już lody. Cały czas czułam na sobie wzrok Christophera, przez co byłam jeszcze bardziej spięta.
W pewnej chwili poczułam mocne szarpnięcie za krzesło, to przepychał się jakiś facet. Nawet nie przeprosił, super.
-Twoja torba-wskazał Christopher. Rzeczywiście, kiedy ten facet potrącił moje krzesło, torba spadła (była zawieszona na oparciu) a na dodatek nie była zamknięta, więc wszystko się wywaliło. Odeszłam od stołu i zaczęłam wszystko sprzątać.
-Poczekaj-polecił. Zamarłam w pół ruchu i spojrzałam się na niego z lekkim przestrachem.-Czy to ta koszula?-spytał, a jego ton sprawił, że nie mogłam nie odpowiedzieć.
-Tak.
-Dlaczego ją zabrałaś? Wydawało mi się, że to cywilizowana restauracja i że piorą tam wasze uniformy.
Zrobiło mi się głupio, ale jego naglące spojrzenie przywołało mnie do porządku.
-Mamy tylko po dwa komplety, a wczoraj wróciły z pralni-zaczęłam niezbyt składnie mówić.-Jeśli komuś coś się przydarza to tylko mi, menagerka mnie za to nienawidzi. Pomyślałam więc, że sama to wypiorę i nie będzie żadnego problemu, ale myślę, że pewne życzliwe osoby już jej o wszystkim powiedziały. No cóż, nie wszystkim przypadam do gustu, ale na szczęście większość ludzi po prostu mnie nie zauważa...
Christopherze? C;
Od Tiago do: Katie
Wstałem wraz ze wschodem słońca. Od zawsze nie potrafiłem spać dłużej.
Załatwiłem szybko poranną toaletę i ubrany wyszedłem ze swojego pokoju.
Zajrzałem jeszcze do pokoju Axell. Dziewczyna jak zwykle spała jeszcze.
Ona to przed dziesiątą nigdy nie wstaje. Do tej pory zastanawiam się
jakim cudem ona chodziła do szkoły na ósmą. Westchnąłem i zamknąłem
drzwi. Powoli ruszyłem do kuchni. Zrobiłem sobie zwykłe kanapki i
usiadłem przy stole. Zacząłem je jeść. Jak na zawołanie u moich nóg
pojawił się Ghost wraz z Darknessem. Usiedli po moich bokach i zacięcie
zaczęli wpatrywać się w kanapkę w mojej ręce. Westchnąłem. Po chwili nie
wytrzymałem i przełamałem kanapkę na pół. Jedną połówkę dostał Ghost, a
drugą Darkness. Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, a jedzenia już nie
było. Następnie kiedy już miałem wziąć kolejną kanapkę poczułem
drapanie. No tak. Pojadły sobie to teraz chcą na spacer. Odetchnąłem
głęboko. Dobra. Trzeba z nimi wyjść. Wstałem i ruszyłem do drzwi
wyjściowych. Założyłem adidasy, zarzuciłem kurtkę i zapiąłem psom
smycze. Wyszedłem z domu. Nie zamykałem drzwi na klucz. W końcu Axe
nadal była w domu. Powolnym krokiem ruszyłem do pobliskiego lasu. Po
kilku minutach byłem na miejscu. Rozejrzałem się wokół i postanowiłem
spuścić psy aby się wybiegały. Jak zwykle Ghost mimo wszystko szedł obok
mnie, a Darkness był gdzieś z przodu. Nagle zauważyłem jak Dark
przyspiesza i zaczyna wesoła szczekać. Po chwili ujrzałem dziewczynę
przed nami. To prosto na nią biegł. Już po chwili powalił ją na ziemię i
zaczął lizać po twarzy. Szybko podbiegłem tam i odciągnąłem psa za
obrożę. Wyrywał się jednak nie pozwalałem mu na żaden ruch.
- Sorry za niego. Czasami jak mu coś odbije to po prostu nie idzie go opanować - powiedziałem w stronę dziewczyny, która zaczęła się podnosić. - A tak w ogóle to Tiago jestem - wyciągnąłem rękę w jej stronę.
<Katie?>
- Sorry za niego. Czasami jak mu coś odbije to po prostu nie idzie go opanować - powiedziałem w stronę dziewczyny, która zaczęła się podnosić. - A tak w ogóle to Tiago jestem - wyciągnąłem rękę w jej stronę.
<Katie?>
Od Christophera do Savannah
W czasie przerwy zdecydowałem się wyskoczyć na szybki lunch, bo czekała
mnie jeszcze masa roboty. O tej porze w restauracjach aż roiło się od
klientów, zatem tak jak wszyscy zająłem miejsce przy stoliku i cierpliwie czekałem
na swoją kolej, przeglądając przy tym sytuację rynku w dwudniowym wydaniu
gazety. Bardzo podobały mi się informacje ze strony trzynastej,
mianowicie wartość naszej spółki dzięki moim działaniom jeszcze wzrosła.
Ha, szef będzie po prostu wniebowzięty. I na dodatek wartość złota też
dzielnie pnie się w górę. Jedynie srebro nieco spadło ale to naprawdę
niewiele więc jak na razie nie ma co się niepokoić.
Kątem oka zauważyłem że w moim kierunku zbliża się jakaś kelnerka zatem oderwałem sie od fascynującej lektury i poprawiłem się nieznacznie na krześle. Złożyłem zamówienie, mianowicie na pierwszą pozycję w menu i kieliszek czerwonego wina, który będzie smakował dobrze bez względu na to co dostanę. Poczekałem na swoje zamówienie, zjadłem i uregulowałem rachunek. No dobrze, dość tego dobrego pora się zbierać. Nie rozglądając się wokoło podniosłem się tym samym wytrącając kelnerce tacę tak, że jakaś zupa wylądowała na jej dotychczas nienagannie czystym uniformie.Cholera, mój błąd. Oczy wszystkich zebranych jak jeden mąż skierowały się na na nas... Kocham ludzką wścibskość. Nim zdążyłem przeprosić zmieszania dziewczyna o imieniu Savannah wyszytym na koszuli zniknęła na zapleczu. Będzie miała problemy? No na litość boską to nie z jej winy, jak będzie trzeba osobiście porozmawiam z jej przełożonym. Aczkolwiek takie rzeczy każdemu się zdarzają...
