Śniła mi się mama. Taka, jaką pamiętam z dzieciństwa. Miała piękne, jasne włosy, które sięgały do pasa i zwiewną sukienkę w kwiaty.
-Nie bój się, Lex. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze-powiedziała z uspokajającym uśmiechem. Podeszła do mnie i mnie przytuliła. Pachniała bzem. Bzem i agrestem. Ja też kocham ten zapach.
-Mamo... Mamo, co ja mam zrobić?-spytałam patrząc jej w oczy.
-Pamiętaj, że nie możesz się martwić. Ja zawsze przy tobie będę. Kocham Cię, córeczko.
Nagle za mamą rozbłysło bardzo jasne światło. Spojrzała się w nie i z powrotem odwróciła się do mnie. Uśmiechnęła się smutno.
-Muszę już iść-powiedziała, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę.-Nie bój się i pamiętaj, że Cię kocham...-dodała i zniknęła w coraz jaśniejszym świetle.
Później już nic mi się nie śniło.
***
Kiedy się obudziłam bałam się spojrzeć na to jak wyglądam. Potrzebowałam prysznica i świeżych ubrań. Odsunęłam kołdrę, usiadłam na łóżku i mało nie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam wpatrującego się we mnie Lionell'a.
-Jak się czujesz?-spytał. Cholera, ale trafne pytanie.
-A Ty jak byś się czuł, co?-mruknęłam i z powrotem wlazłam pod kołdrę. Lion wstał i usiadł na łóżku obok mnie. Odgarnął mi włosy z twarzy.
-Nie dotykaj mnie.
-Lex...
-Powiedziałam: nie dotykaj mnie. Mam ci to napisać, czy co?
-To powiedz mi chociaż jak się czujesz.
-W porządku.
-Potrzebujesz czegoś?-spytał. I to pytanie przeważyło szalę.
-Tak-syknęłam.-Potrzebuję żebyś wyszedł. W tej chwili. Rozumiesz?
-Lex...
-Słyszysz mnie?-wrzasnęłam. Wypadłam spod kołdry i stanęłam przed nim. Tak, wiem, że to dzięki niemu nic mi się nie stało, ale należy zapobiegać, a nie leczyć. Gdyby nie gził się w klubie z tamtym lachonem, to by do tego nie doszło. Wiem, że nie powinnam go tak obwiniać, ale w tej chwili myślałam włącznie jednotorowo.
-Ta dziewczyna nic dla mnie nie znaczy, uwierz mi.
-Jasne, jasne-zaśmiałam się zgryźliwie.-A tam w klubie to się na Ciebie rzuciła. Umiem opatrywać rany, ale miejsc w których Cię pogryzła i podrapała chyba nie chcę oglądać-warknęłam. Nie chciałam przechodzić obok niego, bo pewnie by mnie złapał, więc przelazłam do drzwi przez łóżko.
-Lexington, posłuchaj mnie, do cholery!
-Do cholery to Ty się wynoś! No dalej, tu są drzwi.
-Nie chcę żebyś została sama.
-Tak? To trzeba było nie miziać się w klubie z tą babą! Wtedy byłabym przy Tobie i nic by się nie stało!
Zauważyłam, że go to zabolało. No i dobrze, niech boli. Mnie też bolało.
-Wynoś się. Idź do tej swojej kurwy. Nie chcę Cię więcej widzieć-warknęłam, otwierając drzwi.
Nie płacz, tylko nie płacz. Bo zobaczy, że Ci na nim zależy. Kurwa.
Otarłam oczy wierzchem dłoni i spojrzałam na niego.
-Wynoś się.
Co zadziwiające, tym razem grzecznie wypełnij moje polecenie. Kiedy tylko przestąpił próg zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam wszystkie zamki.
-Otwórz!-załomotał.
Niech sobie krzyczy i niech wali w te drzwi, ja mu nie otworzę.
Nigdy więcej się nie zakocham. Nigdy.
Tak, przyznałam się przed sobą, że zakochałam się w Lionellu, bo, jeśli było inaczej, dlaczego to, co się stało tak cholernie mnie boli? Nie wiem. Zawsze coś musi się spierdolić. Zawsze. No ale cóż, co zrobisz jak nic nie zrobisz. Zostanę starą panną, kota już mam.
Lionku, co teraz poczniesz? Sorry, że takie nijakie, ale nie mam weny ;_;
niedziela, 19 czerwca 2016
Od Mai CD Andrija
Teraz jestem sama. Zostałam sama.
- Ciekawe, kiedy wróci. Liczę, że dzisiaj na pewno. - Mówiłam sama do siebie.- Mam coś ważnego do powiedzenia.
Strasznie bolała mnie głowa. To pewnie po wczorajszych alkoholach. I wgl...A nie, nie ważne. Wiedziałam, że jestem nadal u Andrij'a. Napisałam mu SMS'a.
Hey. Mogłabym coś zjeść?
A po kilku chwilach odpisał mi:
Jasne Em . W chlebaku jest chleb, w lodówce wędlina, ser i pomidory, jest też sól. Jeżeli źle się czujesz, to możesz wziąść tabletki na ból głowy. Są nad umywalką w łazience, w takiej białej szafce.
Pokierowałam się w stronę kuchni. Zrobiłam sobie kanapkę i wypiłam rumianek. Poszłam do łazienki. Głowa teraz tak mnie nap****ała, że musiałam wziąść tę tabletkę. Wróciłam na chwilę do domu. Na pieszo. Wzięłam psa, i... Poszłam spowrotem do domu chłopaka. (Chyba jeszcze nie chłopakaXd). Zastałam go tam.
- O! Hej Andrij. Wróciłeś?- Powitałam go z uśmiechem.
- Tak, na sekundę. Muszę coś wziąśč.- Powiedział, i cmoknął mnie w policzek, a Sofię pogłaskał.
- Ale...Zanim wyjdziesz...Mam pytanie. Czy jeżeli bylibyśmy parą, to czy skończyłbyś albo z alkocholem, albo z fajkami?- Zapytałam niepewnie
[Andrij? Sory, że krótkie, ale czasu nie mam;(]
- Ciekawe, kiedy wróci. Liczę, że dzisiaj na pewno. - Mówiłam sama do siebie.- Mam coś ważnego do powiedzenia.
Strasznie bolała mnie głowa. To pewnie po wczorajszych alkoholach. I wgl...A nie, nie ważne. Wiedziałam, że jestem nadal u Andrij'a. Napisałam mu SMS'a.
Hey. Mogłabym coś zjeść?
A po kilku chwilach odpisał mi:
Jasne Em . W chlebaku jest chleb, w lodówce wędlina, ser i pomidory, jest też sól. Jeżeli źle się czujesz, to możesz wziąść tabletki na ból głowy. Są nad umywalką w łazience, w takiej białej szafce.
Pokierowałam się w stronę kuchni. Zrobiłam sobie kanapkę i wypiłam rumianek. Poszłam do łazienki. Głowa teraz tak mnie nap****ała, że musiałam wziąść tę tabletkę. Wróciłam na chwilę do domu. Na pieszo. Wzięłam psa, i... Poszłam spowrotem do domu chłopaka. (Chyba jeszcze nie chłopakaXd). Zastałam go tam.
- O! Hej Andrij. Wróciłeś?- Powitałam go z uśmiechem.
- Tak, na sekundę. Muszę coś wziąśč.- Powiedział, i cmoknął mnie w policzek, a Sofię pogłaskał.
- Ale...Zanim wyjdziesz...Mam pytanie. Czy jeżeli bylibyśmy parą, to czy skończyłbyś albo z alkocholem, albo z fajkami?- Zapytałam niepewnie
[Andrij? Sory, że krótkie, ale czasu nie mam;(]
Od Savannah CD Christopher'a
Elegancki bankiet, na którym mam pojawić się z Chrisem jako jego osoba towarzysząca? Nie wiem, czy to dobre połączenie. To znaczy, ja w takim towarzystwie? Zupełnie nie będę tam pasować, a znając siebie samą i znając życie, odwalę coś głupiego i Chris będzie musiał się za mnie wstydzić.
Ale nie wierzę, że wokół niego nie ma lepszej dziewczyny, która na 100 procent lepiej nadawałaby się do tego, powiedzmy, zadania.
-Halo, Sav...
-Przepraszam, zamyśliłam się.
-Widziałem-odparł z lekkim uśmiechem.-Pytałem się, czy przystajesz na moje propozycje.
-Oczywiście, będzie wspaniale, kiedy będę mogła Ci towarzyszyć i z chęcią uczczę z Tobą fakt, że mam nową pracę-odparłam z niespokojnym uśmiechem.
Cholera jasna! Dziewczyno, coś Ty narobiła? Wiesz, że to nie będzie dobre, na pewno coś wywiniesz. Ale ten jego uśmiech... Nie potrafię się mu oprzeć.
-Wspaniale, wprost idealnie-uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach pojawiły się iskierki.
***
Cały tydzień dzielnie pracowałam, udało mi się nawet zdobyć kilka pochwał od Chrisa i niezmiernienie to cieszyło.
W końcu nadszedł jednak czwartek, a ja z przestrachem stwierdziłam, że przecież nie mam nic, w co mogłabym się ubrać na taką imprezę. Genialnie, wprost niesamowicie. Po pracy weszłam szybko do domu, przebrałam się w niebieski T-shirt, krótkie spodenki i rzemykowe sandałki. Zjadłam dwa kawałki chleba, wypiłam herbatę i wypadłam z domu na miasto.
Po godzinnym marszu przez sklepy odzieżowe miałam już dosyć wszystkiego, a zwłaszcza dosyć w sprzedawczyń, które patrzyły na mnie jak na coś, co przyczepiło im się do buta. Skąd je wszystkie biorą?
Mijając kolejną sklepową witrynę zobaczyłam suknię moich marzeń. Była wprost idealna. Uszyta z granatowego, lejącego się materiału, który błyszczał w świetle słońca. Jeśli dobrze się przyjrzeć, było widać na nim malutkie kwiatki szyte złotą nitką. Prosta, ale szykowna. Nie za krótka, nie za długa... Idealna.
Postanowiłam ją przymierzyć. Weszłam więc do sklepu i mocno się zdziwiłam, gdy zobaczyłam w środku Chrisa, który akurat wybierał krawat. No cóż, ten sklep miał w ofercie także męski ubiór i akcesoria.
Christopher spojrzał się na mnie i uśmiechnął się szeroko.
-Savannah, witaj-powiedział. Ekspedientka z niechęcią przeniosła wzrok z niego na mnie.
-Cześć-mruknełam i podeszłam do niego.
-Co Ty tutaj robisz?-spytał.
-Chodzę po mieście w poszukiwaniu sukienki na piątkowy bankiet-oznajmiłam.
-O cholera, przepraszam, Sav...
-Ale za co?
