Szczęście w nieszczęściu, że niedawno postanowiłem skompletować domową apteczkę i z moją sklerozą zapomniałem wyjąć z kieszeni spodni opatrunki. Ucieszyłem sie więc, gdy wyjąłem z kieszeni bojówek gazę jałową, octenisept i plaster na rolce. Dziewczyna spojrzała się na mnie dziwnie, ale nic nie powiedziała. Rozgiąłem delikatnie jej dłoń, popsikałem płynem odkażającym, a potem przyłożyłem do rany gazę i przykleiłem ją plastrem. Po wszystkim schowałem rzeczy do kieszeni.
-Pójdę po psa-oznajmiłem.
-Lepiej nie...
-Spokojnie.
Przeszedłem parę kroków, i zobaczyłem, że pupil Noemi nieszczęśliwie zakręcił się linkąwokół nogi ławki. Podszedłem do ławki i spokojnie spróbowałem go (ją, bo to suczka) uwolnić. Szybko mi się to udało, więc pewnie chwyciłem linkę w dłoń i poprowadziłem psa do jej właścicielki.
-Myślę, że możemy kontynuować spacer-uśmiechnąłem się lekko. Tak w ogóle, jak one się wabią?
-To jest Barbie. A Hero biega gdzieś tam-mruknęła.
Wyglądała na niezadowoloną. Ciekawe, co takiego zrobiłem, przecież byłem miły... No cóż, czuję, że nigdy nie zrozumiem kobiet.
-Coś się stało?-spytałem.
-Wszystko w porządku-odparła, a ja domyśliłem się, że na 99% nie wszystko jest w porządku. Postanowiłem dłużej dziewczyny moją obecnością, bo wyraźnie coś jej nie pasowało. Zawsze mogłem zobaczyć się z nią kiedy indziej, lub znowu wjechać w nią wózkiem w markecie (ale przysięgam, to nie było specjalnie!). Wyjąłem z kieszeni portfel, z niego kartkę, a z innej mały długopis. Na skrawku papieru zapisałem mój numer.
-Proszę. Nie będę Cię już dzisiaj męczył. Jeśli chcesz to zadzwoń. A co do kwiatów, to moja mama ma lekkiego kota na ten temat i wiem, że pomarańczowe, czyli herbaciane róże to "pomost" pomiędzy przyjaźnią, którą symbolizują żółte róże a miłością, którą reprezentują róże czerwone. Miłego wieczoru, Noemi. Uważaj na rękę-powiedziałem i z uśmiechem podałm jek kartkę. Potem odwróciłem się i poszedłem przed siebie.
Nie myślcie sobie, że się poddałem, o nie. Ja poprostu zamierzam mieć więcej czasu na przemyślenie następnych kroków.
Moje rozmyślania przerwały wołania Noemi. Odwróciłem się więc i spytałem o co chodzi.
Noemi? To o co chodzi? ;3
sobota, 7 maja 2016
Od Damona CD Lucy
Spojrzałem na Lucy.
-Brałaś ją z restauracji?
-Na sto procent.
-No to mamy problem-westchnąłem. Spojrzałem na dziewczynę, jej mina chwyciła mnie za serce.-Poczekaj tutaj, dobrze? Zaraz wrócę. Nigdzie nie idź i uważaj na siebie, dobrze?
Nie czekając na odpowiedź odszedłem parę kroków od dziewczyny i rozejrzałem się. Pamiętałem jak ta torba wygląda, bo była bardzo ładna i pasowała do stroju dziewczyny, a ja zwracam uwagę na szczegóły.
Oho, są.
Dwóch wyrostków, chłopak i dziewczyna, w wieku około studenckim. Nie wyglądali zbyt przyjemnie, mógłym się założyć, że coś brali. Stali pod ścianą i razdm przeglądali zawartość torebki. Poza tym, chyba ich już kiedyś widziałem - wtedy magicznie zginął mi telefon (na szczeście staru rzęch). Podszedłem do nich.
-Cześć. Ładna torba-zacząłem.
-No wiem-mruknęła dziewczyna, nawet się na mnie nie spoglądając. Chłopak był chyba trochę bardziej ogranięty, bo próbował uciec. No właśnie, próbował. Złapałem oboje za wszarz i podniosłem do góry. Jakże teatralnie. Torebka upadła na ziemię.
-Dlaczego ją ukradliście?-spytałem, siląc się na spokój-Nie, dobra. Nawet mi nie mówcie. Dajcie mi ją, a nie zgłoszę sprawy na policję. Nie tylko tej, bo już kiedyś was spotkałem. To jak?
-Ale my nic nie ukradliśmy-zaskomlał chłopak.
-To jest torebka mojej... Bliskiej znajomej. Więc pozwolicie, że ją teraz zabiorę. Oczywiście wcześniej sprawdzę, czy wszystko w środku jest-puściłem dziewczynę, bo to ona wydawała mi się mniejszym złem i cały czas trzymając chłopaka schyliłem się po torbę. Jest telefon, portfel... Puściłem go na chwilę, żeby sprawdzić, czy nie jest pusty. Wszystko w nim było, więc spoko.