Wykorzystując okazję podszedłem do innej z kelnerek i użyłem wszystkich swoich magicznych sztuczek, aby wyciągnąć z niej nieco informacji na temat panienki Savannah. Dowiedziałem się niewiele, niemalże nic, z wyjątkiem tego, że jest dziwaczna i inna. Inna? Nie zauważyłem... Ma nogi, głowę, ręce. A dziwaczna? Wielkie mi halo, sam jestem dziwakiem.To, że robi coś w sposób inny niż przyjęty przez społeczeństwo i postrzegany jako normalny nie znaczy, że jest złym człowiekiem czy od razu dziwakiem. Nie powiem zostałem zaintrygowany. Bardzo, no bo co takiego może skrywać?
Nie długo później powróciła, ponownie czysta z nieco mniejszym zmieszaniem na buzi ale nadal podenerwowana. Podszedłem do niej powoli.
Przepraszam... -mruknąłem. - To było niechcący.
W odpowiedzi otrzymałem łagodne skinienie głową. Nie ma języka? Może dlatego jest inna
- Wszystko w porządku?
I znów to samo, jedyni kiwnięcie głową..
- W ramach rekompensaty chciałbym zaprosić panią na lunch.- wypaliłem.
- To nie będzie konieczne - wymamrotała niezrozumiale pod nosem.
- Ależ oczywiście, że będzie. - zaprotestowałem. Po pierwsze jestem ciekaw co skrywa ta istota, a po drugie nieco mniej ważne utrudniłem jej prace. Już, już chciała prawdopodobnie zaprotestować jednak nie dałem jej dość do głosu - A jak nie na obiad to chociaż na kawę.
Wówczas spostrzegłem przelotną iskierkę radości w jej oczach, taką jaką powinna mieć cały czas osoba w jej wieku.
- Cudownie. - wykrzywiłem usta w nieznacznym uśmiechu. - Zatem wpadnę po Ciebie po pracy, a teraz przepraszam.
Odwróciłem się i skierowałem ku wyjściu.Dzięki pani kelnerce numer dwa doskonale wiedziałem, o której Savannah będzie wolna.
Zadowolony z siebie wróciłem do firmy i skupiając swoją uwagę zrobiłem całą swoją pracę na tyle szybko aby móc wcześniej opuścić biuro tym samym nie robiąc sobie zaległości
Czas leciał nieubłaganie i nim se obejrzałem nadeszła pora na umówione spotkanie.
Punktualnie zjawiłem się pod lokalem, a dziewczyna wyłoniła się z niego niecałą minute później. Jej zdumienia nie dało się nie zauważyć, co sprawiło, że lekko się uśmiechnąłem...Nie spodziewałaś się księżniczko, co?
- Oto jestem. -rzuciłem.- Zatem kawa czy lunch?
< Savannah ? C: >
Kątem oka zauważyłem że w moim kierunku zbliża się jakaś kelnerka zatem oderwałem sie od fascynującej lektury i poprawiłem się nieznacznie na krześle. Złożyłem zamówienie, mianowicie na pierwszą pozycję w menu i kieliszek czerwonego wina, który będzie smakował dobrze bez względu na to co dostanę. Poczekałem na swoje zamówienie, zjadłem i uregulowałem rachunek. No dobrze, dość tego dobrego pora się zbierać. Nie rozglądając się wokoło podniosłem się tym samym wytrącając kelnerce tacę tak, że jakaś zupa wylądowała na jej dotychczas nienagannie czystym uniformie.Cholera, mój błąd. Oczy wszystkich zebranych jak jeden mąż skierowały się na na nas... Kocham ludzką wścibskość. Nim zdążyłem przeprosić zmieszania dziewczyna o imieniu Savannah wyszytym na koszuli zniknęła na zapleczu. Będzie miała problemy? No na litość boską to nie z jej winy, jak będzie trzeba osobiście porozmawiam z jej przełożonym. Aczkolwiek takie rzeczy każdemu się zdarzają...
Wykorzystując okazję podszedłem do innej z kelnerek i użyłem wszystkich swoich magicznych sztuczek, aby wyciągnąć z niej nieco informacji na temat panienki Savannah. Dowiedziałem się niewiele, niemalże nic, z wyjątkiem tego, że jest dziwaczna i inna. Inna? Nie zauważyłem... Ma nogi, głowę, ręce. A dziwaczna? Wielkie mi halo, sam jestem dziwakiem.To, że robi coś w sposób inny niż przyjęty przez społeczeństwo i postrzegany jako normalny nie znaczy, że jest złym człowiekiem czy od razu dziwakiem. Nie powiem zostałem zaintrygowany. Bardzo, no bo co takiego może skrywać?
Nie długo później powróciła, ponownie czysta z nieco mniejszym zmieszaniem na buzi ale nadal podenerwowana. Podszedłem do niej powoli.
Przepraszam... -mruknąłem. - To było niechcący.
W odpowiedzi otrzymałem łagodne skinienie głową. Nie ma języka? Może dlatego jest inna
- Wszystko w porządku?
I znów to samo, jedyni kiwnięcie głową..
- W ramach rekompensaty chciałbym zaprosić panią na lunch.- wypaliłem.
- To nie będzie konieczne - wymamrotała niezrozumiale pod nosem.
- Ależ oczywiście, że będzie. - zaprotestowałem. Po pierwsze jestem ciekaw co skrywa ta istota, a po drugie nieco mniej ważne utrudniłem jej prace. Już, już chciała prawdopodobnie zaprotestować jednak nie dałem jej dość do głosu - A jak nie na obiad to chociaż na kawę.
Wówczas spostrzegłem przelotną iskierkę radości w jej oczach, taką jaką powinna mieć cały czas osoba w jej wieku.
- Cudownie. - wykrzywiłem usta w nieznacznym uśmiechu. - Zatem wpadnę po Ciebie po pracy, a teraz przepraszam.
Odwróciłem się i skierowałem ku wyjściu.Dzięki pani kelnerce numer dwa doskonale wiedziałem, o której Savannah będzie wolna.
Zadowolony z siebie wróciłem do firmy i skupiając swoją uwagę zrobiłem całą swoją pracę na tyle szybko aby móc wcześniej opuścić biuro tym samym nie robiąc sobie zaległości
Czas leciał nieubłaganie i nim se obejrzałem nadeszła pora na umówione spotkanie.