-Powinienem się spytać, czy masz się w co ubrać i towarzyszyć Ci w zakupach, by pomóc Ci wybrać suknię.
-Oj przestań...
-Nie, Savannah. Powinienem i koniec-powiedział to z uśmiechem, który był tak bardzo przekonujący i tak wspaniały, że pomyślałam, że zaraz się rozpłynę.-A więc... Wybrałaś już coś?
-Szczerze mówiąc, nie. Ale zobaczyłam tutaj pewną sukienkę i chciałam ją przymierzyć.
-Tak? A która to?
-Ta granatowa z wystawy-mruknęłam zakłopotana.
-Masz wspaniały gust, moja droga-odparł. Spojrzał się na ekspedientkę.-Poprosimy do zmierzenia tą granatową suknię.
Dziewczyna z westchnieniem wstała i poszła zdjąć suknię z manekina.
-Psze bardzo-mruknęła podając mi ją.
Wzięłam ją i ruszyłam do przymierzalni. Zdjęłam spodenki, bluzkę i buty i weszłam w suknię. Nie miała metki, więc ucieszyłam się, że jeszcze nie widzę jej ceny, bo na 100 procent jest mega droga.
Nie mogłam zapiąć sukni, a bałam się szamotać z zamkiem i głupio było mi zawołać Chrisa, więc starałam się zrobić to jak najdelikatniej i najspokojniej się da.
-Pomogę Ci z zamkiem-usłyszałam, chwilę później do przymierzalni wszedł Chris.
Cholera, on czyta w myślach?
Zapiął do końca zamek sukienki i zapatrzył się na mnie.
-Wyglądasz niesamowicie. Jakby ta sukienka była właśnie dla Ciebie-powiedział, a ja poczułam, że jeszcze chwila i cała spłonę.
-No, jest ładna-wydukałam.
-Bierzemy ją.
Chyba go porąbało. Ta kieca będzie kosztować fortunę! Nie mam pieniędzy, muszę kupić coś na piątek i jednocześnie nie mogę pozwolić, by Chris fundował mi tak drogie rzeczy.
-Nie, Chris... Nie mogę tak. Będę mieć wyrzuty sumienia, jeśli mi ją kupisz, na pewno kosztuje majątek...
-Sav. Ja Cię zaprosiłem i jest to na mojej głowie. No, zdejmuj ją, sprzedawczyni ją zapakuje-powiedział, i wyszedł z przymierzalni, mówiąc ekspedientce, żeby nabijała rachunek.
***
Kiedy tylko razem z Christopherem przekroczyliśmy próg sali bankietowej dopadła nas grupka osób, jak mi się wydawało, większą jej część stanowili pracownicy firmy, w której ja także teraz pracuję.
-No no, Christopher-odezwał się młody blondyn, którego akurat nie kojarzyłam.-Przedstaw nam swoją towarzyszkę.
Czyli się zaczęło. O ludzie, prawie godzinę spędziliśmy na przedstawianiu mnie. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego każdy musi mnie poznać, ale starałam się robić jak najlepsze wrażenie. Po zapoznaniach przyszedł czas na poczęstunek - kelnerzy postawili na długich stołach różne eleganckie przysmaki. Christopher uparł się, żebym spróbowała wszystkiego po trochu. Z grzeczności zgodziłam się, ale podziękowałam za to za alkohol, którego praktycznie w ogóle nie piję.
Po jedzeniu wszyscy toczyli kulturalne dyskusje na różne tematy. Ja raczej w nich nie uczestniczyłam, chyba, że Chris, który nie odstępował mnie na krok, pytał się mnie o coś, włączając mnie tym samym do rozmowy.
Z grzeczności nie patrzyłam na zegarek, jednak fakty były takie, że dłużyło mi się tutaj. Moim jedynym pocieszeniem było to, że Chris chyba także nie był wniebowzięty, bo parę razy widziałam, jak po rozmowie z którymś z gości przewracał oczami.
Na szczęście Christopher wkrótce oznajmił, że się zbieramy. Ucieszyłam się w duchu, bo nijak tu nie pasowałam, a na dodatek nie było chwili, żebym nie czuła na sobie czyjegoś wzroku.
Pożegnaliśmy się już nie ze wszystkimi, ale z tymi najbardziej ważnymi gośćmi i wyszliśmy.
-W końcu...-mruknął Christopher otwierając przede mną drzwi auta. Zamknął je za mną i obszedł samochód, by usiąść na miejscu kierowcy. Kiedy już to zrobił, odpiął sobie muchę, poluźnił koszulę i podwinął jej rękawy. Wyglądał teraz (jak i przedtem) mega seksownie. O kurde, mój mózg chyba przestał pracować, że myślę o Christopherze takie rzeczy.
-Gdzie jedziemy?-spytałam, by przerwać ciszę.
Chris? ❤❤❤ Rozwiń jakoś akcję, Ty potrafisz zrobić to idealnie :*
Ale nie wierzę, że wokół niego nie ma lepszej dziewczyny, która na 100 procent lepiej nadawałaby się do tego, powiedzmy, zadania.
-Halo, Sav...
-Przepraszam, zamyśliłam się.
-Widziałem-odparł z lekkim uśmiechem.-Pytałem się, czy przystajesz na moje propozycje.
-Oczywiście, będzie wspaniale, kiedy będę mogła Ci towarzyszyć i z chęcią uczczę z Tobą fakt, że mam nową pracę-odparłam z niespokojnym uśmiechem.
Cholera jasna! Dziewczyno, coś Ty narobiła? Wiesz, że to nie będzie dobre, na pewno coś wywiniesz. Ale ten jego uśmiech... Nie potrafię się mu oprzeć.
-Wspaniale, wprost idealnie-uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach pojawiły się iskierki.
***
Cały tydzień dzielnie pracowałam, udało mi się nawet zdobyć kilka pochwał od Chrisa i niezmiernienie to cieszyło.
W końcu nadszedł jednak czwartek, a ja z przestrachem stwierdziłam, że przecież nie mam nic, w co mogłabym się ubrać na taką imprezę. Genialnie, wprost niesamowicie. Po pracy weszłam szybko do domu, przebrałam się w niebieski T-shirt, krótkie spodenki i rzemykowe sandałki. Zjadłam dwa kawałki chleba, wypiłam herbatę i wypadłam z domu na miasto.
Po godzinnym marszu przez sklepy odzieżowe miałam już dosyć wszystkiego, a zwłaszcza dosyć w sprzedawczyń, które patrzyły na mnie jak na coś, co przyczepiło im się do buta. Skąd je wszystkie biorą?
Mijając kolejną sklepową witrynę zobaczyłam suknię moich marzeń. Była wprost idealna. Uszyta z granatowego, lejącego się materiału, który błyszczał w świetle słońca. Jeśli dobrze się przyjrzeć, było widać na nim malutkie kwiatki szyte złotą nitką. Prosta, ale szykowna. Nie za krótka, nie za długa... Idealna.
Postanowiłam ją przymierzyć. Weszłam więc do sklepu i mocno się zdziwiłam, gdy zobaczyłam w środku Chrisa, który akurat wybierał krawat. No cóż, ten sklep miał w ofercie także męski ubiór i akcesoria.
Christopher spojrzał się na mnie i uśmiechnął się szeroko.
-Savannah, witaj-powiedział. Ekspedientka z niechęcią przeniosła wzrok z niego na mnie.
-Cześć-mruknełam i podeszłam do niego.
-Co Ty tutaj robisz?-spytał.
-Chodzę po mieście w poszukiwaniu sukienki na piątkowy bankiet-oznajmiłam.
-O cholera, przepraszam, Sav...
-Ale za co?
-Powinienem się spytać, czy masz się w co ubrać i towarzyszyć Ci w zakupach, by pomóc Ci wybrać suknię.
-Oj przestań...
-Nie, Savannah. Powinienem i koniec-powiedział to z uśmiechem, który był tak bardzo przekonujący i tak wspaniały, że pomyślałam, że zaraz się rozpłynę.-A więc... Wybrałaś już coś?
-Szczerze mówiąc, nie. Ale zobaczyłam tutaj pewną sukienkę i chciałam ją przymierzyć.
-Tak? A która to?
-Ta granatowa z wystawy-mruknęłam zakłopotana.
-Masz wspaniały gust, moja droga-odparł. Spojrzał się na ekspedientkę.-Poprosimy do zmierzenia tą granatową suknię.
Dziewczyna z westchnieniem wstała i poszła zdjąć suknię z manekina.
-Psze bardzo-mruknęła podając mi ją.
Wzięłam ją i ruszyłam do przymierzalni. Zdjęłam spodenki, bluzkę i buty i weszłam w suknię. Nie miała metki, więc ucieszyłam się, że jeszcze nie widzę jej ceny, bo na 100 procent jest mega droga.
Nie mogłam zapiąć sukni, a bałam się szamotać z zamkiem i głupio było mi zawołać Chrisa, więc starałam się zrobić to jak najdelikatniej i najspokojniej się da.
-Pomogę Ci z zamkiem-usłyszałam, chwilę później do przymierzalni wszedł Chris.
Cholera, on czyta w myślach?
Zapiął do końca zamek sukienki i zapatrzył się na mnie.
-Wyglądasz niesamowicie. Jakby ta sukienka była właśnie dla Ciebie-powiedział, a ja poczułam, że jeszcze chwila i cała spłonę.
-No, jest ładna-wydukałam.
-Bierzemy ją.
Chyba go porąbało. Ta kieca będzie kosztować fortunę! Nie mam pieniędzy, muszę kupić coś na piątek i jednocześnie nie mogę pozwolić, by Chris fundował mi tak drogie rzeczy.
-Nie, Chris... Nie mogę tak. Będę mieć wyrzuty sumienia, jeśli mi ją kupisz, na pewno kosztuje majątek...
-Sav. Ja Cię zaprosiłem i jest to na mojej głowie. No, zdejmuj ją, sprzedawczyni ją zapakuje-powiedział, i wyszedł z przymierzalni, mówiąc ekspedientce, żeby nabijała rachunek.
***
Kiedy tylko razem z Christopherem przekroczyliśmy próg sali bankietowej dopadła nas grupka osób, jak mi się wydawało, większą jej część stanowili pracownicy firmy, w której ja także teraz pracuję.
-No no, Christopher-odezwał się młody blondyn, którego akurat nie kojarzyłam.-Przedstaw nam swoją towarzyszkę.
Czyli się zaczęło. O ludzie, prawie godzinę spędziliśmy na przedstawianiu mnie. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego każdy musi mnie poznać, ale starałam się robić jak najlepsze wrażenie. Po zapoznaniach przyszedł czas na poczęstunek - kelnerzy postawili na długich stołach różne eleganckie przysmaki. Christopher uparł się, żebym spróbowała wszystkiego po trochu. Z grzeczności zgodziłam się, ale podziękowałam za to za alkohol, którego praktycznie w ogóle nie piję.
