Postawiłem sobie za punkt honoru żeby nie zapomnieć o spotkaniu z dziewczyną. To znaczy, spotkaniu jak spotkaniu...
Czas na mistrza dedukcji: dziewczyna kupowała żarcie dla psa więc na 99% jakiegoś ma. Skoro ma psa, to musi go wyprowadzać. A jeśli go wyprowadza, to kilka razy dzienne, więc pewnie i wieczorem, a dwudziesta, albo chwilę wcześniej to będzie idealna pora.
Brawo, Michałku, zasłużyłeś na czekoladkę.
***
W pracy zupełnie nie mogłem się skupić. Moje myśli odpływały w stronę rudowłosej dziewczyny. Chodząca zagadka. Enigmatyczna. Tajemnicza. Niesamowita. Niespotykana. No i piękna. Tom pierwszy przygód Mike'a Holmes'a: Rudowłosa Tajemnica.
Jezu, Michał, jesteś żałosny. Po prostu niemożliwy. Ale to nie ważne.
***
Skończyłem pracę o osiemnastej i postanowiłem wrócić tak, żeby przejść wzdłuż jej bloku. Niestety, teraz jej nie spotkałem, ale to może troszkę lepiej.
Wpadłem do domu, wziąłem prysznic (nie myślcie sobie, że trener personalny tylko stoi i się patrzy) i przygotowałem sobie coś szybkiego do zjedzenia.
18:30
Sięgnąłem na półkę po książkę i rzuciłem się na kanapę, żeby się troszkę zrelaksować. Stwierdziłem, że muszę mieć tutaj jakiegoś zwierzaka, bo samotność źle daje mi się we znaki. Od dłuższego czasu nikt oprócz mnie i moich kumpli w moim domu nie gościł. A na ranchu w Teksasie co chwile coś, co chwile ktoś. Pełno kotów, pełno psów... No i pełno koni. Jedno jest pewne, chciałbym tutaj jakiegoś sierściucha.
19:00
Odłożyłem książkę, ubrałem buty, kurtę i wyszedłem.
Po drodze wszedłem do kwiaciarni i poprosiłem o śliczną herbacianą różę z delikatnym przybraniem. Podziękowałem, zapłaciłem i poszedłem pod blok. Była akurat Na chybił trafił wybrałem pod którą klatką będę czekał. Usiadłem na ławeczce i cierpliwie czekałem. Jak na życzenie, punktualnie o dwudziestej otworzyły się drzwi i wyszła z nich Noemi ze swymi psamo. Wygryw.
Uśmiechnąłem się czarująco i podszedłem do niej. Oba psy w kagańcach i na smyczach, więc teoretycznie nie miałem się czego bać. Dałem im do powąchania dłoń, a potem delikatnie je pogłaskałem.
-Mówiłem, że się zjawię, więc jestem. Proszę bardzo, to dla Ciebie-podałem jej różę i jeszcze trochę szerzej się uśmiechnąłem.
Noemi? Niech kosz od Ciebie nie będzie taki straszny ;_;
poniedziałek, 2 maja 2016
Od Savannah CD Christophera
Po wczorajszym spotkaniu wróciłam do domu niezbyt spokojna.
Tak, już zaczynałam się przejmować dniem jutrzejszym.
Rzuciłam kluczyki na komodę i weszłam głebiej do mieszkania.
Spokojnie, Sav, spokojnie.
Wzięłam leżące na szafce nocnej słuchawki i podłączyłam je do telefonu.
Nie denerwuj się, Savannah. "Długie wodze i poklepać po szyi." - głos trenera żywo rozbrzmiał w mojej głowie. Uśmiechnęłam się lekko.
Jutro na 100% nie będzie tak źle. Uzbroisz się w argumenty, będziesz spokojna i opanowana, nic takiego się przecież nie stanie, no bo ile razy ktoś na ciebie wrzeszczał? Tyle, że idzie się przyzwyczaić. Wyluzuj, pomyśl o czymś miłym.
Pierwszym obrazem, jaki pojawił się w mojej głowie był wizerunek Christophera.
***
Samochód menagerki stał już na parkingu. Czarna sportowa mazda, nowy model. Matowy lakier. Nawet nie chciałam myśleć, ile musiał kosztować.
Brzuch bolał mnie okropnie. Jak zawsze kiedy się stresuję.
Stałam przed drzwiami na zaplecze bojąc się przekroczyć próg, no ale co zrobisz? Nic nie zrobisz.