Punktualnie zjawiłem się pod lokalem, a dziewczyna wyłoniła się z niego niecałą minute później. Jej zdumienia nie dało się nie zauważyć, co sprawiło, że lekko się uśmiechnąłem...Nie spodziewałaś się księżniczko, co?
- Oto jestem. -rzuciłem.- Zatem kawa czy lunch?
< Savannah ? C: >
sobota, 23 kwietnia 2016
Od Liesel
Leżę na kanapie i wpie*am wszystko co mamy w lodówce. Znaczy... Zrobiłam
sobie takie fajne danie, nazwałam je "Kurczak z Warzywami". Składnikami
są: kurczak, warzywa i przyprawy. Nawet dobre, szczególnie dlatego, że
więcej tu jest mięsa niż warzyw, ale mniejsza z tym.
Głowę miałam opartą na puszystym podłokietniku, a nogi (jak zwykle) skrzyżowanie i położone na oparciu. Na brzuchu mam wielki garnek z moim przysmakiem i widelec w prawej dłoni, w lewej zaś jest pilot i pśtykam nim ile wlezie, puki co nic fajnego w telewizji nie leci. Zrezygnowana rzuciłam urządzenie na stół i wstałam. Trzeba w końcu rozruszać te stare kości c'nie?
- Lie! - usłyszałam krzyk Sebastian'a, dochodzący z łazienki.
- Co znowu?!- westchnęłam, leniwie podnosząc się z legowiska.
- Mam pytanie - brat wynurzył się zza drzwi z moją bluzą, która tak na marginesie była cała z błota - Co to robiło na środku łazienki?
Podrapałam się teatralnie po brodzie, udając, że się zastanawiam.
- Leżało? - spytałam, przekręcając lekko głowę w prawą stronę, jak to robi Cerv.
Po chwili dostałam moim ubraniem w twarz.
- Dzięki! - krzyknęłam i po chwili mruknęłam pod nosem ciche ku*a. W między czasie potknęłam się o coś... Co było kotem Sebastian'a. Dante... Jak ja cie nienawidzę. Kiedyś wywiozę cię do lasu, posiekam na kawałki i zakopie. Zero litości. ZERO!
- Co powiedziałbyś na mięso z kota? - Otworzyłam drzwi do łazienki i uśmiechnęłam się przebiegle.
- Czy ty przypadkiem nie miałaś iść dziś do pracy?
O ku*a! Jak na śmierć zapomniałam! Szybko zerknęłam w stronę zegarka. Wpół do piętnastej. Może zdążę. Może... Popędziłam biegiem do swojego pokoju i wyciągnęłam z szafy to co zawsze ubieram jak idę... Tam gdzie idę. Zwykłe getry, jakiś jasny podkoszulek z napisem " I'm a unicorn. I don't date with humans.", uwielbiam tę bluzkę!
Po drodze do drzwi chwyciłam torbę, telefon i klucze i bez jakiegokolwiek pożegnania wyszłam z mieszkania.
Siedzę sobie w KFC... No i sobie siedzę... I wpi*am Zinger'a. Normalnie żyć nie umierać! Tyję w oczach. Za niedługo będę wyglądała jak ciotka Sylvia...
- Pier*e to wszystko... - To były moje ostatnie słowa, kiedy wychodziłam z lokalu. Nie jechałam dzisiaj samochodem... W sumie dobrze. Mogę się teraz naje*ć i wrócić napruta w trzy du*y do domu. Seba będzie zły... Jestem dorosła i mogę robić to, co mi się żywnie podoba! Tak! Albo nie... Nie chce mieć znowu kaca, okropne uczucie.
Postanowiłam, że... Wrócę do domu! Telewizor już pewnie za mną tęskni... I kanapa... I lodówka... Kocyk z resztą też. Nie mogę ich porzucić.
- Szlag! - warknęłam gdy wpadłam na jakiegoś gościa.
< Jakiś men gotów odpisać mua? ;-; >
Głowę miałam opartą na puszystym podłokietniku, a nogi (jak zwykle) skrzyżowanie i położone na oparciu. Na brzuchu mam wielki garnek z moim przysmakiem i widelec w prawej dłoni, w lewej zaś jest pilot i pśtykam nim ile wlezie, puki co nic fajnego w telewizji nie leci. Zrezygnowana rzuciłam urządzenie na stół i wstałam. Trzeba w końcu rozruszać te stare kości c'nie?
- Lie! - usłyszałam krzyk Sebastian'a, dochodzący z łazienki.
- Co znowu?!- westchnęłam, leniwie podnosząc się z legowiska.
- Mam pytanie - brat wynurzył się zza drzwi z moją bluzą, która tak na marginesie była cała z błota - Co to robiło na środku łazienki?
Podrapałam się teatralnie po brodzie, udając, że się zastanawiam.
- Leżało? - spytałam, przekręcając lekko głowę w prawą stronę, jak to robi Cerv.
Po chwili dostałam moim ubraniem w twarz.
- Dzięki! - krzyknęłam i po chwili mruknęłam pod nosem ciche ku*a. W między czasie potknęłam się o coś... Co było kotem Sebastian'a. Dante... Jak ja cie nienawidzę. Kiedyś wywiozę cię do lasu, posiekam na kawałki i zakopie. Zero litości. ZERO!
- Co powiedziałbyś na mięso z kota? - Otworzyłam drzwi do łazienki i uśmiechnęłam się przebiegle.
- Czy ty przypadkiem nie miałaś iść dziś do pracy?
O ku*a! Jak na śmierć zapomniałam! Szybko zerknęłam w stronę zegarka. Wpół do piętnastej. Może zdążę. Może... Popędziłam biegiem do swojego pokoju i wyciągnęłam z szafy to co zawsze ubieram jak idę... Tam gdzie idę. Zwykłe getry, jakiś jasny podkoszulek z napisem " I'm a unicorn. I don't date with humans.", uwielbiam tę bluzkę!
Po drodze do drzwi chwyciłam torbę, telefon i klucze i bez jakiegokolwiek pożegnania wyszłam z mieszkania.
~*~
Siedzę sobie w KFC... No i sobie siedzę... I wpi*am Zinger'a. Normalnie żyć nie umierać! Tyję w oczach. Za niedługo będę wyglądała jak ciotka Sylvia...