Po jedzeniu wszyscy toczyli kulturalne dyskusje na różne tematy. Ja raczej w nich nie uczestniczyłam, chyba, że Chris, który nie odstępował mnie na krok, pytał się mnie o coś, włączając mnie tym samym do rozmowy.
Z grzeczności nie patrzyłam na zegarek, jednak fakty były takie, że dłużyło mi się tutaj. Moim jedynym pocieszeniem było to, że Chris chyba także nie był wniebowzięty, bo parę razy widziałam, jak po rozmowie z którymś z gości przewracał oczami.
Na szczęście Christopher wkrótce oznajmił, że się zbieramy. Ucieszyłam się w duchu, bo nijak tu nie pasowałam, a na dodatek nie było chwili, żebym nie czuła na sobie czyjegoś wzroku.
Pożegnaliśmy się już nie ze wszystkimi, ale z tymi najbardziej ważnymi gośćmi i wyszliśmy.
-W końcu...-mruknął Christopher otwierając przede mną drzwi auta. Zamknął je za mną i obszedł samochód, by usiąść na miejscu kierowcy. Kiedy już to zrobił, odpiął sobie muchę, poluźnił koszulę i podwinął jej rękawy. Wyglądał teraz (jak i przedtem) mega seksownie. O kurde, mój mózg chyba przestał pracować, że myślę o Christopherze takie rzeczy.
-Gdzie jedziemy?-spytałam, by przerwać ciszę.
Chris? ❤❤❤ Rozwiń jakoś akcję, Ty potrafisz zrobić to idealnie :*
sobota, 18 czerwca 2016
Od Chris'a c.d: Sav
Jestem niesamowicie zadowolony z decyzji panny Savannah.Nieskromnie mówiąc wybór posady
mojej asystentki był o wiele lepszym wyborem. Wizja wydawania jej poleceń wydaje się być nadzwyczaj kusząca... Sam Jackson był w
ogromnym szoku, że znalazłem sobie asystentkę. Ja zwolennik wszelakiej niezależności i indywidualności plus ktoś kto odwali za mnie część roboty. Koniec świata. Ale dobrze, tak właśnie ma być i tego właśnie chcę, a on niech sobie myśli co chce. Chociaż prawda jest taka, że ja wiem co temu poczciwemu człowiekowi w głowie siedzi... Niejednokrotnie traktował mnie jak swojego dzieciaka, dzieciaka albo wnuka w sumie jeden pies. Każdy potrzebuje kogoś bliskiego, a na dobrą sprawę on poza dorobkiem swojego życia, którego z kolei część zawdzięcza mnie nie ma nic. Prawdziwy człowiek biznesu, poświęcił życie rodzinne dla firmy. Czy było warto? Nie wiem, nie jestem nim. Ale na pewno odwalił szmat dobrej roboty... Cudownie, kolejne spotkanie na które zostałem wysłany... Na całe szczęście jestem osobą uprzywilejowaną i mam prawo do wielu rzeczy. Oj tak, do wielu. Zatem będę potrzebował dodatkowego świstku.
Ruszyłem z Sav na lunch i z momentem przekroczenia progu firmy zszedłem nieco z oficjalnego tonu.
- Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracować. - rzuciłem w celu napoczęcia jakiejś rozmowy.
- Ja również. - odpowiedziała.
Miałem ochotę ugryźć temat dnia wczorajszego. Ale nie bardzo wiedziałem jak. "Słuchaj wczoraj byłaś taka fajna..." Odpada, wyjdzie że na co dzień nie jest fajna. Hmmm... "Wczoraj ślicznie się uśmiechałaś..." Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Coś bardziej neutralnego.
- Wczorajszy dzień był niezwykle udany. - stwierdziłem, w miarę usatysfakcjonowany wybrnięciem ze swoich wątpliwości.
- Mnie też się bardzo podobał.
Huh... Czyli okrutny powrót do rzeczywistości. Straciłem tą wesolutką i otwartą Sav. Ale dlaczego? Czy kluczem do jej osoby są konie? Jeżeli tak to nie widzę innej możliwości niż przyprowadzenie jakiegoś do firmy. Bo musimy się jakoś porozumiewać. Oh tajemnicza istoto... chociażbym miał postradać zmysły i przekopać najstarsze cmentarze znajdę klucz do Twojego wnętrza.
Weszliśmy do pobliskiej knajpy, złożyliśmy zamówienie i zajęliśmy miejsca. Mam dwie sprawy, nie cierpiące zwłoki i między innymi dlatego wyciągnąłem ją na lunch, by wiedziała, że zależy mi na tym prywatnie a nie służbowo.
- Słuchaj, przejdę do rzeczy, mógłbym owinąć to w bawełnę ale nie widzę takiego sensu. W ten piątek mamy bankiet. Taka tam nudna impreza. W każdym razie chciałbym abyś poszła tam jako moja osoba towarzysząca. Obowiązują stroje galowe, ah z resztą co się będę rozgadywał.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wręczyłem jej ozdobne, gustowne zaproszenie wypisane złotą czcionką. Tak skarbie przyjęcie u snobów. Posłałem jej spojrzenie w stylu " Witam w moim okropnym świecie, ale to dopiero początek" .
- Jeżeli się zgodzisz to potem możemy pójść uczcić Twoją nową pracę. - zaproponowałem.
Będzie idealnie jeżeli się zgodzi ...No właśnie jeżeli się zgodzi. Na pewno jest świadoma, że będzie tam masa ludzi, a ja nie jestem osobą niewidzialną. Niestety idąc tam ze mną będzie w samiutkim centrum uwagi...
< Sav? Sory, że takie nijakie ale w sumie nie bardzo wiedziałam co napisać ;-; c: >
Ruszyłem z Sav na lunch i z momentem przekroczenia progu firmy zszedłem nieco z oficjalnego tonu.
- Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracować. - rzuciłem w celu napoczęcia jakiejś rozmowy.
- Ja również. - odpowiedziała.
Miałem ochotę ugryźć temat dnia wczorajszego. Ale nie bardzo wiedziałem jak. "Słuchaj wczoraj byłaś taka fajna..." Odpada, wyjdzie że na co dzień nie jest fajna. Hmmm... "Wczoraj ślicznie się uśmiechałaś..." Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Coś bardziej neutralnego.
- Wczorajszy dzień był niezwykle udany. - stwierdziłem, w miarę usatysfakcjonowany wybrnięciem ze swoich wątpliwości.
- Mnie też się bardzo podobał.
Huh... Czyli okrutny powrót do rzeczywistości. Straciłem tą wesolutką i otwartą Sav. Ale dlaczego? Czy kluczem do jej osoby są konie? Jeżeli tak to nie widzę innej możliwości niż przyprowadzenie jakiegoś do firmy. Bo musimy się jakoś porozumiewać. Oh tajemnicza istoto... chociażbym miał postradać zmysły i przekopać najstarsze cmentarze znajdę klucz do Twojego wnętrza.
Weszliśmy do pobliskiej knajpy, złożyliśmy zamówienie i zajęliśmy miejsca. Mam dwie sprawy, nie cierpiące zwłoki i między innymi dlatego wyciągnąłem ją na lunch, by wiedziała, że zależy mi na tym prywatnie a nie służbowo.
- Słuchaj, przejdę do rzeczy, mógłbym owinąć to w bawełnę ale nie widzę takiego sensu. W ten piątek mamy bankiet. Taka tam nudna impreza. W każdym razie chciałbym abyś poszła tam jako moja osoba towarzysząca. Obowiązują stroje galowe, ah z resztą co się będę rozgadywał.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wręczyłem jej ozdobne, gustowne zaproszenie wypisane złotą czcionką. Tak skarbie przyjęcie u snobów. Posłałem jej spojrzenie w stylu " Witam w moim okropnym świecie, ale to dopiero początek" .
- Jeżeli się zgodzisz to potem możemy pójść uczcić Twoją nową pracę. - zaproponowałem.
Będzie idealnie jeżeli się zgodzi ...No właśnie jeżeli się zgodzi. Na pewno jest świadoma, że będzie tam masa ludzi, a ja nie jestem osobą niewidzialną. Niestety idąc tam ze mną będzie w samiutkim centrum uwagi...
< Sav? Sory, że takie nijakie ale w sumie nie bardzo wiedziałam co napisać ;-; c: >
Od Lionka c.d: Lex
Co ja najlepszego narobiłem... W sumie to nie ja a Milene ale u licha... Niech no szlag! Taki piekny wieczór zrujnowany. Choćbym nie wiem jak się starał coś zawsze musi pójść nie tak. Teraz czeka mnie albo rychły koniec naszej cholernie krótkiej znajomości albo milion tłumaczeń. Gdzie Milene tam po prostu kłopoty, tam ogromne kłopoty. Ale z resztą jestem głupi, że w ogóle do tego dopuściłem. Szok. Tak to dobre określenie tego co poczułem, bo z tego co mi wiadomo księżna miała być na zupełnie innym kontynencie.
- Odpierdol się do kurwy nędzy. Było tak pięknie. - wysyczałem jej w twarz. Nienawiść i agresja, te dwa uczucia budziła we mnie to babsko.
- Ależ Lionku... - rzuciła słodko i uwiesiła mi się na szyi.
- NIE WPIERDALAJ SIE.! Ja nic od Ciebie nie chce więc bądź tak łaskawa i zniknij! Raz a na zawsze. - burknąłem jak ostatni cham i prostak, a oczy ludzi w około były skierowane tylko na nas. Ludzka wścibskość nie ma granic. Odepchnąłem ją od siebie
Co jak co ale jedno muszę jej przyznać mimo upływu czasu nic się nie zmieniła. Nadal ma tą swoją świetną, zgrabną, wysportowaną sylwetkę.
Ale co po tym? Nie tylko ona taką ma i nie tylko to się liczy. Chociażby Lex też jest niesamowicie zbudowana. Właśnie, gdzie ona u licha jest?
Stanąłem przed klubem i pośpiesznie rozejrzałem się po ulicy. Lewo, ani śladu. Na wprost podobnie. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem drobny kobiecy kształt. Kolory w sumie też się zgadzały także bez wątpliwości stwierdziłem, że to ona. Niestety zaniepokoiło mnie coś innego... Nie szła sama. W odstępie paru a może parunastu kroków podążał za nią koleś podobnej do mnie postury. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie fakt, że ma na sobie mega obcisłą i krótką kieckę oraz tego, że widziany przeze mnie obraz obudził we mnie bardzo niepożądane uczucia.
Kurwa, kurwa, kurwa obym się mylił. W co ja wierzę? W tej kwestii zawsze należy dmuchać na zimne. Oj tak... Raz już popełniłem ten błąd. Drugi nie zamierzam. Ruszyłem biegiem w tamtą stronę z zabójczą prędkością.