Coś błysnęło mi przed oczami, a ja w ułamku sekundy zrozumiałem, że to nóż. Schyliłem się po torbę unikając ciosu, a potem ciosem w nadgarstek napastniczki wytrąciłem jej nóż z ręki. Podniosłem go, poprawiłem torbę na ramieniu i odbiegłem stamtąd. Nie ma co się z nimi dłużej użerać.
-Proszę, oto Twoja torba. Chyba wszystko jest, ale sprawdź jeszcze.
-Jezu, Damon!-rzuciła mi się na szyję.-Wszystko widziałam! Oni mieli nóż!
Byłem zaskoczony jej gestem, więc objąłem ją dopiero po chwili.
-No, ale już nie mają-odparłem.
-Dziękuję-szepnęła mi na ucho. A potem... Nie no, to się nie dzieje! Dała mi całusa w policzek! Jest! Miałem ochotę podskoczyć jak małe dziecko, które dostało lody w gorący dzień.
-Oj tam. Nie dziękuj. Chodźmy stąd.
Poszliśmy więc do studio, przemyłem jej rany na dłoniach, które na szczęście były tylko powierzchowne. Potem zamknąłem salon i poszedłem ją odprowadzić. Czego to się nie robi dla pięknych dam.
Przez całą drogę gadaliśmy, o tym i owym, a ja zdałem sobie z tego sprawę, że bardzo lubię jej słuchać. Lucy prowadziła, więc ja tylko za nią szedłem. W końcu stanęliśmy przed jakimś motelem czy czymś takim.
-Tutaj mieszkasz...?-spytałem i spojrzałem na nią. Oblała się rumieńcem, a potem pacnęła się w czoło.
-No bo ja... Wiesz, nie miałam się gdzie zatrzymać, a nie mam kasy na wynajem mieszkania... No i tak to wyszło...
-To nie jest zbyt dobra okolica. Tutaj mogą zabrać Ci nie tylko torebkę. Ale trzeba było wcześniej powiedzieć, bo jeśli chcesz, to możesz przez jakiś czas mieszkać u mnie-odparłem i uśmiechnąłem się przyjaźnie.
Lucy? <333
-Brałaś ją z restauracji?
-Na sto procent.
-No to mamy problem-westchnąłem. Spojrzałem na dziewczynę, jej mina chwyciła mnie za serce.-Poczekaj tutaj, dobrze? Zaraz wrócę. Nigdzie nie idź i uważaj na siebie, dobrze?
Nie czekając na odpowiedź odszedłem parę kroków od dziewczyny i rozejrzałem się. Pamiętałem jak ta torba wygląda, bo była bardzo ładna i pasowała do stroju dziewczyny, a ja zwracam uwagę na szczegóły.
Oho, są.
Dwóch wyrostków, chłopak i dziewczyna, w wieku około studenckim. Nie wyglądali zbyt przyjemnie, mógłym się założyć, że coś brali. Stali pod ścianą i razdm przeglądali zawartość torebki. Poza tym, chyba ich już kiedyś widziałem - wtedy magicznie zginął mi telefon (na szczeście staru rzęch). Podszedłem do nich.
-Cześć. Ładna torba-zacząłem.
-No wiem-mruknęła dziewczyna, nawet się na mnie nie spoglądając. Chłopak był chyba trochę bardziej ogranięty, bo próbował uciec. No właśnie, próbował. Złapałem oboje za wszarz i podniosłem do góry. Jakże teatralnie. Torebka upadła na ziemię.
-Dlaczego ją ukradliście?-spytałem, siląc się na spokój-Nie, dobra. Nawet mi nie mówcie. Dajcie mi ją, a nie zgłoszę sprawy na policję. Nie tylko tej, bo już kiedyś was spotkałem. To jak?
-Ale my nic nie ukradliśmy-zaskomlał chłopak.
-To jest torebka mojej... Bliskiej znajomej. Więc pozwolicie, że ją teraz zabiorę. Oczywiście wcześniej sprawdzę, czy wszystko w środku jest-puściłem dziewczynę, bo to ona wydawała mi się mniejszym złem i cały czas trzymając chłopaka schyliłem się po torbę. Jest telefon, portfel... Puściłem go na chwilę, żeby sprawdzić, czy nie jest pusty. Wszystko w nim było, więc spoko.
Coś błysnęło mi przed oczami, a ja w ułamku sekundy zrozumiałem, że to nóż. Schyliłem się po torbę unikając ciosu, a potem ciosem w nadgarstek napastniczki wytrąciłem jej nóż z ręki. Podniosłem go, poprawiłem torbę na ramieniu i odbiegłem stamtąd. Nie ma co się z nimi dłużej użerać.
-Proszę, oto Twoja torba. Chyba wszystko jest, ale sprawdź jeszcze.
-Jezu, Damon!-rzuciła mi się na szyję.-Wszystko widziałam! Oni mieli nóż!
Byłem zaskoczony jej gestem, więc objąłem ją dopiero po chwili.
-No, ale już nie mają-odparłem.
-Dziękuję-szepnęła mi na ucho. A potem... Nie no, to się nie dzieje! Dała mi całusa w policzek! Jest! Miałem ochotę podskoczyć jak małe dziecko, które dostało lody w gorący dzień.