- Pier*e to wszystko... - To były moje ostatnie słowa, kiedy wychodziłam z lokalu. Nie jechałam dzisiaj samochodem... W sumie dobrze. Mogę się teraz naje*ć i wrócić napruta w trzy du*y do domu. Seba będzie zły... Jestem dorosła i mogę robić to, co mi się żywnie podoba! Tak! Albo nie... Nie chce mieć znowu kaca, okropne uczucie.
Postanowiłam, że... Wrócę do domu! Telewizor już pewnie za mną tęskni... I kanapa... I lodówka... Kocyk z resztą też. Nie mogę ich porzucić.
- Szlag! - warknęłam gdy wpadłam na jakiegoś gościa.
< Jakiś men gotów odpisać mua? ;-; >
Od Damona CD Lucy
Po drodze postanowiłem zrobić zakupy, bo, jak mi się przypomniało, lodówka świeciła pustkami.
Do mieszkania wparowałem więc objuczony torbami, bo jak ja robię zakupy, to kupuję wszystko na zapas. Nie lubię chodzić po sklepach. Ughhh.
Zacząłem wpakowywać to wszystko do lodówki (i do szafek) aż w końcu rzuciłem się ze spokojem na kanapę. Zapatrzyłem się w sufit i westchnąłem głęboko. Dwa szkice na jutro. Całe szczęście, że nie są skomplikowane. Uwinę się w półtorej godzinki, ale najpierw chill. Wyjąłem telefon, żeby sprawdzić fejsbuki.
O, co to?
Otworzyłem sms'a od niezapisanego numeru.
Jeszcze raz wielkie dzięki :) Nie wiem niestety gdzie znajdował się Twój salon, więc będę miała problem aby oddać Ci kurtkę.
Lucy
Uśmiechnąłem się. A jednak znalazła wizytówkę. Szybko napisałem jej w odpowiedzi adres mojego salonu, godziny w jakich może przyjść, bo mam przerwę i względny luz, i życzyłem jej dobrej nocy. Miałem wielką nadzieję, że jeśli jutro przyjdzie jutro to da się gdzieś zaprosić. Kawa, lunch... Może kino wieczorem. Chciałbym ją bliżej poznać, buzię miała śliczną, ciekawe jaki charakter. Była nieśmiała, to na pewno, ale co dalej...?
***
Wyłączyłem budzik i przetarłem oczy. No dobra, trzeba ruszyć dupę z wyra. Zamaszystym ruchem odrzuciłem kołdrę i wyskoczyłem z łóżka. Ruszyłem do kuchni, robiąc zwyczajowo kilka skłonów i przysiadów. Zjadłem śniadanie, ubrałem się i wyszedłem, zabierając szkice.
Kiedy byłem już w salonie to kiedy nie pracowałem, sprawdzałem co chwilę telefon, patrząc czy nie ma sms'a od Lucy. Kiedy w końcu się pojawił, przyłapałem się na tym, jak bardzo się nakręciłem.
Jestem w okolicy (chyba) więc za chwilę się pojawię ;) - Napisała.
Uśmiechnąłem się i odpisałem, żeby tylko znowu się nie zgubiła i że może wpadać.
Nie minęło pięć minut i usłyszałem dzwoneczek nad drzwiami. Miała zaróżowione policzki i przyspieszony oddech, więc domyśliłem się, że biegła.
-Proszę, to Twoja kurtka-powiedziała i podała mi wspomnianą część garderoby.
-Dzięki-odparłem. Zebrałem się w sobie, bo jak nie teraz, to kiedy, i zapytałem-Co powiesz na lunch? Znam niezłą restauracyjkę niedaleko.
Lucy? Zgodzisz się? ;3
Do mieszkania wparowałem więc objuczony torbami, bo jak ja robię zakupy, to kupuję wszystko na zapas. Nie lubię chodzić po sklepach. Ughhh.
Zacząłem wpakowywać to wszystko do lodówki (i do szafek) aż w końcu rzuciłem się ze spokojem na kanapę. Zapatrzyłem się w sufit i westchnąłem głęboko. Dwa szkice na jutro. Całe szczęście, że nie są skomplikowane. Uwinę się w półtorej godzinki, ale najpierw chill. Wyjąłem telefon, żeby sprawdzić fejsbuki.
O, co to?
Otworzyłem sms'a od niezapisanego numeru.
Jeszcze raz wielkie dzięki :) Nie wiem niestety gdzie znajdował się Twój salon, więc będę miała problem aby oddać Ci kurtkę.
Lucy
Uśmiechnąłem się. A jednak znalazła wizytówkę. Szybko napisałem jej w odpowiedzi adres mojego salonu, godziny w jakich może przyjść, bo mam przerwę i względny luz, i życzyłem jej dobrej nocy. Miałem wielką nadzieję, że jeśli jutro przyjdzie jutro to da się gdzieś zaprosić. Kawa, lunch... Może kino wieczorem. Chciałbym ją bliżej poznać, buzię miała śliczną, ciekawe jaki charakter. Była nieśmiała, to na pewno, ale co dalej...?
***
Wyłączyłem budzik i przetarłem oczy. No dobra, trzeba ruszyć dupę z wyra. Zamaszystym ruchem odrzuciłem kołdrę i wyskoczyłem z łóżka. Ruszyłem do kuchni, robiąc zwyczajowo kilka skłonów i przysiadów. Zjadłem śniadanie, ubrałem się i wyszedłem, zabierając szkice.
Kiedy byłem już w salonie to kiedy nie pracowałem, sprawdzałem co chwilę telefon, patrząc czy nie ma sms'a od Lucy. Kiedy w końcu się pojawił, przyłapałem się na tym, jak bardzo się nakręciłem.
Jestem w okolicy (chyba) więc za chwilę się pojawię ;) - Napisała.
Uśmiechnąłem się i odpisałem, żeby tylko znowu się nie zgubiła i że może wpadać.
Nie minęło pięć minut i usłyszałem dzwoneczek nad drzwiami. Miała zaróżowione policzki i przyspieszony oddech, więc domyśliłem się, że biegła.
-Proszę, to Twoja kurtka-powiedziała i podała mi wspomnianą część garderoby.
-Dzięki-odparłem. Zebrałem się w sobie, bo jak nie teraz, to kiedy, i zapytałem-Co powiesz na lunch? Znam niezłą restauracyjkę niedaleko.