-Lex! Uważaj! LEX!!! - darłem się ile sił w płucach jednak dziewczyna mnie nie słyszała.
Dogoniłem ich w samą porę a nawet trochę po czasie, gdyż ta namiastka mężczyzny zdążyła położyć swoje obleśne łapy na nie swojej własności. Nie znaczy to rzecz jasna że należy ona do mnie ale bądź co bądź na pewno nie do niego. Słowa, które wypowiedział pod adresem tej niewinnej damy odbiły mi się echem w głowie aby następnie zmrozić krew w żyłach i obudzić drzemiąca we mnie mniej miłą stronę. Żebym to ja go zaraz nie zostawił w krzakach jak ostatnie ścierwo.
-ZOSTAW JĄ!!! Zostaw ją, zboczeńcu!-krzyknąłem i chwyciłem go za wsiarz odciągając od dziewczyny. Zaraz się z nim tak zabawię, że seksu mu się do końca życia odechce. Rzuciłem się na niego z pięściami także po chwili napastnik leżał na ziemi. Jego ryj przyprawiał mnie o mdłości... Moje zacięcie było nie do opisania jakbym stracił panowanie nad sobą, jakbym wpadł w trans. Szczerze mówiąc nie czułem nawet ciosów, które mi zadawał, a gościu mojej miary siłą rzeczy musiał mi zadać ich parę. Liczyło się tylko to by dostał za swoje. Chlastałem go po mordzie raz za razem siedząc na nim okrakiem. Im bardziej puchła mu morda tym bardziej się nakręcałem. Furia? To zdecydowanie za słabe słowo by oddać to co czułem.
- Kurwa szmaciarzu jebany! Zatłukę Cię!!!- ryknąłem.
- Lion! LION!!! Wystarczy !- rozległ się przerażony krzyk Lex. On Cie dotknął, uwierz mi maleńka nie wystarczy. Jej rozkaz nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Oderwałem się od ledwo przytomnego kolesia dopiero kiedy mną szarpnęła. Płakała. Nie wiem czy dlatego że się mnie wystraszyła, czy przez to co miało miejsce, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu.
- Nie płacz. - od razu zmiękłem i mój ton z ostrego zmienił się w łagodny i przyjemny. - Proszę nie płacz. Chodź do domu.
Objąłem ją i powoli weszliśmy do jej mieszkania. Była rozdygotana, a ja skonsternowany. Nie bardzo wiedziałem jak powinienem się zachować. Serio ktoś powinien pisać jakieś poradniki na każdą okazję.
Mieszkanie miała urządzone bardzo gustownie jednakowoż nie był to moment na podziwianie pomieszczeń. Rozejrzałem się pośpiesznie szukając jakiejś inspiracji... JEST!
Wszedłem do jej łazienki i zdjąłem wiszący na wieszaku milusi szlafrok. To da jej chyba poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, nie? W końcu małe dzieci mają po coś swoje pluszowe kocyki. Opatuliłem ją i podprowadziłem do kanapy, na której usiedliśmy. Była w okropnym stanie i wcale jej się nie dziwię. Pierw ktoś próbuję Cię zgwałcić a potem patrzysz niemalże na śmierć człowieka... I tak była cholernie odważna i dzielna.
- Chodź tu myszor, przytul się. - wymamrotałem i przyciągnąłem ją blisko do siebie, tak że siedziała oparta o moją klatkę piersiową... . - Cichutko. Już dobrze mała... Przepraszam za to. Nie powinienem do tego dopuścić. No proszę już nie płacz. Jesteś tu ze mną bezpieczna. Jeżeli czegoś potrzebujesz to mów.
Uspokajałem ją w miarę swoich możliwości gładząc ją delikatnie po włosach. To wszystko było moją pierdoloną winą... Kurwa mać no przecież tylko ja potrafię wszystko tak koncertowo spierdolić.
- Wyjdź. - zaskomliła. O nie. Co to to nie. Będziesz chciała to jutro mnie wywalisz ale nie ma mowy, że dziś zostaniesz tu sama.
- Lex.Bebé... Proszę Cię. Jutro porozmawiamy teraz o tym nie myśl.
Nie wypuściłem jej z objęć ani na chwilkę i siedziałem tak godzinę a może więcej w milczeniu, aż w końcu udało jej się uspokoić i zasnąć. Dzielna dziewczynka.
-Confía en mí, por favor. Nie skrzywdzę Cię - wymruczałem cichutko pewien, że mnie nie słyszy i dałem jej delikatnego buziaczka w skroń. Następnie wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Rano będzie mniej zdezorientowana, chociaż tyle mogę zrobić. Zdjąłem jej buty, a następnie opatuliłem kołdrą. W innych okolicznościach bym ją przebrał, ale wolałem nie posuwać się tak daleko po takich rewelacjach. Dopiero kiedy emocje opadły i wytworzona przez organizm adrenalina przestała działać poczułem, że i mi się nieźle dostało. Kostki na pięściach miałem sine, rozcięty lewy łuk brwiowy, pękniętą wargę i lekko potłuczone żebra. Ale walić to to pikuś w porównaniu do bólu, który czuła Lexington,
Kierowany wszechogarniającym żalem i poczuciem winy przyniosłem sobie z kuchni taborecik i postawiłem w kącie pokoju, z którego będę mógł się jej uważnie przyglądać. Czemu? A temu, czy nie ma koszmarów i temu żeby nie była sama jak się obudzi. To chyba najgorsze co może być...
< Lex? ♥ >
- Odpierdol się do kurwy nędzy. Było tak pięknie. - wysyczałem jej w twarz. Nienawiść i agresja, te dwa uczucia budziła we mnie to babsko.
- Ależ Lionku... - rzuciła słodko i uwiesiła mi się na szyi.
- NIE WPIERDALAJ SIE.! Ja nic od Ciebie nie chce więc bądź tak łaskawa i zniknij! Raz a na zawsze. - burknąłem jak ostatni cham i prostak, a oczy ludzi w około były skierowane tylko na nas. Ludzka wścibskość nie ma granic. Odepchnąłem ją od siebie
Co jak co ale jedno muszę jej przyznać mimo upływu czasu nic się nie zmieniła. Nadal ma tą swoją świetną, zgrabną, wysportowaną sylwetkę.
Ale co po tym? Nie tylko ona taką ma i nie tylko to się liczy. Chociażby Lex też jest niesamowicie zbudowana. Właśnie, gdzie ona u licha jest?
Stanąłem przed klubem i pośpiesznie rozejrzałem się po ulicy. Lewo, ani śladu. Na wprost podobnie. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem drobny kobiecy kształt. Kolory w sumie też się zgadzały także bez wątpliwości stwierdziłem, że to ona. Niestety zaniepokoiło mnie coś innego... Nie szła sama. W odstępie paru a może parunastu kroków podążał za nią koleś podobnej do mnie postury. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie fakt, że ma na sobie mega obcisłą i krótką kieckę oraz tego, że widziany przeze mnie obraz obudził we mnie bardzo niepożądane uczucia.
Kurwa, kurwa, kurwa obym się mylił. W co ja wierzę? W tej kwestii zawsze należy dmuchać na zimne. Oj tak... Raz już popełniłem ten błąd. Drugi nie zamierzam. Ruszyłem biegiem w tamtą stronę z zabójczą prędkością.
-Lex! Uważaj! LEX!!! - darłem się ile sił w płucach jednak dziewczyna mnie nie słyszała.
Dogoniłem ich w samą porę a nawet trochę po czasie, gdyż ta namiastka mężczyzny zdążyła położyć swoje obleśne łapy na nie swojej własności. Nie znaczy to rzecz jasna że należy ona do mnie ale bądź co bądź na pewno nie do niego. Słowa, które wypowiedział pod adresem tej niewinnej damy odbiły mi się echem w głowie aby następnie zmrozić krew w żyłach i obudzić drzemiąca we mnie mniej miłą stronę. Żebym to ja go zaraz nie zostawił w krzakach jak ostatnie ścierwo.
-ZOSTAW JĄ!!! Zostaw ją, zboczeńcu!-krzyknąłem i chwyciłem go za wsiarz odciągając od dziewczyny. Zaraz się z nim tak zabawię, że seksu mu się do końca życia odechce. Rzuciłem się na niego z pięściami także po chwili napastnik leżał na ziemi. Jego ryj przyprawiał mnie o mdłości... Moje zacięcie było nie do opisania jakbym stracił panowanie nad sobą, jakbym wpadł w trans. Szczerze mówiąc nie czułem nawet ciosów, które mi zadawał, a gościu mojej miary siłą rzeczy musiał mi zadać ich parę. Liczyło się tylko to by dostał za swoje. Chlastałem go po mordzie raz za razem siedząc na nim okrakiem. Im bardziej puchła mu morda tym bardziej się nakręcałem. Furia? To zdecydowanie za słabe słowo by oddać to co czułem.
- Kurwa szmaciarzu jebany! Zatłukę Cię!!!- ryknąłem.
- Lion! LION!!! Wystarczy !- rozległ się przerażony krzyk Lex. On Cie dotknął, uwierz mi maleńka nie wystarczy. Jej rozkaz nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Oderwałem się od ledwo przytomnego kolesia dopiero kiedy mną szarpnęła. Płakała. Nie wiem czy dlatego że się mnie wystraszyła, czy przez to co miało miejsce, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu.
- Nie płacz. - od razu zmiękłem i mój ton z ostrego zmienił się w łagodny i przyjemny. - Proszę nie płacz. Chodź do domu.
Objąłem ją i powoli weszliśmy do jej mieszkania. Była rozdygotana, a ja skonsternowany. Nie bardzo wiedziałem jak powinienem się zachować. Serio ktoś powinien pisać jakieś poradniki na każdą okazję.
Mieszkanie miała urządzone bardzo gustownie jednakowoż nie był to moment na podziwianie pomieszczeń. Rozejrzałem się pośpiesznie szukając jakiejś inspiracji... JEST!
Wszedłem do jej łazienki i zdjąłem wiszący na wieszaku milusi szlafrok. To da jej chyba poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, nie? W końcu małe dzieci mają po coś swoje pluszowe kocyki. Opatuliłem ją i podprowadziłem do kanapy, na której usiedliśmy. Była w okropnym stanie i wcale jej się nie dziwię. Pierw ktoś próbuję Cię zgwałcić a potem patrzysz niemalże na śmierć człowieka... I tak była cholernie odważna i dzielna.
- Chodź tu myszor, przytul się. - wymamrotałem i przyciągnąłem ją blisko do siebie, tak że siedziała oparta o moją klatkę piersiową... . - Cichutko. Już dobrze mała... Przepraszam za to. Nie powinienem do tego dopuścić. No proszę już nie płacz. Jesteś tu ze mną bezpieczna. Jeżeli czegoś potrzebujesz to mów.