-Oj tam. Nie dziękuj. Chodźmy stąd.
Poszliśmy więc do studio, przemyłem jej rany na dłoniach, które na szczęście były tylko powierzchowne. Potem zamknąłem salon i poszedłem ją odprowadzić. Czego to się nie robi dla pięknych dam.
Przez całą drogę gadaliśmy, o tym i owym, a ja zdałem sobie z tego sprawę, że bardzo lubię jej słuchać. Lucy prowadziła, więc ja tylko za nią szedłem. W końcu stanęliśmy przed jakimś motelem czy czymś takim.
-Tutaj mieszkasz...?-spytałem i spojrzałem na nią. Oblała się rumieńcem, a potem pacnęła się w czoło.
-No bo ja... Wiesz, nie miałam się gdzie zatrzymać, a nie mam kasy na wynajem mieszkania... No i tak to wyszło...
-To nie jest zbyt dobra okolica. Tutaj mogą zabrać Ci nie tylko torebkę. Ale trzeba było wcześniej powiedzieć, bo jeśli chcesz, to możesz przez jakiś czas mieszkać u mnie-odparłem i uśmiechnąłem się przyjaźnie.
Lucy? <333
Od Samuela c.d: Marie
- Samuel Griffin- odparłem po czym rzuciłem lodowate spojrzenie. Nie
chciałem aby pomyślała, że jestem kolejnym chłopcem, którym może się
zabawić.
- Wnioskując po nazwisku nie jesteś stąd- powiedziałem. Zapewne pomyślała, że nie jestem zbyt spostrzegawczy, nazwisko od razu wskazywało kraj pochodzenia. Francja. Pochodziła z tego samego kraju co ja. Czytała nawet książkę w tym języku co sprawiło, iż tak pomyślałem.
- Brawo bystrzaku!- zachichotała. Zrobiło mi się trochę głupio… Ale jej zdanie nic dla mnie nie znaczyło. Była tylko kobietą niedawno poznaną w parku. Przynajmniej na razie…
- Wybacz jestem nieśmiały, a chciałem jakoś rozpocząć tę rozmowę.- Sam nie wiem dlaczego tak powiedziałem. Może dlatego, że na siłę próbowałem znaleźć kogoś, kto odwzajemni moją niespełnioną miłość. Jak na razie wszystkie moje związki były spisane na stratę. Nie wiem dlaczego tak się działo, może dlatego, że moje partnerki okazywały się być inne niż myślałem.
- Nie szkodzi, to ja przepraszam, że Cię wyśmiałam. Miałam ciężki dzień w pracy, te korporacje chcą mnie wykończyć. Dzień w dzień to samo. Nie zmienia się nic poza moją narastającą irytacją. Jedynym wytchnieniem jakie mogę Sobie zafundować jest właśnie ta chwila z książką w parku. Mogę wtedy przystanąć na chwile, oderwać się od świata który otacza nas wokół.
- Rozumiem. Sam uwielbiam czytać. Może nie wiem co to stresująca praca, ale w książkach widzę to samo co Ty. Są jak inny wymiar, w który możemy się przenieść dzięki słowom autorów. – Czy to właśnie książki miały nas połączyć? Na razie nie myślę o tym. Jest tylko nową koleżanką, z którą mogę porozmawiać na temat książek.
- Widzę, że nie jestem jedyną osobą która darzy książki tak dużym szacunkiem. – odparła. W jej oczach pojawiło się coś dziwnego. Patrzyła mi w oczy tak głęboko jakby chciała poznać moją całą historię w parę sekund. Niestety jeszcze nikomu się nie udało… Zaryzykowałem. Spojrzałem jej w oczy i pełen nadziei zapytałem:
- Może wyskoczymy gdzieś potem? – Serce waliło mi jakby od tej decyzji zależało moje dalsze życie.
Chwila ciszy pozwoliła na to aby moja psychika zwariowała. Co się za chwilę wydarzy? Co odpowie?
Marie?
- Wnioskując po nazwisku nie jesteś stąd- powiedziałem. Zapewne pomyślała, że nie jestem zbyt spostrzegawczy, nazwisko od razu wskazywało kraj pochodzenia. Francja. Pochodziła z tego samego kraju co ja. Czytała nawet książkę w tym języku co sprawiło, iż tak pomyślałem.
- Brawo bystrzaku!- zachichotała. Zrobiło mi się trochę głupio… Ale jej zdanie nic dla mnie nie znaczyło. Była tylko kobietą niedawno poznaną w parku. Przynajmniej na razie…
- Wybacz jestem nieśmiały, a chciałem jakoś rozpocząć tę rozmowę.- Sam nie wiem dlaczego tak powiedziałem. Może dlatego, że na siłę próbowałem znaleźć kogoś, kto odwzajemni moją niespełnioną miłość. Jak na razie wszystkie moje związki były spisane na stratę. Nie wiem dlaczego tak się działo, może dlatego, że moje partnerki okazywały się być inne niż myślałem.