Lucy? Zgodzisz się? ;3
Od Lucy c.d: Damona
Nowe miasto stwarza możliwość rozpoczęcia wszystkiego na nowo, od początku niemalże od zera, rzecz jasna jeżeli nie jest się kryminalistą, o którym huczy na całym świecie... Wówczas jedyną alternatywą jest zmiana planety albo na wszelki wypadek galaktyki...
... Cóż wszystko ma też swoje wady. A tą, która najbardziej doskwiera mojej osobie jest brak znajomości topografii miasta. Naprawdę idzie się w tym wszystkim pogubić, a szczególnie już na jakiś bocznych uliczkach.
Niestety los nie sprzyjał mi również dziś, ponieważ po pracy - na którą drogę już mam opanowaną - byłam umówiona w agencji nieruchomości z pośrednikiem, który miał pokazać mi mieszkania do wynajęcia. Można by się zastanowić, skoro jeszcze nic nie mam to gdzie u licha śpię? Właśnie sama się nad tym zastanawiam, gdyż nie mam najmniejszego pojęcia do czego można to porównać.... W czymś na kształt motelu, przy czym motel to naprawdę niezły luksus. Prawdopodobnie to najgorsza melina na jaką mogłam trafić z jeszcze gorszą okolicą. Okropność, jednak stąd mam w miarę blisko zarówno do pracy jak i na uczelnie, a koszta są naprawdę niskie. Pod koniec moje, drugiej już tego dnia zmiany pośpiesznie spakowałam manatki i rozpoczęłam prawdziwą gonitwę z czasem aby zdążyć na spotkanie.
Biegłam ile sił kiedy ni stąd ni zowąd rozpętała się istna ulewa, która zaledwie po chwili nie pozostawiła na mnie suchej nitki. Ludzi z ulicy momentalnie wywiało, a ja nie będąc w stanie odczytać tabliczek z nazwami ulic szłam tak jak mniej więcej mi się wydawało, że iść powinnam. Błąd... Ogromny błąd. Po przemierzeniu kilku uliczek już nie miałam bladego pojęcia gdzie się znajduję, a dotychczasowa pogoda zaczynała znacznie się pogarszać. Grzmoty uderzały gdzieś niedaleko a porywisty wiatr szarpał wszystkim z ogromną siłą.
- Nie ma opcji... nie trafię sama - mruknęłam pod nosem rozglądając się za żywą duszą. Jedyne co spostrzegłam w pierwszej chwili to przyklejone do szyb ulicznych sklepów twarze gapiów, których doprawdy ani trochę nie przejęło moje machanie o pomoc. Kurde, przecież nie wejdę do tego spożywczaka i ich nie powyrzynam... Ludzka znieczulica nie ma granic.
Nieco zrezygnowana opuściłam głowę, jednak nadal dzielnie maszerowałam przed siebie poszukując jakiegoś punktu charakterystycznego aby odnaleźć drogę. Nic.
Kiedy było już mi zupełnie obojętne czy ten deszcz cobie pada czy też nie spostrzegłam światło w jednym z salonów tatuażu. Niewiele myśląc weszłam do środka i zapytałam o kierunek do centrum.
Spodziewając się zaraz trzeciej wojny światowej, iż wkroczyłam na prywatny teren przemoczona doznałam ogromnego szoku, kiedy tatuażysta okazał się być nadzwyczaj uprzejmy. Kiedy otuliłam się puszystym ręcznikiem i powoli starałam się odzyskać kontrole nad dygoczącym z zimna ciałem, miałam idealną okazję aby przyjrzeć się memu wybawicielowi. Był odrobinę starszy, ale jakże przystojny...Przystojny, dobry, miły... coś mi tu nie pasuje, jak na pierwsze wrażenie jest zbyt ...idealny. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w tamtej chwili w mojej wyobraźni utworzył się obraz kiedy siedzimy na kanapie opatuleni jednym, grubaśnym kocem i mamy wyciągnięte przed siebie nogi, spoczywające elegancko na puffce i skierowane w stronę kominka... Chyba mój mózg wpadł w stan głębokiej hibernacji. Trzeba go wybudzić, najszybciej jak jest to możliwe.
Szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu szukając zegarka. Już po interesie, nawet jakby miał odrzutowiec to byśmy nie zdążyli.
- Huh... To się na nic nie zda, dziękuję - mruknęłam.- Już jestem spóźniona - wzruszyłam przepraszająco ramionami.
- Czyli herbata?
- Nie będzie to konieczne.
- Cała się trzęsiesz, nie bądź nie poważna. - pokręcił z dezaprobatą głową i zniknął na chwilkę na zapleczu. Wrócił niosąc jakąś kurtkę. - Masz, ubierz moją powinno być Ci odrobine cieplej.
Już, już miałam zamiar mu podziękować kiedy napotkałam jego stanowcze, nie przyjmujące odmowy spojrzenie. Skiwnęłam lekko głową i odwróciłam się do niego plecami, a następnie ściągnęłam mokrą kurtkę oraz sweterek pozostając w samym biustonoszu. Nałożyłam jego ubranie po czym zapięłam zamek. Dwie sprawy. Pierwsza cudownie pachnie... Mogłabym zaciągać się tym zapachem cały czas jak narkotykiem, a druga ta kurtka jest niesamowicie ciepła.
Posłałam mu nieśmiały uśmiech, powinnam była pierw zapytać czy mogę tak zrobić, ah trudno.
Chwilę potem dostałam gorącą, pyszną herbatę, którą wdzięcznie się rozkoszowałam.
- Odwiozę Cie do domu, pogoda jest paskudna i nie zanosi się na poprawę, a nie możesz siedzieć taka mokra.
- Nie będzie to dla Ciebie kłopotem?
- No coś Ty.
Tak... czułabym się mocno nieswojo gdybym musiała mu powiedzieć gdzie obecnie pomieszkuje. On ideał, wzorzec męskości pewnie z zacnym mieszkankiem i głupia dziołcha, nie ogarniająca miasta w szemranej okolicy.
Dlatego też poprosiłam go aby podwiózł mnie niedaleko mojego "Motelu" tłumacząc, że dalej prowadzone są prace remontowe i bedzie miał potem problem z wyjazdem. W duszy głęboko modliłam się, by nie wyczuł mojego kłamstwa, bo kłamczuchą jestem beznadziejną.
- Dziękuję Ci bardzo - powiedziałam szczerze posyłając w jego kierunku wdzięczny usmiech i nie czekając na odpowiedź czmychnęłam pośpiesznie w odpowiednim kierunku.