Uspokajałem ją w miarę swoich możliwości gładząc ją delikatnie po włosach. To wszystko było moją pierdoloną winą... Kurwa mać no przecież tylko ja potrafię wszystko tak koncertowo spierdolić.
- Wyjdź. - zaskomliła. O nie. Co to to nie. Będziesz chciała to jutro mnie wywalisz ale nie ma mowy, że dziś zostaniesz tu sama.
- Lex.Bebé... Proszę Cię. Jutro porozmawiamy teraz o tym nie myśl.
Nie wypuściłem jej z objęć ani na chwilkę i siedziałem tak godzinę a może więcej w milczeniu, aż w końcu udało jej się uspokoić i zasnąć. Dzielna dziewczynka.
-Confía en mí, por favor. Nie skrzywdzę Cię - wymruczałem cichutko pewien, że mnie nie słyszy i dałem jej delikatnego buziaczka w skroń. Następnie wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Rano będzie mniej zdezorientowana, chociaż tyle mogę zrobić. Zdjąłem jej buty, a następnie opatuliłem kołdrą. W innych okolicznościach bym ją przebrał, ale wolałem nie posuwać się tak daleko po takich rewelacjach. Dopiero kiedy emocje opadły i wytworzona przez organizm adrenalina przestała działać poczułem, że i mi się nieźle dostało. Kostki na pięściach miałem sine, rozcięty lewy łuk brwiowy, pękniętą wargę i lekko potłuczone żebra. Ale walić to to pikuś w porównaniu do bólu, który czuła Lexington,
Kierowany wszechogarniającym żalem i poczuciem winy przyniosłem sobie z kuchni taborecik i postawiłem w kącie pokoju, z którego będę mógł się jej uważnie przyglądać. Czemu? A temu, czy nie ma koszmarów i temu żeby nie była sama jak się obudzi. To chyba najgorsze co może być...
< Lex? ♥ >
Od Andrij'a c.d: Mai
Złapałem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. Wpadła idealnie w me ramiona. Przytuliłem ją mocno. Było to trochę krępujące, ponieważ większość dziewczyn przytula się w klatę. Maya nie mogła tego zrobić. Była prawie tak samo wysoka jak ja.
- Ja Ciebie też – odparłem.
Czyżby urok zaczął działać? – zastanawiałem się w głębi duszy. Staliśmy tak przez parę chwil. Pocałowałem ją w czoło.
- Ja Ciebie też - powtórzyłem trochę ciszej.
W sumie nie wiem czemu to powiedziałem. Może dlatego, żeby nie było jej przykro? Sam nie wiem. Nie byłem pewien co do takich poważnych decyzji. Rozpłakała się. Zaczęliśmy przesuwać się w stronę kanapy. Zasadniczo to ja się poruszałem a May'a szła posłusznie za mną. Usiedliśmy i Em przytuliła się jeszcze mocniej. Kazałem jej chwilę poczekać. Poszedłem do kuchni i wziąłem wino. Kieliszki zgarnąłem w drodze powrotnej. Kiedy wróciłem była lekko uspokojona, jednak jeszcze szlochała. Postawiłem ją przed celem dokonanym. Będziemy pić, co prawda wino... No ale lepsze wino od herbaty czy kawy.
***
Minęło parę godziny a opróżnianie butelek szło nam bardzo szybko. Już nawet zaczęliśmy popijać szkocką. Co było spowodowane brakiem tak dużej ilości wina. Przez ten cały czas rozmawialiśmy. Maya była szczęśliwa... szczęśliwa i pijana. Ale to drugie to mniejszy szczegół. Mogła się w końcu komuś wyżalić. Z tego co wiedziałem to nikogo innego bliskiego nie miała. Kończyliśmy już kolejną butelkę "rudej", gdy May'a powiedziała, że musi już iść. Zaproponowałem jej nocleg. Bez zbędnej gadki zgodziła się. Miała takie małe oczka i często ziewała. Swoją drogą też byłem już zmęczony. Przez cały wieczór rozmyślałem co by było gdyby. Dla przykładu jakbym był z May'ą i poszlibyśmy do jakiegoś teatru czy innego ośrodka kultury to co założyłaby szpilki? Wtedy będzie wyższa ode mnie o parę lub paręnaście centymetrów. Poszliśmy do sypialni. W sumie to ja poszedłem a Em musiałem zanieść. Ledwo trzymała się na nogach. Po drodze zasnęła mi na rękach. Położyłem ja na łóżko i przykryłem. Sam zrobiłem to samo chwilę później. Teoretycznie mógłbym z nią się teraz przespać a ona i tak nic by nie pamiętała - pomyślałem - Ale takie pijane szprotki to nie dla mnie. To żaden wyczyn. No chyba, że jesteś studentem jak ten P.. Pablo? Chyba tak. Jakoś tak miał. Po paru chwilach poszliśmy spać.
Około piątej, może piątej dwadzieścia zadzwonił mój telefon. Wstałem czym prędzej i go odebrałem, by nie obudzić Mai. Na próżno. I tak się obudziła.
- Co się stało? - zapytała się łapiąc za głowę.
- Nic - odparłem i wyszedłem z sypialni przymykając drzwi. Dzwonił mój przełożony.
- Andrij? - usłyszałem głos ze słuchawki.
- Tak, słucham? - odpowiedziałem- Jest problem. Przyjedź jak najszybciej.
- Ale co się stało, przecież dzisiaj jest sobota... - nie dokończyłem zdania.
- W nocy był pożar - kontynuował - W urzędzie miasta a dokładniej to w serwerowni. Większość serwerów uległa zniszczeniu. W mieście nie ma sygnalizacji oraz większości systemów jak i stron rządowych.
- Dobrze... Będę jak najszybciej. Kurwa. Super - pomyślałem.
Trzeba będzie konfigurować i wgrywać wszystko od nowa. Można byłoby wgrać kopię zapasową ale takiej urząd miasta aktualnie nie posiada. Ostatni backup danych jest z grudnia 2008 roku. No proszę, jest 2016. To prawie 8 lat. Stawianie całej sieci Nowego Jorku od podstaw zajmie nam co najmniej miesiąc, chociaż przełożeni uparcie przekonują (w zasadzie rozkazują), że uwiniemy się w tydzień. Co to oznacza? Tylko jedno, tak jak to jest zazwyczaj. Ostra harówka 24/7. Nie będę miał czasu na nic. Dosłownie na nic...Chociaż w sumie może to dobrze? Będę miał czas, żeby wszystko jeszcze raz przemyśleć.Wyszedłem na balkon by zapalić papierosa. Wszystko mi się teraz zwala na łeb. Praca, May'a i jeszcze te dokumenty. Jakoś nie mam czasu by podejść do urzędu po prawo jazdy czy dowód osobisty. Już byłem w połowie szluga, gdy nagle ujrzałem Em. Sprawnie go wyrzuciłem przez balkon. Wróciliśmy do sypialni, jednak nie poszliśmy już spać. Szybko się ubrałem i przeprosiłem ją ale musiałem się szybko zjawić w pracy. Szybkim krokiem wyszedłem z domu, zostawiając jej zapasowe klucze i udałem się do swojego samochodu. Schodząc po schodach wyciągnąłem fajkę i zacząłem ją do ust. Może teraz będzie mi dane ją skończyć? Pomachałem jeszcze jej, ponieważ stała na balkonie i odjechałem.
<Maya?>
- Ja Ciebie też – odparłem.
Czyżby urok zaczął działać? – zastanawiałem się w głębi duszy. Staliśmy tak przez parę chwil. Pocałowałem ją w czoło.
- Ja Ciebie też - powtórzyłem trochę ciszej.
W sumie nie wiem czemu to powiedziałem. Może dlatego, żeby nie było jej przykro? Sam nie wiem. Nie byłem pewien co do takich poważnych decyzji. Rozpłakała się. Zaczęliśmy przesuwać się w stronę kanapy. Zasadniczo to ja się poruszałem a May'a szła posłusznie za mną. Usiedliśmy i Em przytuliła się jeszcze mocniej. Kazałem jej chwilę poczekać. Poszedłem do kuchni i wziąłem wino. Kieliszki zgarnąłem w drodze powrotnej. Kiedy wróciłem była lekko uspokojona, jednak jeszcze szlochała. Postawiłem ją przed celem dokonanym. Będziemy pić, co prawda wino... No ale lepsze wino od herbaty czy kawy.
***
Minęło parę godziny a opróżnianie butelek szło nam bardzo szybko. Już nawet zaczęliśmy popijać szkocką. Co było spowodowane brakiem tak dużej ilości wina. Przez ten cały czas rozmawialiśmy. Maya była szczęśliwa... szczęśliwa i pijana. Ale to drugie to mniejszy szczegół. Mogła się w końcu komuś wyżalić. Z tego co wiedziałem to nikogo innego bliskiego nie miała. Kończyliśmy już kolejną butelkę "rudej", gdy May'a powiedziała, że musi już iść. Zaproponowałem jej nocleg. Bez zbędnej gadki zgodziła się. Miała takie małe oczka i często ziewała. Swoją drogą też byłem już zmęczony. Przez cały wieczór rozmyślałem co by było gdyby. Dla przykładu jakbym był z May'ą i poszlibyśmy do jakiegoś teatru czy innego ośrodka kultury to co założyłaby szpilki? Wtedy będzie wyższa ode mnie o parę lub paręnaście centymetrów. Poszliśmy do sypialni. W sumie to ja poszedłem a Em musiałem zanieść. Ledwo trzymała się na nogach. Po drodze zasnęła mi na rękach. Położyłem ja na łóżko i przykryłem. Sam zrobiłem to samo chwilę później. Teoretycznie mógłbym z nią się teraz przespać a ona i tak nic by nie pamiętała - pomyślałem - Ale takie pijane szprotki to nie dla mnie. To żaden wyczyn. No chyba, że jesteś studentem jak ten P.. Pablo? Chyba tak. Jakoś tak miał. Po paru chwilach poszliśmy spać.
Około piątej, może piątej dwadzieścia zadzwonił mój telefon. Wstałem czym prędzej i go odebrałem, by nie obudzić Mai. Na próżno. I tak się obudziła.
- Co się stało? - zapytała się łapiąc za głowę.
- Nic - odparłem i wyszedłem z sypialni przymykając drzwi. Dzwonił mój przełożony.
- Andrij? - usłyszałem głos ze słuchawki.
- Tak, słucham? - odpowiedziałem- Jest problem. Przyjedź jak najszybciej.
- Ale co się stało, przecież dzisiaj jest sobota... - nie dokończyłem zdania.
- W nocy był pożar - kontynuował - W urzędzie miasta a dokładniej to w serwerowni. Większość serwerów uległa zniszczeniu. W mieście nie ma sygnalizacji oraz większości systemów jak i stron rządowych.