- Nie szkodzi, to ja przepraszam, że Cię wyśmiałam. Miałam ciężki dzień w pracy, te korporacje chcą mnie wykończyć. Dzień w dzień to samo. Nie zmienia się nic poza moją narastającą irytacją. Jedynym wytchnieniem jakie mogę Sobie zafundować jest właśnie ta chwila z książką w parku. Mogę wtedy przystanąć na chwile, oderwać się od świata który otacza nas wokół.
- Rozumiem. Sam uwielbiam czytać. Może nie wiem co to stresująca praca, ale w książkach widzę to samo co Ty. Są jak inny wymiar, w który możemy się przenieść dzięki słowom autorów. – Czy to właśnie książki miały nas połączyć? Na razie nie myślę o tym. Jest tylko nową koleżanką, z którą mogę porozmawiać na temat książek.
- Widzę, że nie jestem jedyną osobą która darzy książki tak dużym szacunkiem. – odparła. W jej oczach pojawiło się coś dziwnego. Patrzyła mi w oczy tak głęboko jakby chciała poznać moją całą historię w parę sekund. Niestety jeszcze nikomu się nie udało… Zaryzykowałem. Spojrzałem jej w oczy i pełen nadziei zapytałem:
- Może wyskoczymy gdzieś potem? – Serce waliło mi jakby od tej decyzji zależało moje dalsze życie.
Chwila ciszy pozwoliła na to aby moja psychika zwariowała. Co się za chwilę wydarzy? Co odpowie?
Marie?
Od Clarke c.d: Chris’a
Prawdę mówiąc nie bardzo lubiła zadzierających nosa, bezczelnych ludzi, a
otaczali ją z każdej strony. Rozglądała się szukając znajomej twarzy
Pryi, jej przyjaciółki, ale nie doczekała się pojawienia kobiety,
natomiast zamiast tego prawie wpadła na jakiegoś faceta w garniaku.
- Dzień dobry. – o jedy jaki poważny, pomyślała ironicznie. Aczkolwiek uśmiechnęłam się i czekałam aż dokończy swoją prośbę. – Chciałbym spytać czy wiesz gdzie znajduje się ten adres? – podał mi karteczkę, na której napisano ładnym, kaligraficznym pismem, adres miejsca poszukiwanego przez młodego mężczyznę. Zanim jednak odpowiedziałam zlustrowałam go wzrokiem, na jego twarzy dostrzegłam zniecierpliwienie. – Wiesz czy nie? – spytał poirytowany.
- Owszem, chodź. – odparłam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę dobrze mi znanego hotelu. Na pasach było zielone, więc chciałam przejść, ale gdy tylko postawiłam stopę na pasach poczułam szybkie, mocne szarpnięcie w tył, zatoczyłam się oszołomiona. Wokół moich ramion czułam mocny uścisk, ktoś przyciskał mnie do siebie.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam głos jakby z oddali, ale po chwili powoli zaczęłam się uspokajać i odparłam drżącym głosem.
- Tak, chyba… To znaczy nie wiem… - schowałam twarz w dłoniach i starałam się jak najszybciej ochłonąć, spojrzałam na mężczyznę i dodałam. – Dziękuję.
- Nie ma za co. To nie twoja wina. Ten pajac jechał pod prąd. – mruknął. – Na pewno wszystko w porządku? – dopytał.
- Tak, tak w porządku. – powiedziałam i znów spojrzałam na mężczyznę. – Wydaje mi się, że się spieszyłeś. To nie daleko, chodź. – odparłam i tym razem się rozejrzałam zanim postawiłam nogi na pasach. Zaprowadziłam go na miejsce i mruknęłam. – To tu. – prawdę mówiąc głupio było mi zapytać o imię mojego wybawcy, ale jak to mawiają raz kozie śmierć. – Ciekawi mnie jak masz na imię, zdradzisz mi je? – w sumie czemu nie, aczkolwiek jeszcze nie wiem do czego przyda mi się ta wiedza, ale wiedzy nigdy za wiele.
Chris? :3
- Dzień dobry. – o jedy jaki poważny, pomyślała ironicznie. Aczkolwiek uśmiechnęłam się i czekałam aż dokończy swoją prośbę. – Chciałbym spytać czy wiesz gdzie znajduje się ten adres? – podał mi karteczkę, na której napisano ładnym, kaligraficznym pismem, adres miejsca poszukiwanego przez młodego mężczyznę. Zanim jednak odpowiedziałam zlustrowałam go wzrokiem, na jego twarzy dostrzegłam zniecierpliwienie. – Wiesz czy nie? – spytał poirytowany.
- Owszem, chodź. – odparłam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę dobrze mi znanego hotelu. Na pasach było zielone, więc chciałam przejść, ale gdy tylko postawiłam stopę na pasach poczułam szybkie, mocne szarpnięcie w tył, zatoczyłam się oszołomiona. Wokół moich ramion czułam mocny uścisk, ktoś przyciskał mnie do siebie.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam głos jakby z oddali, ale po chwili powoli zaczęłam się uspokajać i odparłam drżącym głosem.
- Tak, chyba… To znaczy nie wiem… - schowałam twarz w dłoniach i starałam się jak najszybciej ochłonąć, spojrzałam na mężczyznę i dodałam. – Dziękuję.