Po piętnastu minutach byłam na miejscu i wygrzewałam się w łóżku nadal opatulona kurtką Damona. Ciekawe jakim u licha cudem mu ją oddam...
Nie mając lepszego pomysłu przegrzebałam kieszenie i ku memu szczęściu znalazłam wizytówkę. Xawier Damon Terence Yanney... Intrygujące... Zawsze używa drugiego imienia? A może wolał zachować swoją godność w tajemnicy... Mniejsza.
Sięgnęłam po telefon i wysłałam mu SMS na wskazany numer:
Biegłam ile sił kiedy ni stąd ni zowąd rozpętała się istna ulewa, która zaledwie po chwili nie pozostawiła na mnie suchej nitki. Ludzi z ulicy momentalnie wywiało, a ja nie będąc w stanie odczytać tabliczek z nazwami ulic szłam tak jak mniej więcej mi się wydawało, że iść powinnam. Błąd... Ogromny błąd. Po przemierzeniu kilku uliczek już nie miałam bladego pojęcia gdzie się znajduję, a dotychczasowa pogoda zaczynała znacznie się pogarszać. Grzmoty uderzały gdzieś niedaleko a porywisty wiatr szarpał wszystkim z ogromną siłą.
- Nie ma opcji... nie trafię sama - mruknęłam pod nosem rozglądając się za żywą duszą. Jedyne co spostrzegłam w pierwszej chwili to przyklejone do szyb ulicznych sklepów twarze gapiów, których doprawdy ani trochę nie przejęło moje machanie o pomoc. Kurde, przecież nie wejdę do tego spożywczaka i ich nie powyrzynam... Ludzka znieczulica nie ma granic.
Nieco zrezygnowana opuściłam głowę, jednak nadal dzielnie maszerowałam przed siebie poszukując jakiegoś punktu charakterystycznego aby odnaleźć drogę. Nic.
Kiedy było już mi zupełnie obojętne czy ten deszcz cobie pada czy też nie spostrzegłam światło w jednym z salonów tatuażu. Niewiele myśląc weszłam do środka i zapytałam o kierunek do centrum.
Spodziewając się zaraz trzeciej wojny światowej, iż wkroczyłam na prywatny teren przemoczona doznałam ogromnego szoku, kiedy tatuażysta okazał się być nadzwyczaj uprzejmy. Kiedy otuliłam się puszystym ręcznikiem i powoli starałam się odzyskać kontrole nad dygoczącym z zimna ciałem, miałam idealną okazję aby przyjrzeć się memu wybawicielowi. Był odrobinę starszy, ale jakże przystojny...Przystojny, dobry, miły... coś mi tu nie pasuje, jak na pierwsze wrażenie jest zbyt ...idealny. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w tamtej chwili w mojej wyobraźni utworzył się obraz kiedy siedzimy na kanapie opatuleni jednym, grubaśnym kocem i mamy wyciągnięte przed siebie nogi, spoczywające elegancko na puffce i skierowane w stronę kominka... Chyba mój mózg wpadł w stan głębokiej hibernacji. Trzeba go wybudzić, najszybciej jak jest to możliwe.
Szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu szukając zegarka. Już po interesie, nawet jakby miał odrzutowiec to byśmy nie zdążyli.
- Huh... To się na nic nie zda, dziękuję - mruknęłam.- Już jestem spóźniona - wzruszyłam przepraszająco ramionami.
- Czyli herbata?
- Nie będzie to konieczne.
- Cała się trzęsiesz, nie bądź nie poważna. - pokręcił z dezaprobatą głową i zniknął na chwilkę na zapleczu. Wrócił niosąc jakąś kurtkę. - Masz, ubierz moją powinno być Ci odrobine cieplej.
Już, już miałam zamiar mu podziękować kiedy napotkałam jego stanowcze, nie przyjmujące odmowy spojrzenie. Skiwnęłam lekko głową i odwróciłam się do niego plecami, a następnie ściągnęłam mokrą kurtkę oraz sweterek pozostając w samym biustonoszu. Nałożyłam jego ubranie po czym zapięłam zamek. Dwie sprawy. Pierwsza cudownie pachnie... Mogłabym zaciągać się tym zapachem cały czas jak narkotykiem, a druga ta kurtka jest niesamowicie ciepła.
Posłałam mu nieśmiały uśmiech, powinnam była pierw zapytać czy mogę tak zrobić, ah trudno.
Chwilę potem dostałam gorącą, pyszną herbatę, którą wdzięcznie się rozkoszowałam.
- Odwiozę Cie do domu, pogoda jest paskudna i nie zanosi się na poprawę, a nie możesz siedzieć taka mokra.
- Nie będzie to dla Ciebie kłopotem?
- No coś Ty.
***
Tak... czułabym się mocno nieswojo gdybym musiała mu powiedzieć gdzie obecnie pomieszkuje. On ideał, wzorzec męskości pewnie z zacnym mieszkankiem i głupia dziołcha, nie ogarniająca miasta w szemranej okolicy.
Dlatego też poprosiłam go aby podwiózł mnie niedaleko mojego "Motelu" tłumacząc, że dalej prowadzone są prace remontowe i bedzie miał potem problem z wyjazdem. W duszy głęboko modliłam się, by nie wyczuł mojego kłamstwa, bo kłamczuchą jestem beznadziejną.
- Dziękuję Ci bardzo - powiedziałam szczerze posyłając w jego kierunku wdzięczny usmiech i nie czekając na odpowiedź czmychnęłam pośpiesznie w odpowiednim kierunku.
Po piętnastu minutach byłam na miejscu i wygrzewałam się w łóżku nadal opatulona kurtką Damona. Ciekawe jakim u licha cudem mu ją oddam...
Nie mając lepszego pomysłu przegrzebałam kieszenie i ku memu szczęściu znalazłam wizytówkę. Xawier Damon Terence Yanney... Intrygujące... Zawsze używa drugiego imienia? A może wolał zachować swoją godność w tajemnicy... Mniejsza.
Sięgnęłam po telefon i wysłałam mu SMS na wskazany numer:
Jeszcze raz wielkie dzięki :) Nie wiem niestety gdzie znajdował się Twój salon, więc będę miała problem aby oddać Ci kurtkę.