- Dobrze... Będę jak najszybciej. Kurwa. Super - pomyślałem.
Trzeba będzie konfigurować i wgrywać wszystko od nowa. Można byłoby wgrać kopię zapasową ale takiej urząd miasta aktualnie nie posiada. Ostatni backup danych jest z grudnia 2008 roku. No proszę, jest 2016. To prawie 8 lat. Stawianie całej sieci Nowego Jorku od podstaw zajmie nam co najmniej miesiąc, chociaż przełożeni uparcie przekonują (w zasadzie rozkazują), że uwiniemy się w tydzień. Co to oznacza? Tylko jedno, tak jak to jest zazwyczaj. Ostra harówka 24/7. Nie będę miał czasu na nic. Dosłownie na nic...Chociaż w sumie może to dobrze? Będę miał czas, żeby wszystko jeszcze raz przemyśleć.Wyszedłem na balkon by zapalić papierosa. Wszystko mi się teraz zwala na łeb. Praca, May'a i jeszcze te dokumenty. Jakoś nie mam czasu by podejść do urzędu po prawo jazdy czy dowód osobisty. Już byłem w połowie szluga, gdy nagle ujrzałem Em. Sprawnie go wyrzuciłem przez balkon. Wróciliśmy do sypialni, jednak nie poszliśmy już spać. Szybko się ubrałem i przeprosiłem ją ale musiałem się szybko zjawić w pracy. Szybkim krokiem wyszedłem z domu, zostawiając jej zapasowe klucze i udałem się do swojego samochodu. Schodząc po schodach wyciągnąłem fajkę i zacząłem ją do ust. Może teraz będzie mi dane ją skończyć? Pomachałem jeszcze jej, ponieważ stała na balkonie i odjechałem.
<Maya?>
piątek, 17 czerwca 2016
Od Damon'a CD Lucy
-KURWA!-warknąłem.-Hej, Lu! Słyszysz mnie?
-Dajmonełe?-mruknęła.-Zabierzeszszsz mje do siebie? Zabierz mje, ploseee... Nie mogę dalej iśśś...
-Taki mam plan-odparłem i wziąłem ją na ręce jak pannę młodą. Dobrze, że mój samochód stał niedaleko stąd, więc szybko do niego poszedłem, wsadziłem Lu do środka, zapiąłem jej pasy i sam wsiadłem. Cały czas do niej gadałem, byleby tylko utrzymać kontakt. Całe szczęście, że o tej godzinie na ulicach nie było tak dużo ludzi, więc w miarę szybko przemknęliśmy do mnie.
***
Była godzina ósma rano, a ja siedziałem i patrzyłem się na śpiącą na kanapie Lucy. Za dwie godziny zaczynałem pracę, ale teraz mogłem sobie pozwolić na chwilę lenistwa, ponieważ studio nie jest daleko, a zrobiłem już poranne zakupy i zjadłem śniadanie.
Jejku, Lu wyglądała tak ślicznie, kiedy spała.
Cieszyłem się, że jest z nią już mniej więcej dobrze, bo, nie łudźmy się stan, do którego się wczoraj doprowadziła (sama czy z czyjąś pomocą, tego nie wiem), zagrażał jej zdrowiu, a nawet życiu. Wolę nawet nie myśleć, "co by było gdyby"...
Zastanawiałem się też nad słowami Lucy - mówiła, że bardzo jej się podobam i inne takie rzeczy. Czy ona rzeczywiście tak uważa? Chciałbym, żeby to była prawda.
Dziewczyna poruszyła przez sen ręką, a ja odgarnąłem jej włosy, które opadły na jej piękną twarzyczkę. Najciszej jak mogłem sięgnąłem po szkicownik i zacząłem ją rysować. Najpierw powstał główny zarys postaci, potem zaczynałem rysować szczegóły. Kiedy kończyłem rysunek było za piętnaście dziesiąta. Odłożyłem więc szkicownik oraz ołówki na półkę i podszedłem do lodówki. Z szafki nad nią wyjąłem koszyk z lekarstwami, a z niego środki przeciwbólowe. Wyrwałem kartkę z notatnika, który wisiał na lodów w i zacząłem pisać:
Hej, Lu! Mam nadzieję, że czujesz się lepiej niż w nocy. Tutaj masz coś na ból głowy, jedzenie jest w lodówce, a chleb i bułki są w chlebaku. Bierz co chcesz i czuj się jak u siebie, ja będę w salonie, wrócę o 14. Jak coś to dzwoń. ~Damon
PS Komplet kluczy, który możesz wziąć jest na stole kuchennym.
Postawiłem na ławie szklankę z wodą, obok szklanki lekarstwa i notatkę. Ubrałem buty, kurtkę, wyszedłem z mieszkania, zamknąłem drzwi i poszedłem do studia.
***
Awwww yeaaahh, fajrant!
Zamyknąłem studio i jak na skrzydłach popędziłem do najbliższego sklepu, by kupić świeże składniki potrzebne do przygotowania obiadu. Oprócz tego kupiłem wielkie pudło lodów i trzy tabliczki czekolady. I pop corn i wafle ryżowe. Zamierzałem urządzić z Lucy wieczór filmowy, ale jak na razie wcale jej o tym nie wspomniałem.
Dziewczyna dzwoniła w okolicach dwunastej, i jeśli mnie nie wkręcała, to czuła się całkiem dobrze. Chociaż, gdyby chodziło o mnie to po takiej nocy denerwowałoby nawet stąpanie mrówki po dywanie. Całe szczęście, że te czasy już minęły.
W mieskaniu pojawiłem się dwadzieścia po drugiej.
-Cześć, Lu! Jak się czujesz?-spytałem od progu.
Lucy? Wiem, flaki z olejem, ale nie miałam żadnego pomysłu, a Twoje opo tak długo bez odp ;_;
-Dajmonełe?-mruknęła.-Zabierzeszszsz mje do siebie? Zabierz mje, ploseee... Nie mogę dalej iśśś...
-Taki mam plan-odparłem i wziąłem ją na ręce jak pannę młodą. Dobrze, że mój samochód stał niedaleko stąd, więc szybko do niego poszedłem, wsadziłem Lu do środka, zapiąłem jej pasy i sam wsiadłem. Cały czas do niej gadałem, byleby tylko utrzymać kontakt. Całe szczęście, że o tej godzinie na ulicach nie było tak dużo ludzi, więc w miarę szybko przemknęliśmy do mnie.
***
Była godzina ósma rano, a ja siedziałem i patrzyłem się na śpiącą na kanapie Lucy. Za dwie godziny zaczynałem pracę, ale teraz mogłem sobie pozwolić na chwilę lenistwa, ponieważ studio nie jest daleko, a zrobiłem już poranne zakupy i zjadłem śniadanie.
Jejku, Lu wyglądała tak ślicznie, kiedy spała.
Cieszyłem się, że jest z nią już mniej więcej dobrze, bo, nie łudźmy się stan, do którego się wczoraj doprowadziła (sama czy z czyjąś pomocą, tego nie wiem), zagrażał jej zdrowiu, a nawet życiu. Wolę nawet nie myśleć, "co by było gdyby"...
Zastanawiałem się też nad słowami Lucy - mówiła, że bardzo jej się podobam i inne takie rzeczy. Czy ona rzeczywiście tak uważa? Chciałbym, żeby to była prawda.
Dziewczyna poruszyła przez sen ręką, a ja odgarnąłem jej włosy, które opadły na jej piękną twarzyczkę. Najciszej jak mogłem sięgnąłem po szkicownik i zacząłem ją rysować. Najpierw powstał główny zarys postaci, potem zaczynałem rysować szczegóły. Kiedy kończyłem rysunek było za piętnaście dziesiąta. Odłożyłem więc szkicownik oraz ołówki na półkę i podszedłem do lodówki. Z szafki nad nią wyjąłem koszyk z lekarstwami, a z niego środki przeciwbólowe. Wyrwałem kartkę z notatnika, który wisiał na lodów w i zacząłem pisać:
Hej, Lu! Mam nadzieję, że czujesz się lepiej niż w nocy. Tutaj masz coś na ból głowy, jedzenie jest w lodówce, a chleb i bułki są w chlebaku. Bierz co chcesz i czuj się jak u siebie, ja będę w salonie, wrócę o 14. Jak coś to dzwoń. ~Damon
PS Komplet kluczy, który możesz wziąć jest na stole kuchennym.
Postawiłem na ławie szklankę z wodą, obok szklanki lekarstwa i notatkę. Ubrałem buty, kurtkę, wyszedłem z mieszkania, zamknąłem drzwi i poszedłem do studia.
***
Awwww yeaaahh, fajrant!
Zamyknąłem studio i jak na skrzydłach popędziłem do najbliższego sklepu, by kupić świeże składniki potrzebne do przygotowania obiadu. Oprócz tego kupiłem wielkie pudło lodów i trzy tabliczki czekolady. I pop corn i wafle ryżowe. Zamierzałem urządzić z Lucy wieczór filmowy, ale jak na razie wcale jej o tym nie wspomniałem.
Dziewczyna dzwoniła w okolicach dwunastej, i jeśli mnie nie wkręcała, to czuła się całkiem dobrze. Chociaż, gdyby chodziło o mnie to po takiej nocy denerwowałoby nawet stąpanie mrówki po dywanie. Całe szczęście, że te czasy już minęły.
W mieskaniu pojawiłem się dwadzieścia po drugiej.
-Cześć, Lu! Jak się czujesz?-spytałem od progu.
Lucy? Wiem, flaki z olejem, ale nie miałam żadnego pomysłu, a Twoje opo tak długo bez odp ;_;
czwartek, 16 czerwca 2016
Od Mai CD Andrij
Obudziłam się w łóżku. Pamiętam tylko, jak Andrij i ja wyszliśmy z wody. Ale trudno. Wstałam, była około 9-10. Podreptałam do kuchni, śniadanie zrobiłam w biegu. Czemu? Sama nie wiem. Zjadłam kanapke z dżemem i wypijłam kawę. Podeszłam do sztalugi i zaczęłam malować. Po 5, góra 6 godzinach skończyłam. Co mi wyszło? Portret Andrij'a. Czemu?! Miałam taką koncepcję. Chyba pozostał mi w głowie. Może i znamy się jedyne półtora dnia, ale jak go widzę...Ah, nie ważne. Na stoliku nocnym leżał mój IPhone 6S. Zawachałam się czy zadzwonić do chłopaka, po tym, co stało się w jeziorze w parku...To trudne. Ale w końcu wzięłam telefon i wybrałam numer.
- Halo. Hej Andrij.- Zaczęłam.
- Cześć...Maya- Odparł spokojnie.