- Nie ma za co. To nie twoja wina. Ten pajac jechał pod prąd. – mruknął. – Na pewno wszystko w porządku? – dopytał.
- Tak, tak w porządku. – powiedziałam i znów spojrzałam na mężczyznę. – Wydaje mi się, że się spieszyłeś. To nie daleko, chodź. – odparłam i tym razem się rozejrzałam zanim postawiłam nogi na pasach. Zaprowadziłam go na miejsce i mruknęłam. – To tu. – prawdę mówiąc głupio było mi zapytać o imię mojego wybawcy, ale jak to mawiają raz kozie śmierć. – Ciekawi mnie jak masz na imię, zdradzisz mi je? – w sumie czemu nie, aczkolwiek jeszcze nie wiem do czego przyda mi się ta wiedza, ale wiedzy nigdy za wiele.
Chris? :3
Od Katfrin do Luther'a
Wyszłam
z pokoju w którym właśnie siedziała osoba którą leczyłam, był to lekki
przypadek, miałam dużo gorszę a umiałam z nich wybrnąć.
-Kat jak ci idzie?-usłyszałam głos szefa. Odwróciłam się do niego z uśmiechem a on już wiedział, że jest dobrze więc odwzajemnił gest i skinął głową wchodząc z powrotem do swojego biura. Podeszłam do terrarium Keliona i wzięłam go na ręce jak zawsze z uśmiechem. Ruszyłam w kierunku ulubionego człowieka na świecie o imieniu Columbiana. Siedziała w swoim pokoju, jej kasztankowe włosy spływała po ramionach a policzki jak zawsze lekko zaróżowione, miała dziesięć lat i przechodziła przez to samo co ja. Dlatego jest moją ulubienicą, zaufała mi jako jedynej a ja codziennie muszę ją odwiedzić.
-Hey Col- specjalnie użyłam jej zdrobnienia, tylko mi pozwoliła na siebie tak mówić przez co robiłam to często.
-Kat!-krzyknęła uradowana i zeskoczyła ze swojego łóżka, podbiegła i od razu przytuliła mnie do siebie. Zaśmiałam się i objęłam ją jedną ręką w drugiej dalej trzymałam małego gekona.
-O bosze, jak ja cię dawno nie widziałam, zobacz kto jeszcze cię odwiedził-codziennie tak mówimy „jak ja cię dawno nie widziałam”… czemu? A bo ja wiem? Podałam jej Keliona który był zadowolony, kochał Col tak samo jak ja, pocałowała delikatnie jego główkę i położyła go na łóżku, usiadła obok niego i wpatrywała się jak gekon liże się po oczach. Uśmiechnęłam się i zostawiłam ich samych, wiedziałam, że nikomu nic się nie stanie, gdy zamykałam drzwi usłyszałam jeszcze śmiech dziewczynki.
-Idę biegać!-krzyknęłam do Sylvaina który był gdzieś na górze.
-Okey!-odkrzyknął kiedy zamykałam już drzwi. Od razu nałożyłam na uszy słuchawki i włączyłam rap. Ruszyłam biegiem a obok mnie biegł pies którego na polanie postanowiłam odpiąć i dać mu pobiegać swoim tempem.
-Co chcesz?-powiedziałam a on spojrzał na mnie błagalnie, wywróciłam oczami udając, że nie mam czasu a przecież większość rzeczy miałam zrobić poza domem.
-Ech… kiedyś mi za to odpłacisz-rzekłam a on uśmiechnął się.
-Kochana siostrzyczka…
-Nie mów tak! Bo zostanę-przerwałam mu, nie lubię jak nazywa mnie siostrzyczką… ble…
-Wróć przed 4 rano-powiedziała ja zaśmiałam się sarkastycznie.
-Pięknie martwisz się o siostrę, dobra idę się przebrać i uciekam-pocałowałam go w policzek i pobiegłam do swojego pokoju gdzie czekał na mnie Alex, leżał na moim łóżku bawiąc się swoją piłką. Gdy mnie zobaczył zeskoczył z mebla i podbiegł do mnie, wzięłam go na ręce i pocałowałam jego główkę, polizał mój policzek a ja zaśmiałam się. Odłożyłam go na podłogę i weszłam do garderoby… co by tu założyć? Wybrałam czerwone szpilki oraz tego samego koloru sukienkę, z tyłu miała koronkę na całej długości pleców, a z przodu była prosta, zabrałam bieliznę i ruszyłam do łazienki. Po drodze wzięłam telefon, nie mając wolnych rąk podziękowałam bratu, że kazał zrobić w łazience specjalną szafkę na alkohol, w tej chwili interesowało mnie wino. Rzeczy położyłam na blacie, odkręciłam kurek od ciepłej wody która powoli zapełniała wannę. Podeszłam do kochanej szafki i wziąłem białe wino, nalałam do kieliszka które także były na miejscu… kocham cię Sylvain! Napój położyłam na podłodze przy wannie a sama rozebrałam się szybko, po chwili już byłam w ciepłej wodzie… uwielbiam, zakręciłam wodę i sięgnęłam po naczynie, upiłam łyk alkoholu i wzięłam telefon.