Lucy
< Damonku? :D ♥♥♥ >
piątek, 22 kwietnia 2016
Od Damona do Lucy
Jak można być tak głupim-pomyślałem, patrząc na nastolatka przebiegającego przez ulicę w niedozwolonym miejscu. Godziny szczytu, jedna z najbardziej ruchliwych dróg, a on odwala coś takiego. No cóż, jak zamiast mózgu ma się papkę, to tak jest... Śledziłem go jeszcze chwilę wzrokiem, by upewnić się, czy nie będzie trzeba za chwilę zeskrobywać go z asfaltu i rzuciłem na ziemię niedopałek. Zadepnąłem go i wróciłem do studia myśląc, że muszę skończyć z paleniem. Ale to od jutra.
***
Spojrzałem za okno. Nieźle lało, cieszyłem się, że będę wraończyłem właśnie sprzątać studio, gdy usłyszałem dźwięk dzwoneczka wiszącego nad drzwiami.
-Już zamknięte-oznajmiłem, odkładając mopa.
-Przepraszam bardzo, ale jak dojdę stąd do centrum?-głos przybysza sprawił, że z zaciekawieniem wyjrzałem zza parawanu. W drzwiach stała okropnie przemoczona dziewczyna. Na oko trochę młodsza ode mnie. No i bardzo ładna, trzeba przyznać.
-Wiesz, myślę, że raczej w tą pogodę to nigdzie nie dojdziesz, a w każdym razie byłoby to nie wskazane-odparłem i zniknąłem na moment na zapleczu i przyniosłem stamtąd wielki, puchaty ręcznik. Podałem go dziewczynie.
-Damon-przedstawiłem się i uśmiechnąłem, wyciągając dłoń. Uścisnęła ją nieśmiało i wzięła ręcznik.
-Lucy.
-Nie bój się mnie, Lucy. Wytrzyj się, bo jesteś cała mokra, a jeśli chcesz to zrobię ci herbaty, albo od razu odwiozę tam, gdzie potrzebujesz-uśmiechnąłem się ponownie i z nieskrywaną ciekawością spojrzałem na dziewczynę.
Lucy? <333
***
Spojrzałem za okno. Nieźle lało, cieszyłem się, że będę wraończyłem właśnie sprzątać studio, gdy usłyszałem dźwięk dzwoneczka wiszącego nad drzwiami.
-Już zamknięte-oznajmiłem, odkładając mopa.
-Przepraszam bardzo, ale jak dojdę stąd do centrum?-głos przybysza sprawił, że z zaciekawieniem wyjrzałem zza parawanu. W drzwiach stała okropnie przemoczona dziewczyna. Na oko trochę młodsza ode mnie. No i bardzo ładna, trzeba przyznać.
-Wiesz, myślę, że raczej w tą pogodę to nigdzie nie dojdziesz, a w każdym razie byłoby to nie wskazane-odparłem i zniknąłem na moment na zapleczu i przyniosłem stamtąd wielki, puchaty ręcznik. Podałem go dziewczynie.
-Damon-przedstawiłem się i uśmiechnąłem, wyciągając dłoń. Uścisnęła ją nieśmiało i wzięła ręcznik.
-Lucy.
-Nie bój się mnie, Lucy. Wytrzyj się, bo jesteś cała mokra, a jeśli chcesz to zrobię ci herbaty, albo od razu odwiozę tam, gdzie potrzebujesz-uśmiechnąłem się ponownie i z nieskrywaną ciekawością spojrzałem na dziewczynę.
Lucy? <333
Od Lexington do Lionell'a
Seria z karabinu przerwała mój słodki sen. Wymacałam ręką telefon i wyłączyłam hałaśliwy budzik. Przetarłam oczy i pomyziałam Quei po brzuchu. Odpowiedziało mi zadowolone mruknięcie.
Wstałam i robiąc po drodze parę skłonów przeszłam do kuchni. Nałożyłam jedzenie kotu i zrobiłam sobie płatki, zjadłam je i poszłam się ubrać. Postawiłam na trochę luzu - czarne legginsy, granatowy T-shirt z lekkim dekoltem i czarną bluzę.
Na szczęście miałam dzisiaj popołudniówkę, więc od rana (a była ósma) mogłam pójść na miasto.
Wzięłam więc segregator ze wzorami i skrzynkę z mymi "narzędziami". Założyłam creepersy, lekką skórzaną kurtkę i wyszłam, sprawdzając czy aby na pewno zamknęłam drzwi.
***
Siedziałam w ogródku kawiarnianym, w którym dosyć często tatuowałam, mogłam tu to robić, ponieważ właścicielka owej kawiarni to koleżanka mojego taty z czasów studiów.
-Dzięki, miłego dnia-pożegnałam miłą Azjatkę, której właśnie skończyłam robić tatuaż. Schowałam należność do kasetki i zabrałam się za sprzątanie miejsca pracy.
Kiedy skończyłam wyjęłam z kieszeni telefon, by odpisać na sms'a.
-Hej piękna. A mi byś coś wytatuowała? Na przykład swój numer?-usłyszałam. Podniosłam wzrok i ujrzałam całkiem przystojnego chłopaka mniej więcej w moim wieku. No dobra, może nie "całkiem przystojnego" tylko tak raczej "całkiem zabójczo przystojnego". Tatuaże, tunele... Myry, myry. No ale błagam, ten tekst na podryw... Żenada.
-Nie rozdaję mojego numeru na prawo i lewo-odparłam i na powrót zapatrzyłam się w ekran telefonu.
-Pokaż ślicznotko do kogo tam piszesz-mruknął niezrażony chłopak i spojrzał mi przez ramię. Nic nie zobaczył, bo szybko zablokowałam telefon.
-Ogarnij się trochę-warknęłam, chowając urządenie do kieszeni. Nienawidzę takiego zachowania. Schowałam kasetkę i segregator do skrzynki i zamknęłam ją. Wstałam od stolika i ruszyłam przed siebie.
-Dziewczyno, nie bądź taka niedostępna.
-Człowieku!-odwróciłam się gwałtwownie, uważając, żeby nie walnąć nikogo skrzynką.-Wyjeżdżasz do mnie. Jakimiś głupimi tekstami, zaglądasz mi przez ramię co robię i chcesz żebym przestała być "niedostępna"? No błagam-pokręciłam głową i z powrotem ruszyłam przed siebie. Nie zwracałam więcej na niego uwagi i po jakimś czasie poprosti zginął gdzieś pomiędzy ludźmi.