- Nie jesteś...- Nie dokończyłam
- To nie pogawędka przez telefon. Jeżeli chcesz o tym pogadać to przyjdź do mnie o...18? Pasuje?- Wyjaśnił.
- No dobra No. To do zobaczenia.
Poszłam się przebrać w bardziej luksusowych strój. Nie to, że chcę się chwalić, ale po pierwsze, idę w goście, to wymaga stylu, a po drugie, byłam brudna farbą. Wzięłam portret i wyjechałam z apartamentu. Przy okazji podjechałam do myjni. Umyłam samochód i ruszyłam dalej. Na miejscu, zostawiłam auto pod blokiem i znalazłam mieszkanie Andrij'a. Zapukałam. W ręce trzymałam moje dzieło. Otworzył. Nie wyglądał na jakoś mega szczęśliwego.
- Hej?
- Cześć Mayu. Wejdź.
Podarowałam mu obraz.
- WOW! Ty to sama?- Zapytał z niedowierzaniem.
- Jasne. A co?- Odparłam uśmiechnięta.
- Szcun na mieście. Masz talent- Powiedział i puścił mi oko.
Obraz odstawił w kąt. Bodajże, by się nie przewrócił.
- Usiądź na kanapie. Napijesz się czegoś? Soczku, Kawy, Herbaty, Wina?- Zaproponował.
- Poproszę Herbatę.- Uprzejmie oznajmiłam.
Po kilku minutach Andrij był już ze mną.
- I...Co?- Próbowałam zacząć rozmowę. Była niepokojąca cisza. To było troszkę krępujące.
- No, nic ciekawego.- Wiedział, że nic z tego nie wyniknie.
- Co o mnie sądzisz?- Zapytałam niepewnie.
Interesowało mnie BARDZO jego zdanie. Ale czemu? Bo tylko jego znałam i nie chciałam tej przyjaźni Spierdolić do reszty.
- No...Jesteś Okej...
- A...Wiem...Że...Znam...Cię...Tylko...Dwa dni...Ale...- Zaczęłam.
- Co?- Rozpromienił się Andrij. Chyba domyślał się o co chodzi.
- I...Że chłopak to mówi, ale...Kocham cię.- Wyszeptałam Tak cicho, że nawet człowiek który ma mega dobry słuch tego by nie usłyszał.
- Co? Powtórzysz, ale głośniej.- Poprosił.
- Kocham cię.
- To żart, czy prawda?- Zapytał zamotany.
- Prawda...- Wyznałam. Ruszyłam do wyjścia ale Andrij mnie zatrzymał.
<Andrij?>
Czcionkę poprawię z kompa, jestem w strefie kibica XD
Od Andrij'a c.d: Mai
Sielankowy nastrój przerwała nagła burza. Czym prędzej wyszliśmy z wody i powoli udaliśmy się w stronę samochodu. Deszcz nie robił już nam różnicy i tak byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Po dłuższej wędrówce w milczeniu i błocie (tak, ścieżka zamieniła się w błotne bajorko) znaleźliśmy się przed jej samochodem. Widziałem po Mai, że ledwo tutaj doszła. Jest zmęczona - stwierdziłem. Kazałem jej usiąść jako pasażer i, o dziwo zgodziła się. Szkoda, że tak z cztery godziny wcześniej nie była taka ugodowa. Sam zaś usiadłem za kierowcą. Dostałem kluczyki i odpaliłem maszynę. Jednak ta "maszyna" nie chciała zapalić. Kurwa co jest? - pomyślałem. Sprawdziłem stan paliwa - było git. Hmm... Mechanikiem to ja nie jestem...
Dobra Andrij bez przypału. Pokaż, że potrafisz - dodawałem sobie otuchy, mimo mojego zmęczenia spowodowanego dniem dzisiejszym. Energicznie wysiadłem z samochodu i usłyszałem tylko wielkie plasknięcie. Kurwa. To była wielka kałuża i tak, właśnie w niej stałem. Ciężkimi krokami próbowałem wywlec się z tego małego bajorka. Było trudno, lecz po paru chwilach udało mi się przedostać na tył samochodu. Postanowiłem wypchać automobila z tego "potopu". Kto do diaska parkuje w dziurach? Pogoda też mnie nie wspierała i jeszcze ten pocałunek z Mayą? Co mam o tym sądzić? Znamy się zaledwie ponad dobę...Minęło może dziesięć lub piętnaście minut zanim udało mi się skończyć moją misję. Gdy wsiadałem do samochodu zobaczyłem, że Em już śpi. Bez zbędnej gadki, której i tak nie chciało mi się już prowadzić ruszyliśmy w stronę jej mieszkania. Po chwili znaleźliśmy się na miejscu. Wysiadłem z auta i wziąłem ją na ręce. Zamknąłem samochód i zaniosłem moją podopieczną na górę. Położyłem ją do łóżka, zabrałem zapasowe kluczowe i napisałem jej karteczkę. Na palcach opuściłem jej apartament i udałem się na dół.
Byłem już w mniej więcej połowie drogi do domu, gdy moim oczom ukazał się pub dla studenciaków. No i elegancko - pomyślałem. Chociaż, czekaj. Bez rozgrzewki nie da rady. Skoczyłem na jednej nodze do pobliskiego monopolowego po setę, którą obaliłem niemal tak szybko jak ją kupiłem. Jestem gotowy - stwierdziłem. Wszedłem do środka i moim ślepiom ukazała się banda cwaniaczków, którzy przed pannami próbują zgrywać kozaków, a zależy im tylko na jednym. Było pełno dziewczyn "w sam raz na raz". Podszedłem do baru i poprosiłem o litr czystej. Moją uwagę przykuła młoda dziewoja, chyba studentka. Oddaliłem się do pobliskiego stolika i zacząłem ją obserwować. Barman od samego początku mi się nie podobał. Zresztą jak zobaczyłem jak robi jej drinka 90-10 to wiedziałem, że nie ma czystych zamiarów. Takie drinki to się robi tylko i wyłącznie dla weteranów tego rodzaju afrodyzjaku, a nie dla pań, które bez obrazy ale wyglądają na amatorki. Zapaliłem szluczga i popijałem go dzielnie szklankami wódki. Była pijana, w sumie to nie pijana a napierdolona w trzy trupy. Po dłuższej chwili dziewczyna o własnych siłach próbowała wstać, co przyszło jej z wielkim trudem. Chciałem pomóc ale bałem się, że dostanę w ryj od jej chłopaka. Czekaj. Ja w ryj przy tych leszczach? Pff... Ja to bym wyjaśnił ich wszystkich na pyrkę. Mimo to jako bohater drugoplanowy przyglądałem się całej sytuacji. Barman ze swego rodzaju nienawiścią i pożądaniem spojrzał się w jej stronę. Oho! Trzeba zareagować - stwierdziłem. Studentka ruszyła się chwiejnym krokiem do wyjścia. Podszedłem do naszego towarzysza "upijacza" i gestem pokazałem, żeby się schylił. Naiwny. Zrobił to bardzo zgrabnie a przede wszystkim szybko. Tym samym mu się odwdzięczyłem. Jednak nie, nie schyliłem się a sprzedałem mu soczystego prawego sierpowego. Mężczyzna był tak zaskoczony i otumaniony, że obrócił się wokół własnej osi i zębami wylądował na szklanych półkach, które rozwalił. Przy okazji niszcząc butelki z zawartością tylu dobrych trunków. Cały klub zamarł. Niewzruszony ruszyłem do wyjścia. Po drodze zaczepiłem jakiegoś młodziaka o fajkę. Musiał być ostro zdesperowany, ponieważ oddał mi całą paczkę.
- Dziękuję bardzo hojny chłopcze. Jak ci na imię? - zapytałem.
- P... Ppp... Pablo...
- Takie ładne imię i taki mądry chłopak, a w takim towarzystwie?
Po czym sprzedałem mu podbródkowego i opuściłem lokal. Cały czas byłem mokry. Dziewczyny już nie było, a szkoda. Czas wracać do domu. Zamówiłem taxi i po chwili byłem w domu. Grzecznie się rozebrałem i poszedłem spać.
To był ciężki dzień...
<Maya ?>
Dobra Andrij bez przypału. Pokaż, że potrafisz - dodawałem sobie otuchy, mimo mojego zmęczenia spowodowanego dniem dzisiejszym. Energicznie wysiadłem z samochodu i usłyszałem tylko wielkie plasknięcie. Kurwa. To była wielka kałuża i tak, właśnie w niej stałem. Ciężkimi krokami próbowałem wywlec się z tego małego bajorka. Było trudno, lecz po paru chwilach udało mi się przedostać na tył samochodu. Postanowiłem wypchać automobila z tego "potopu". Kto do diaska parkuje w dziurach? Pogoda też mnie nie wspierała i jeszcze ten pocałunek z Mayą? Co mam o tym sądzić? Znamy się zaledwie ponad dobę...Minęło może dziesięć lub piętnaście minut zanim udało mi się skończyć moją misję. Gdy wsiadałem do samochodu zobaczyłem, że Em już śpi. Bez zbędnej gadki, której i tak nie chciało mi się już prowadzić ruszyliśmy w stronę jej mieszkania. Po chwili znaleźliśmy się na miejscu. Wysiadłem z auta i wziąłem ją na ręce. Zamknąłem samochód i zaniosłem moją podopieczną na górę. Położyłem ją do łóżka, zabrałem zapasowe kluczowe i napisałem jej karteczkę. Na palcach opuściłem jej apartament i udałem się na dół.
***
Byłem już w mniej więcej połowie drogi do domu, gdy moim oczom ukazał się pub dla studenciaków. No i elegancko - pomyślałem. Chociaż, czekaj. Bez rozgrzewki nie da rady. Skoczyłem na jednej nodze do pobliskiego monopolowego po setę, którą obaliłem niemal tak szybko jak ją kupiłem. Jestem gotowy - stwierdziłem. Wszedłem do środka i moim ślepiom ukazała się banda cwaniaczków, którzy przed pannami próbują zgrywać kozaków, a zależy im tylko na jednym. Było pełno dziewczyn "w sam raz na raz". Podszedłem do baru i poprosiłem o litr czystej. Moją uwagę przykuła młoda dziewoja, chyba studentka. Oddaliłem się do pobliskiego stolika i zacząłem ją obserwować. Barman od samego początku mi się nie podobał. Zresztą jak zobaczyłem jak robi jej drinka 90-10 to wiedziałem, że nie ma czystych zamiarów. Takie drinki to się robi tylko i wyłącznie dla weteranów tego rodzaju afrodyzjaku, a nie dla pań, które bez obrazy ale wyglądają na amatorki. Zapaliłem szluczga i popijałem go dzielnie szklankami wódki. Była pijana, w sumie to nie pijana a napierdolona w trzy trupy. Po dłuższej chwili dziewczyna o własnych siłach próbowała wstać, co przyszło jej z wielkim trudem. Chciałem pomóc ale bałem się, że dostanę w ryj od jej chłopaka. Czekaj. Ja w ryj przy tych leszczach? Pff... Ja to bym wyjaśnił ich wszystkich na pyrkę. Mimo to jako bohater drugoplanowy przyglądałem się całej sytuacji. Barman ze swego rodzaju nienawiścią i pożądaniem spojrzał się w jej stronę. Oho! Trzeba zareagować - stwierdziłem. Studentka ruszyła się chwiejnym krokiem do wyjścia. Podszedłem do naszego towarzysza "upijacza" i gestem pokazałem, żeby się schylił. Naiwny. Zrobił to bardzo zgrabnie a przede wszystkim szybko. Tym samym mu się odwdzięczyłem. Jednak nie, nie schyliłem się a sprzedałem mu soczystego prawego sierpowego. Mężczyzna był tak zaskoczony i otumaniony, że obrócił się wokół własnej osi i zębami wylądował na szklanych półkach, które rozwalił. Przy okazji niszcząc butelki z zawartością tylu dobrych trunków. Cały klub zamarł. Niewzruszony ruszyłem do wyjścia. Po drodze zaczepiłem jakiegoś młodziaka o fajkę. Musiał być ostro zdesperowany, ponieważ oddał mi całą paczkę.