-Haf… Haf… a tu-powiedziałam przeszukując listę kontaktów, zadzwoniłam do przyjaciółki która odebrała już po drugim sygnale.
-Co jest?-zapytała choć dokładnie wiedziała, jeśli dzwonie o tej godzinie do niej to znaczy, że idziemy do klubu.
-Już idę!-odkrzyknęłam, pożegnałam się z bratem i wyszłyśmy z domu pozostawiając go samego na sam z… no właśnie miała przyjść do niego jakaś dziewczyna… trudno!
-Masz nie pić, ostatni kiedyś się upiłaś wyciągałam cię z rowu bo upiłaś się w trzy dupy-ostrzegłam ją a ona spiorunowała mnie wzrokiem. Wywróciłam oczami śmiejąc się a ta tyknęła mnie w żebra.
-Ał…
-Nie marudź, wsiadaj-rzekła rzucając mi kluczyki, no tak ja prowadzę, ech… wsiadłam od strony kierowcy, odpaliłam samochód i nie czekając na to aż dziewczyna zamknie drzwi ruszyłam. Po około 25 minutach byłyśmy przed znanym nam już klubem, podeszliśmy do ochroniarzy omijając kolejkę, przywitałam się z nimi całując w policzek czego nie lubili… ale cóż taka już jestem, taką trzeba mnie pokochać. Wpuścili nas, w moje nozdrza uderzył zapach potu i papierosów. Głośna muzyka dudniła w moich uszach a ja uśmiechnęłam się i pociągnęłam Haf w strone baru… najpierw jedna szklaneczka… potem taniec… druga szklaneczka… drugi taniec…trzecia szklaneczka…czwarta szklaneczka… trzeci taniec…
-Ej… ja prowadzę, ty śmiejesz się ze znaku który przypominał ci człowieko-wilka a ty mi mówisz, że to ja się upiłam?-zapytała lekko zła a ja jeszcze bardziej się roześmiałam.
-Ale to był człowieko-wilk! Widziałam go! Nawet nie mówi, że nie był podobny do tego co widziałyśmy wczoraj… nie poczekaj ku*wa wczoraj się nie widziałyśmy… ale przed wczoraj!-nawijałam jej przez całą drogę, dobrze, że nie wylądowałam w rowie… choć może i wylądowałam?
-Dobra jesteśmy na miejscu, odprowadzę cię-powiedziała a ja skinęłam głową z uśmiechem, wysiadłam a ja otworzyłam drzwi, wyszłam z samochodu i od razu się wyj*bałam! No bo jak to inaczej kutwa! Wstałam z pomocą przyjaciółki, zdjęłam szpilki i wzięłam je do ręki, drugą dłonią trzymałam się Haf. Odprowadziła mnie do łazienki gdzie ogarnęłam się choć trochę, przebrałam w pidżamę i poszłam spać… mam wszystko w dupie!
-Kat jak ci idzie?-usłyszałam głos szefa. Odwróciłam się do niego z uśmiechem a on już wiedział, że jest dobrze więc odwzajemnił gest i skinął głową wchodząc z powrotem do swojego biura. Podeszłam do terrarium Keliona i wzięłam go na ręce jak zawsze z uśmiechem. Ruszyłam w kierunku ulubionego człowieka na świecie o imieniu Columbiana. Siedziała w swoim pokoju, jej kasztankowe włosy spływała po ramionach a policzki jak zawsze lekko zaróżowione, miała dziesięć lat i przechodziła przez to samo co ja. Dlatego jest moją ulubienicą, zaufała mi jako jedynej a ja codziennie muszę ją odwiedzić.
-Hey Col- specjalnie użyłam jej zdrobnienia, tylko mi pozwoliła na siebie tak mówić przez co robiłam to często.
-Kat!-krzyknęła uradowana i zeskoczyła ze swojego łóżka, podbiegła i od razu przytuliła mnie do siebie. Zaśmiałam się i objęłam ją jedną ręką w drugiej dalej trzymałam małego gekona.
-O bosze, jak ja cię dawno nie widziałam, zobacz kto jeszcze cię odwiedził-codziennie tak mówimy „jak ja cię dawno nie widziałam”… czemu? A bo ja wiem? Podałam jej Keliona który był zadowolony, kochał Col tak samo jak ja, pocałowała delikatnie jego główkę i położyła go na łóżku, usiadła obok niego i wpatrywała się jak gekon liże się po oczach. Uśmiechnęłam się i zostawiłam ich samych, wiedziałam, że nikomu nic się nie stanie, gdy zamykałam drzwi usłyszałam jeszcze śmiech dziewczynki.
**
Wróciłam do nich po około 20 minutach, musiałam już się zbierać ,
wypełniłam wszystkie papiery odnośnie chłopca którego dziś leczyłam i
mogłam iść już do domu. Chciałam jeszcze pobiegać i iść na siłownie więc
musiałam się zbierać. Weszłam do pokoju a widząc śpiącą już Col a obok
Keliona uśmiechnęłam się, wzięłam gekona a dziewczynkę przykryłam
kołdrą. Wyszłam z pokoju i z budynku kierując się do swojego samochodu a
raczej brata bo ja zwykle jeżdżę motorem, chyba, że jest piątek i
zabieram samochód brata… dlaczego? Kelion od poniedziałku do piątku jest
cały czas w szpitalu ,nie chce go codziennie wozić więc biorę go tylko w
weekendy do domu, a raczej ciężko jest przewieść gekona motorem…
Odpaliłam samochód a po chwili jechaliśmy już na ulicy w kierunku domu….