-Chodź, chodź. Chciałabym z tobą chwilę porozmawiać-wysoka blondynka spojrzała na mnie z ukosa. Odstawiła kieliszek i podeszła do mnie.
-Co ty sobie myślisz? Psujesz mi restaurację. Wpadasz na klientów i paradujesz w brudnych rzeczach. Co ty sobie wyobrażasz?-dźgnęła mnie tipsem w policzek. Zabolało. Zaczynała się rozkręcać, a ja stałam tam i po prostu się wyłączyłam. Zaczęłam powtarzać w myślach wiersz, którego uczyłam się w podstawówce. Cokolwiek, by się nie rozkleić, byleby się nie rozpaść. Udało mi się zachować maskę na twarzy, ale do oczu napływały mi łzy. Dźgnęła mnie jeszcze ze dwa razy, a mi nawet nie przeszło przez myśł, że powinnam się odsunąć. Stałam jak kołek i patrzyłam się w punkt, który tak w ogóle nie istniał.
Dopóki na zaplecze nie wpadł Chris. Zaczął drzeć się na moją menagerkę, pokazał jej mój uniform. A na koniec wylał na nią resztkę wina, która pozostała w kieliszku i jeszcze trochę na nią nakrzyczał. Ostatecznie wyciągnął mnie z tamtąd na zewnątrz i zaczął przepraszać.
-Nie chciałem Cie przestraszyć, ale nie mogę patrzeć jak ona Cię tak przedmiotowo traktuje. Rzuć tą pracę, zatrudnij się w mojej firmie. Tam nikt nie będzie Cię mobbingował, ani oceniał bo ja tego dopilnuje. Nie nalegam, ale proszę przemyśl to, to bardzo obiecujące stanowisko po odbyciu stosownego stażu. Co, Sav?
Cały czas stałam jak wryta, próbując się jakoś ogarnąć.
-Sav... Hej, Sav...
-Ja...-spojrzałam na niego i dotnęłam opuszkami palców mojego podźganego policzka. Dopiero teraz zaczął mnie piec. Ale chyba nie krwawił.-Ja...-powtórzyłam. Podniosłam na niego wzrok i na powrót odzyskałam władzę nad językiem.-Przepraszam, ale nie mogę. Muszę już iść, przepraszam-powiedziałam i pobiegłam przed siebie.
Biegłam aż na przystanek, gdzie, na całe szczęście stał autobus, którym dojadę do domu. Wbiegłam do środka i usiadłam na wolnym miejscu.
Christopher dobiegł na przystanek, kiedy autobus już odjeżdżał. Spojrzałam się krótko na niego, ale po chwili odwróciłam wzrok.
***
Usiadłam na podłodze w przedpokoju i oparłam się plecami o drzwi.
Jezu, Savannah, czy ty zawsze musisz przyciągać jakieś kłopoty? Gdybyś była choć trochę mniej łamażna, nie byłoby całej sprawy z tym poplamionym uniformem. To wszystko twoja wina. Twoja i tylko twoja, a Chris stanął w twojej obronie, bo jest dobrze wychowany i tyle. Możesz liczyć na to, że jeśli jakimś cudem utrzymasz tą posadę to będziesz miała przerąbane i to bardziej niż do tej pory. Ale to wszystko Twoja wina. Po prostu jesteś do dupy, na prostej drodze się potkniesz i wywalisz. Powiedz no, czego Ty w życiu nie spie.rzyłaś
Zadzwonił mój telefon. Trener.
-Halo?
-Cześć, Savannah! Wpadłabyś może tu do nas? Mam do Ciebie sprawę.
-A o co chodzi?
-Mamy nowego konia w szkółce, potrzeba mi kogoś z pewnego, bo mamy go zajeździć. Poza tym... Pamiętasz o zawodach...?
No tak. Zawody. Jak na mogłam o nich zapomnieć? Cholera, to już jutro. Widzisz, to kolejna rzecz, w której dałaś dupy. Brawo, Savannah, brawo.
-Hej, Savie, żyjesz?
-Tak, tak. Powtrórzysz?
-Pytałem czy pamiętasz o zawodach.
-Tak, jasne... O wszystkim doskonale pamiętam.
-No to super. A jak z tym koniem? Mogę liczyć na Twoją pomoc? Wiem, że stadnina jest dosyć daleko od NY, ale jeśli będzie trzeba to masz zagwarantowane zakwaterowanie, zwłaszcza, że jutro mamy turniej. To jak? Jeśli chcesz, mogę po Ciebie przyjechać.