***
Poprawiłam plakietkę z imieniem i wyszłam z zaplecza. Weszłam za kontuar i spojrzałam czy nie przyszli nowi klienci. Wyobraźcie sobie moją minę gdy zobaczyłam siedzącego na stołku barowym chłopaka, który rano mnie zaczepiał. Miałam nadzieję, że mnie nie dostrzegł, ale było już za późno - najpierw ze zdumieniem podniósł brwi, a potem wyszczerzył się szelmowsko.
-Witam piękną panią-sięgnął dłonią do plakietki przypiętej na mojej piersi.-Lexington...-przeczytał.-Miło mi, jestem Lionell.
Wyciągnął do mnie rękę, a ja zignorowałam to.
-Oj, Lex... Złość piękności szkodzi, nie denerwuj się już tak-puścił mi oko, a ja z całą siłą woli powstrzymywałam się żeby nie wybuchnąć śmiechem. Serio, faceci, myślicie, że takie durne teksty coś zdziałają? Jeśli już to zaproście nas na jakąś kawę, czy coś...
-Co podać?-spytałam formalnym tonem.
-Już Ci dzisiaj mówiłem - Twój numer i kluczyk do serduszka-wyszczerzył się i puścił mi oczko, a ja już nie wytrzymałam i roześmiałam się głośno.
-Sorry, ale jeśli chcesz wyrwać dziewczynę, to popracuj nad gadaną, bo sam dobry wygląd nie wystarczy-ja też puściłam mu oko i odeszłam obsłużyć innych.
Lionku? :*
Wstałam i robiąc po drodze parę skłonów przeszłam do kuchni. Nałożyłam jedzenie kotu i zrobiłam sobie płatki, zjadłam je i poszłam się ubrać. Postawiłam na trochę luzu - czarne legginsy, granatowy T-shirt z lekkim dekoltem i czarną bluzę.
Na szczęście miałam dzisiaj popołudniówkę, więc od rana (a była ósma) mogłam pójść na miasto.
Wzięłam więc segregator ze wzorami i skrzynkę z mymi "narzędziami". Założyłam creepersy, lekką skórzaną kurtkę i wyszłam, sprawdzając czy aby na pewno zamknęłam drzwi.
***
Siedziałam w ogródku kawiarnianym, w którym dosyć często tatuowałam, mogłam tu to robić, ponieważ właścicielka owej kawiarni to koleżanka mojego taty z czasów studiów.
-Dzięki, miłego dnia-pożegnałam miłą Azjatkę, której właśnie skończyłam robić tatuaż. Schowałam należność do kasetki i zabrałam się za sprzątanie miejsca pracy.
Kiedy skończyłam wyjęłam z kieszeni telefon, by odpisać na sms'a.
-Hej piękna. A mi byś coś wytatuowała? Na przykład swój numer?-usłyszałam. Podniosłam wzrok i ujrzałam całkiem przystojnego chłopaka mniej więcej w moim wieku. No dobra, może nie "całkiem przystojnego" tylko tak raczej "całkiem zabójczo przystojnego". Tatuaże, tunele... Myry, myry. No ale błagam, ten tekst na podryw... Żenada.
-Nie rozdaję mojego numeru na prawo i lewo-odparłam i na powrót zapatrzyłam się w ekran telefonu.
-Pokaż ślicznotko do kogo tam piszesz-mruknął niezrażony chłopak i spojrzał mi przez ramię. Nic nie zobaczył, bo szybko zablokowałam telefon.
-Ogarnij się trochę-warknęłam, chowając urządenie do kieszeni. Nienawidzę takiego zachowania. Schowałam kasetkę i segregator do skrzynki i zamknęłam ją. Wstałam od stolika i ruszyłam przed siebie.
-Dziewczyno, nie bądź taka niedostępna.
-Człowieku!-odwróciłam się gwałtwownie, uważając, żeby nie walnąć nikogo skrzynką.-Wyjeżdżasz do mnie. Jakimiś głupimi tekstami, zaglądasz mi przez ramię co robię i chcesz żebym przestała być "niedostępna"? No błagam-pokręciłam głową i z powrotem ruszyłam przed siebie. Nie zwracałam więcej na niego uwagi i po jakimś czasie poprosti zginął gdzieś pomiędzy ludźmi.
***
Poprawiłam plakietkę z imieniem i wyszłam z zaplecza. Weszłam za kontuar i spojrzałam czy nie przyszli nowi klienci. Wyobraźcie sobie moją minę gdy zobaczyłam siedzącego na stołku barowym chłopaka, który rano mnie zaczepiał. Miałam nadzieję, że mnie nie dostrzegł, ale było już za późno - najpierw ze zdumieniem podniósł brwi, a potem wyszczerzył się szelmowsko.
-Witam piękną panią-sięgnął dłonią do plakietki przypiętej na mojej piersi.-Lexington...-przeczytał.-Miło mi, jestem Lionell.
Wyciągnął do mnie rękę, a ja zignorowałam to.
-Oj, Lex... Złość piękności szkodzi, nie denerwuj się już tak-puścił mi oko, a ja z całą siłą woli powstrzymywałam się żeby nie wybuchnąć śmiechem. Serio, faceci, myślicie, że takie durne teksty coś zdziałają? Jeśli już to zaproście nas na jakąś kawę, czy coś...
-Co podać?-spytałam formalnym tonem.
-Już Ci dzisiaj mówiłem - Twój numer i kluczyk do serduszka-wyszczerzył się i puścił mi oczko, a ja już nie wytrzymałam i roześmiałam się głośno.
-Sorry, ale jeśli chcesz wyrwać dziewczynę, to popracuj nad gadaną, bo sam dobry wygląd nie wystarczy-ja też puściłam mu oko i odeszłam obsłużyć innych.
Lionku? :*
czwartek, 21 kwietnia 2016
Witamy, zapraszamy i pozdrawiamy
Jak zapewne wiecie - albo i nie xD - już posiadałyśmy niemalże identycznego bloga...Niestety z nieznanych nam przyczyn został on usunięty :c
Ale to nic! My się nie poddajemy i kontynuujemy przygodę, serdecznie zapraszając Was do przyłączenia się i wspólnej zabawy ♥
Życzymy ogromu weny, dużo czasu i chęci aby nasze miasto nieustannie się rozwijało. :3
Pozdrawiamy
Anomalia.&Ewiana
Subskrybuj:
Posty (Atom)