Jeszcze tylko 27 minut i będziemy w domu…. 26 minut…. 25 minut. Dobra
już mi się to znudziło obliczanie ile czasu jeszcze muszę jechać… ech
chce być już w domu! Postanowiłam przyśpieszyć i wyminąć samochody
jadące przed mną, nie obchodziło mnie także czerwone światło! Mówiłam
już, że jestem w ch*j zmęczona?! Nie to mówię…
**
Samochód stał już w garażu a ja szykowałam się do biegania, zmieniłam
ubrania na wygodniejsze, wzięłam też Tolio który już czekał przy
drzwiach, zapięłam mu smycz.-Idę biegać!-krzyknęłam do Sylvaina który był gdzieś na górze.
-Okey!-odkrzyknął kiedy zamykałam już drzwi. Od razu nałożyłam na uszy słuchawki i włączyłam rap. Ruszyłam biegiem a obok mnie biegł pies którego na polanie postanowiłam odpiąć i dać mu pobiegać swoim tempem.
**
Wróciłam do domu z nierównym oddechem, odpięłam Tolio który poszedł do
kuchni najprawdopodobniej by się napić, ja poszłam w ślady za nim.
Nalałam sobie wody do szklanki i niemal od razu ją wypiłam… niemal bo
brat nie dał dokończyć mi tej tak wspaniałej czynności jak dopicie
napoju. -Co chcesz?-powiedziałam a on spojrzał na mnie błagalnie, wywróciłam oczami udając, że nie mam czasu a przecież większość rzeczy miałam zrobić poza domem.
-Ech… kiedyś mi za to odpłacisz-rzekłam a on uśmiechnął się.
-Kochana siostrzyczka…
-Nie mów tak! Bo zostanę-przerwałam mu, nie lubię jak nazywa mnie siostrzyczką… ble…
-Wróć przed 4 rano-powiedziała ja zaśmiałam się sarkastycznie.
-Pięknie martwisz się o siostrę, dobra idę się przebrać i uciekam-pocałowałam go w policzek i pobiegłam do swojego pokoju gdzie czekał na mnie Alex, leżał na moim łóżku bawiąc się swoją piłką. Gdy mnie zobaczył zeskoczył z mebla i podbiegł do mnie, wzięłam go na ręce i pocałowałam jego główkę, polizał mój policzek a ja zaśmiałam się. Odłożyłam go na podłogę i weszłam do garderoby… co by tu założyć? Wybrałam czerwone szpilki oraz tego samego koloru sukienkę, z tyłu miała koronkę na całej długości pleców, a z przodu była prosta, zabrałam bieliznę i ruszyłam do łazienki. Po drodze wzięłam telefon, nie mając wolnych rąk podziękowałam bratu, że kazał zrobić w łazience specjalną szafkę na alkohol, w tej chwili interesowało mnie wino. Rzeczy położyłam na blacie, odkręciłam kurek od ciepłej wody która powoli zapełniała wannę. Podeszłam do kochanej szafki i wziąłem białe wino, nalałam do kieliszka które także były na miejscu… kocham cię Sylvain! Napój położyłam na podłodze przy wannie a sama rozebrałam się szybko, po chwili już byłam w ciepłej wodzie… uwielbiam, zakręciłam wodę i sięgnęłam po naczynie, upiłam łyk alkoholu i wzięłam telefon.
-Haf… Haf… a tu-powiedziałam przeszukując listę kontaktów, zadzwoniłam do przyjaciółki która odebrała już po drugim sygnale.
-Co jest?-zapytała choć dokładnie wiedziała, jeśli dzwonie o tej godzinie do niej to znaczy, że idziemy do klubu.
**
-Pospiesz się!-krzyknęła do mnie Hafetesona (Haf).-Już idę!-odkrzyknęłam, pożegnałam się z bratem i wyszłyśmy z domu pozostawiając go samego na sam z… no właśnie miała przyjść do niego jakaś dziewczyna… trudno!
-Masz nie pić, ostatni kiedyś się upiłaś wyciągałam cię z rowu bo upiłaś się w trzy dupy-ostrzegłam ją a ona spiorunowała mnie wzrokiem. Wywróciłam oczami śmiejąc się a ta tyknęła mnie w żebra.