-Daj mi godzinę. Potrzeba wam coś z miasta?
***
Podciągnęłam skarpety jeszcze trochę wyżej. Miałam odruch ich poprawiania. Jeździec musi się prezentować. Sprawdziłam telefon. Trener napisał, że zaraz po mnie będzie. Wzięłam na kolana torbę, która stała przy ławce. Założyłam nogę na nogę i starałam się nie roztrząsać ostatnich wydarzeń. Niestety, odpoczynek od tego nie był mi dany.
-Savannah? Co Ty tutaj robisz?
To Christopher. No nie możliwe. Co on robi w takiej okolicy?
-Ja... Nie, ja nic.. Po prostu za kimś czekam.
-Oh. Rozumiem.
-Wiesz, przepraszam za moją dzisiejszą ucieczkę... I ogólnie za moje zachowanie.
-Nie przepraszaj. Ale to znaczy, że przemyślałaś moją propozycję?-uśmiechnął się ciepło. Na twarz automatycznie wpełz mi rumieniec.
-Wiesz... Ja to bardzo doceniam, ale nie mogę, uwierz..
Rozległ się głośny klaskon landrovera. Stadniniany samochód, wszędzie pooklejany konikami i logo klubu jeździeckiego i stadniny. Trener pomachał mi zza kierownicy.
-Przepraszam Cię najmocjej, ale muszę już iść. Cześć, Christopher-podniosłam się z ławki, zabrałam moje torby i popędziłam do auta.
Chris? Wyszedł tasiemiec i ogólnie do dupy ;_;
Tak, już zaczynałam się przejmować dniem jutrzejszym.
Rzuciłam kluczyki na komodę i weszłam głebiej do mieszkania.
Spokojnie, Sav, spokojnie.
Wzięłam leżące na szafce nocnej słuchawki i podłączyłam je do telefonu.
Nie denerwuj się, Savannah. "Długie wodze i poklepać po szyi." - głos trenera żywo rozbrzmiał w mojej głowie. Uśmiechnęłam się lekko.
Jutro na 100% nie będzie tak źle. Uzbroisz się w argumenty, będziesz spokojna i opanowana, nic takiego się przecież nie stanie, no bo ile razy ktoś na ciebie wrzeszczał? Tyle, że idzie się przyzwyczaić. Wyluzuj, pomyśl o czymś miłym.
Pierwszym obrazem, jaki pojawił się w mojej głowie był wizerunek Christophera.
***
Samochód menagerki stał już na parkingu. Czarna sportowa mazda, nowy model. Matowy lakier. Nawet nie chciałam myśleć, ile musiał kosztować.
Brzuch bolał mnie okropnie. Jak zawsze kiedy się stresuję.
Stałam przed drzwiami na zaplecze bojąc się przekroczyć próg, no ale co zrobisz? Nic nie zrobisz.
-Chodź, chodź. Chciałabym z tobą chwilę porozmawiać-wysoka blondynka spojrzała na mnie z ukosa. Odstawiła kieliszek i podeszła do mnie.
-Co ty sobie myślisz? Psujesz mi restaurację. Wpadasz na klientów i paradujesz w brudnych rzeczach. Co ty sobie wyobrażasz?-dźgnęła mnie tipsem w policzek. Zabolało. Zaczynała się rozkręcać, a ja stałam tam i po prostu się wyłączyłam. Zaczęłam powtarzać w myślach wiersz, którego uczyłam się w podstawówce. Cokolwiek, by się nie rozkleić, byleby się nie rozpaść. Udało mi się zachować maskę na twarzy, ale do oczu napływały mi łzy. Dźgnęła mnie jeszcze ze dwa razy, a mi nawet nie przeszło przez myśł, że powinnam się odsunąć. Stałam jak kołek i patrzyłam się w punkt, który tak w ogóle nie istniał.
Dopóki na zaplecze nie wpadł Chris. Zaczął drzeć się na moją menagerkę, pokazał jej mój uniform. A na koniec wylał na nią resztkę wina, która pozostała w kieliszku i jeszcze trochę na nią nakrzyczał. Ostatecznie wyciągnął mnie z tamtąd na zewnątrz i zaczął przepraszać.
-Nie chciałem Cie przestraszyć, ale nie mogę patrzeć jak ona Cię tak przedmiotowo traktuje. Rzuć tą pracę, zatrudnij się w mojej firmie. Tam nikt nie będzie Cię mobbingował, ani oceniał bo ja tego dopilnuje. Nie nalegam, ale proszę przemyśl to, to bardzo obiecujące stanowisko po odbyciu stosownego stażu. Co, Sav?