-Ał…
-Nie marudź, wsiadaj-rzekła rzucając mi kluczyki, no tak ja prowadzę, ech… wsiadłam od strony kierowcy, odpaliłam samochód i nie czekając na to aż dziewczyna zamknie drzwi ruszyłam. Po około 25 minutach byłyśmy przed znanym nam już klubem, podeszliśmy do ochroniarzy omijając kolejkę, przywitałam się z nimi całując w policzek czego nie lubili… ale cóż taka już jestem, taką trzeba mnie pokochać. Wpuścili nas, w moje nozdrza uderzył zapach potu i papierosów. Głośna muzyka dudniła w moich uszach a ja uśmiechnęłam się i pociągnęłam Haf w strone baru… najpierw jedna szklaneczka… potem taniec… druga szklaneczka… drugi taniec…trzecia szklaneczka…czwarta szklaneczka… trzeci taniec…
**
-Ku*wa! Mówiłam byś nie piła, znów upiłaś się w trzy dupy…-zaśmiałam się a przyjaciółka spiorunowała mnie wzrokiem.-Ej… ja prowadzę, ty śmiejesz się ze znaku który przypominał ci człowieko-wilka a ty mi mówisz, że to ja się upiłam?-zapytała lekko zła a ja jeszcze bardziej się roześmiałam.
-Ale to był człowieko-wilk! Widziałam go! Nawet nie mówi, że nie był podobny do tego co widziałyśmy wczoraj… nie poczekaj ku*wa wczoraj się nie widziałyśmy… ale przed wczoraj!-nawijałam jej przez całą drogę, dobrze, że nie wylądowałam w rowie… choć może i wylądowałam?
-Dobra jesteśmy na miejscu, odprowadzę cię-powiedziała a ja skinęłam głową z uśmiechem, wysiadłam a ja otworzyłam drzwi, wyszłam z samochodu i od razu się wyj*bałam! No bo jak to inaczej kutwa! Wstałam z pomocą przyjaciółki, zdjęłam szpilki i wzięłam je do ręki, drugą dłonią trzymałam się Haf. Odprowadziła mnie do łazienki gdzie ogarnęłam się choć trochę, przebrałam w pidżamę i poszłam spać… mam wszystko w dupie!
**
Wstałam o… 13? Bosz… podniosłam się z
bólem głowy, czy tylko ja nie lubię kaca? Bosz… co za pytanie
retoryczne? Raczej, że nikt nie lubi mieć kaca, wstałam leniwie z łóżka i
poszłam do łazienki, tam się ogarnęłam, najlepsze na kaca jest
bieganie… w moim przypadku, lecz nie dziś, byłam zmęczona potrzebny mi
spacer. Wzięłam Tolia i Alexa na smycz, oczywiście mój kochany braciszek
kazał mi wziąć też swojego psa… no bo jak to inaczej? Zapięłam więc
trzy psy i założyłam dwóm kagańce, będę szła przez miasto więc wolę nie
ryzykować. Wyszliśmy z domu, do miasta na piechotę mieliśmy koło 45
minut… więc zanim doszliśmy zrobiło się ciepło, założyłam okulary które
na szczęście wzięłam. Alex plątał mi się pomiędzy nogami co nie było
pomocnym rozwiązaniem, jednak musiałam zajść jeszcze do pracy bo
zapomniałam wziąć dokumentów… zajeb*ście. Zajdę jak będę wracała… teraz
kierunek zoologiczny, nowe zabawki dla Alexa i jedzenie dla gekona.
Kiedy dotarliśmy do miasta niemal od razu zakupiłam dwie kawy i
wypatrywałam gbura… mam! Podeszłam do chłopaka i podałam mu kawę,
zdziwił się.
-Dziękuje, nie ma za co, do widzenia miłego dnia, do
widzenia-powiedziałam całą naszą rozmowę… a raczej rozmowę która powinna
tak wyglądać. Odeszłam nie patrząc na to, że chłopak nadal był
zdziwiony.
-Po prostu wypij-krzyknęłam nie odwracając się, upiłam łyk swojego napoju i poszłam do sklepu. Zoologiczny niebawem… weszłam i od razu uderzył mnie zapach psiej karmy oraz zwierząt. Może kupie sobie nowe zwierzę…? Podeszłam do kasy i poprosiłam o wybrane przedmioty, sprzedawca zapakował je a ja zapłaciłam biorąc torbę. Po chwili znów szłam przez uliczki kierując się w stronę szpitala psychiatrycznego z którego muszę odebrać dokumenty. Ale nie było mi to dane… musiałam wpaść na tego chłopaka któremu dałam kawę!
-Przepraszam-powiedziałam z lekkim uśmiechem próbując ogarnąć psy które zaplątały się w smyczy. Westchnęłam i schyliłam się by im pomóc.
Luther?XD
-Po prostu wypij-krzyknęłam nie odwracając się, upiłam łyk swojego napoju i poszłam do sklepu. Zoologiczny niebawem… weszłam i od razu uderzył mnie zapach psiej karmy oraz zwierząt. Może kupie sobie nowe zwierzę…? Podeszłam do kasy i poprosiłam o wybrane przedmioty, sprzedawca zapakował je a ja zapłaciłam biorąc torbę. Po chwili znów szłam przez uliczki kierując się w stronę szpitala psychiatrycznego z którego muszę odebrać dokumenty. Ale nie było mi to dane… musiałam wpaść na tego chłopaka któremu dałam kawę!
-Przepraszam-powiedziałam z lekkim uśmiechem próbując ogarnąć psy które zaplątały się w smyczy. Westchnęłam i schyliłam się by im pomóc.
Luther?XD
Subskrybuj:
Posty (Atom)