Cały czas stałam jak wryta, próbując się jakoś ogarnąć.
-Sav... Hej, Sav...
-Ja...-spojrzałam na niego i dotnęłam opuszkami palców mojego podźganego policzka. Dopiero teraz zaczął mnie piec. Ale chyba nie krwawił.-Ja...-powtórzyłam. Podniosłam na niego wzrok i na powrót odzyskałam władzę nad językiem.-Przepraszam, ale nie mogę. Muszę już iść, przepraszam-powiedziałam i pobiegłam przed siebie.
Biegłam aż na przystanek, gdzie, na całe szczęście stał autobus, którym dojadę do domu. Wbiegłam do środka i usiadłam na wolnym miejscu.
Christopher dobiegł na przystanek, kiedy autobus już odjeżdżał. Spojrzałam się krótko na niego, ale po chwili odwróciłam wzrok.
***
Usiadłam na podłodze w przedpokoju i oparłam się plecami o drzwi.
Jezu, Savannah, czy ty zawsze musisz przyciągać jakieś kłopoty? Gdybyś była choć trochę mniej łamażna, nie byłoby całej sprawy z tym poplamionym uniformem. To wszystko twoja wina. Twoja i tylko twoja, a Chris stanął w twojej obronie, bo jest dobrze wychowany i tyle. Możesz liczyć na to, że jeśli jakimś cudem utrzymasz tą posadę to będziesz miała przerąbane i to bardziej niż do tej pory. Ale to wszystko Twoja wina. Po prostu jesteś do dupy, na prostej drodze się potkniesz i wywalisz. Powiedz no, czego Ty w życiu nie spie.rzyłaś
Zadzwonił mój telefon. Trener.
-Halo?
-Cześć, Savannah! Wpadłabyś może tu do nas? Mam do Ciebie sprawę.
-A o co chodzi?
-Mamy nowego konia w szkółce, potrzeba mi kogoś z pewnego, bo mamy go zajeździć. Poza tym... Pamiętasz o zawodach...?
No tak. Zawody. Jak na mogłam o nich zapomnieć? Cholera, to już jutro. Widzisz, to kolejna rzecz, w której dałaś dupy. Brawo, Savannah, brawo.
-Hej, Savie, żyjesz?
-Tak, tak. Powtrórzysz?
-Pytałem czy pamiętasz o zawodach.
-Tak, jasne... O wszystkim doskonale pamiętam.
-No to super. A jak z tym koniem? Mogę liczyć na Twoją pomoc? Wiem, że stadnina jest dosyć daleko od NY, ale jeśli będzie trzeba to masz zagwarantowane zakwaterowanie, zwłaszcza, że jutro mamy turniej. To jak? Jeśli chcesz, mogę po Ciebie przyjechać.
-Daj mi godzinę. Potrzeba wam coś z miasta?
***
Podciągnęłam skarpety jeszcze trochę wyżej. Miałam odruch ich poprawiania. Jeździec musi się prezentować. Sprawdziłam telefon. Trener napisał, że zaraz po mnie będzie. Wzięłam na kolana torbę, która stała przy ławce. Założyłam nogę na nogę i starałam się nie roztrząsać ostatnich wydarzeń. Niestety, odpoczynek od tego nie był mi dany.
-Savannah? Co Ty tutaj robisz?
To Christopher. No nie możliwe. Co on robi w takiej okolicy?
-Ja... Nie, ja nic.. Po prostu za kimś czekam.
-Oh. Rozumiem.
-Wiesz, przepraszam za moją dzisiejszą ucieczkę... I ogólnie za moje zachowanie.
-Nie przepraszaj. Ale to znaczy, że przemyślałaś moją propozycję?-uśmiechnął się ciepło. Na twarz automatycznie wpełz mi rumieniec.
-Wiesz... Ja to bardzo doceniam, ale nie mogę, uwierz..
Rozległ się głośny klaskon landrovera. Stadniniany samochód, wszędzie pooklejany konikami i logo klubu jeździeckiego i stadniny. Trener pomachał mi zza kierownicy.
-Przepraszam Cię najmocjej, ale muszę już iść. Cześć, Christopher-podniosłam się z ławki, zabrałam moje torby i popędziłam do auta.
Chris? Wyszedł tasiemiec i ogólnie do dupy ;_;
Subskrybuj:
Posty (Atom)