- Dziękuję bardzo hojny chłopcze. Jak ci na imię? - zapytałem.
- P... Ppp... Pablo...
- Takie ładne imię i taki mądry chłopak, a w takim towarzystwie?
Po czym sprzedałem mu podbródkowego i opuściłem lokal. Cały czas byłem mokry. Dziewczyny już nie było, a szkoda. Czas wracać do domu. Zamówiłem taxi i po chwili byłem w domu. Grzecznie się rozebrałem i poszedłem spać.
To był ciężki dzień...
<Maya ?>
Od Mai CD Andrij
Spojrzałam na chłopaka z pytającym wzrokiem . Ten się zaśmiał i po chwili dodał:
- Jesteś słodka.
- Co proszę?
- Nic, fajnie wyglądasz.- Zawstydził się.
- Okaaaay. No to może chodźmy...Do mnie?- Zaproponowałam.
- Nie, za ładna pogoda. Pospacerujemy po parku, spk? - Odparł.
Ruszyliśmy w kierunku skwerku . Wieczorem był pięknie oświetlony. Szliśmy tak i szliśmy. Nagle przez przypadek dotchnęłam ręki Andrija. Zarumieniłam się i szybko cofnęłam dłoń. Ten uśmiechnął się i pociągnął mnie w stronę jeziora. Skoczył na bombę. Wołał mnie alr nie chciałam podejść. W końcu podpłynął i wrzucił mnie do wody. Chwilę biłam się z nim dla zabawy. NAGLE kopnął mnie, znaczy, przeważył. Aż poleciałam na niego. To wyglądało jakbyśmy się całowali. A pod wodą właśbie tak było. W końcu wynurzyliśmy się a ja przytuliłam Andrija. To była cudowna chwila.
Andrij?
- Jesteś słodka.
- Co proszę?
- Nic, fajnie wyglądasz.- Zawstydził się.
- Okaaaay. No to może chodźmy...Do mnie?- Zaproponowałam.
- Nie, za ładna pogoda. Pospacerujemy po parku, spk? - Odparł.
Ruszyliśmy w kierunku skwerku . Wieczorem był pięknie oświetlony. Szliśmy tak i szliśmy. Nagle przez przypadek dotchnęłam ręki Andrija. Zarumieniłam się i szybko cofnęłam dłoń. Ten uśmiechnął się i pociągnął mnie w stronę jeziora. Skoczył na bombę. Wołał mnie alr nie chciałam podejść. W końcu podpłynął i wrzucił mnie do wody. Chwilę biłam się z nim dla zabawy. NAGLE kopnął mnie, znaczy, przeważył. Aż poleciałam na niego. To wyglądało jakbyśmy się całowali. A pod wodą właśbie tak było. W końcu wynurzyliśmy się a ja przytuliłam Andrija. To była cudowna chwila.
Andrij?
środa, 15 czerwca 2016
Od Andrij'a c.d: Mai
Istne Déjà vu - pomyślałem. Normalnie jak bym już coś takiego przeżył. Czekaj. Wróć. W sumie to przeżyłem, dokładnie wczoraj. Znowu czułem się zestresowany. Chciałem odruchowo sięgnąć po papierosa. Jednak szybko się ocknąłem. Może nie toleruje palaczy? Kurwa. Tym razem musi się obyć bez fajki. Cóż, muszę jakoś wytrzymać.
- Właściwie to nie - odpowiedziałem na jej pytanie - A Ty?
- Ja też...
Okej, czyli jest wolna. Na razie. Jak się nie wezmę do roboty to zaraz będzie zajęta. W sumie to nawet mi się podoba.
- Nie chciałabyś zjeść ze mną obiadu? - zapytałem - Znam dobrą knajpkę niedaleko. Serwują tam pysznego kurczaka. Oczywiście ja stawiam.
- W sumie to mogę. Ale każdy płaci za siebie.
- O nie, moja droga. Ja płace...
Moja droga? Co też mi przyszło do głowy. Nawet nie jesteśmy parą. Znowu musiałem palnąć coś głupiego. Spojrzałem się na May'e w poszukiwaniu jakiegokolwiek przebaczenia. Jednak gdy się przyjrzałem dziewczyna nie zwróciła uwagi lub nie dawała poznać po sobie, że jej się to nie spodobało. A może spodobało? Pal licho. Raz się żyje najwyżej się ze mną już nie umówi.
Ruszyliśmy w stronę knajpki poruszając normalne tematy, pokroju: co słychać, co tam w wiadomościach, jaka pogoda będzie na weekend etc.
Gdy znaleźliśmy się na miejscu otworzyłem jej drzwi i odsunąłem krzesło. Taki ze mnie kulturalny chłop. Kelner podał nam kartę i powiedział, że zaraz przyjdzie po zamówienie.
- Co chciałabyś zjeść? - spytałem.
- W sumie... To nie wiem... A Ty?
Wiedziałem, że tak będzie. No po prostu wiedziałem. Mogłem się nawet z kimś o to założyć. Tutaj pojawia się problem. Jem za trzech. Mam zamówić coś skromnego i potem jak się rozstaniemy podjechać na jakaś stację po parę hot-dog'ów? Czy zjeść jak król i nie przejmować się konsekwencjami. Wyśrodkowałem. Stwierdziłem, że zamówię taką średnią porcję ostrego kurczaka. Po chwili namysłu zjawił się kelner i zapytał czy może przyjąć zamówienie. Odparłem, że tak.
- W takim razie co dla państwa?
Ha. Na pana to trzeba mieć wygląd i pieniądze. Wygląd? Może jest, gorzej z pieniędzmi. Od pierwszego do pierwszego jakoś daję radę.
- Kurczaka w sosie ostrym z porcją ryżu i zestaw surówek do tego.
- Dobrze. A dla pani?
- Em.. To samo.
- Coś do picia?
Odpowiedziałbym, że wódkę ale do mięsa?
- Dwie cole poproszę.
- To wszystko?
- Tak, dziekuję.
Kelner odszedł w stronę kuchni, by złożyć nasze zamówienie. Zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie i takich tam rzeczach. O przeszłości, o starych dziejach itp. Nawet nie zorientowałem się kiedy przyniesiono nam nasze dania. Rozmowa z May'ą była wspaniała. Układa się do kupy. Może mam u niej szanse? Tego nie wiem. Swoją porcję zjadłem bardzo szybko. Niemal tak szybko jak jestem w stanie obalić litrowy afrodyzjak potocznie zwany wódką. Pod pretekstem wyjścia do toalety skoczyłem na szybkiego szluga i po różę, ot taki ze mnie romantyk. Wróciłem po paru chwilach i wręczyłem jej kwiatka. Była zdumiona. Kolejne minuty upływały mi na siorpaniu coca-coli a moja kompanka próbowała uporać się z kurczakiem. Widząc jej niemoc spowodowaną najprawdopodobniej ostrością potrawy zaproponowałem swoją pomoc. Na trzy własne kęsy, jednym karmiłem ją. W ten sposób poszło znacznie szybciej. Nim się spojrzałem była już 17. Poprosiłem kelnera o rachunek. W tym czasie wróciliśmy do naszej rozmowy. Dowiedziałem się, że pochodzi z Włoch a dokładnie z Mediolanu, jej ojciec Adrian jest malarzem i sama dużo maluje itd. Dostaliśmy rachunek i wymieniłem wzrok z moją "podopieczną", która szykowała się do złapania rachunku. Byłem szybszy.
- Każdy płaci po połowie! - nalegała.
- O niee! Dzisiaj płacę ja. Bo zacznę krzyczeć! - zagroziłem.
Uśmiechnęła się bardzo serdecznie i nawet można powiedzieć, że zaczęła się cichutko śmiać. Zapłaciłem i zostawiłem dosyć solidny napiwek naszemu kelnerowi. Wyszliśmy przed knajpkę.
- Co teraz? - zapytałem
<Maya? >
- Właściwie to nie - odpowiedziałem na jej pytanie - A Ty?
- Ja też...
Okej, czyli jest wolna. Na razie. Jak się nie wezmę do roboty to zaraz będzie zajęta. W sumie to nawet mi się podoba.
- Nie chciałabyś zjeść ze mną obiadu? - zapytałem - Znam dobrą knajpkę niedaleko. Serwują tam pysznego kurczaka. Oczywiście ja stawiam.
- W sumie to mogę. Ale każdy płaci za siebie.
- O nie, moja droga. Ja płace...
Moja droga? Co też mi przyszło do głowy. Nawet nie jesteśmy parą. Znowu musiałem palnąć coś głupiego. Spojrzałem się na May'e w poszukiwaniu jakiegokolwiek przebaczenia. Jednak gdy się przyjrzałem dziewczyna nie zwróciła uwagi lub nie dawała poznać po sobie, że jej się to nie spodobało. A może spodobało? Pal licho. Raz się żyje najwyżej się ze mną już nie umówi.
Ruszyliśmy w stronę knajpki poruszając normalne tematy, pokroju: co słychać, co tam w wiadomościach, jaka pogoda będzie na weekend etc.
Gdy znaleźliśmy się na miejscu otworzyłem jej drzwi i odsunąłem krzesło. Taki ze mnie kulturalny chłop. Kelner podał nam kartę i powiedział, że zaraz przyjdzie po zamówienie.
- Co chciałabyś zjeść? - spytałem.
- W sumie... To nie wiem... A Ty?
Wiedziałem, że tak będzie. No po prostu wiedziałem. Mogłem się nawet z kimś o to założyć. Tutaj pojawia się problem. Jem za trzech. Mam zamówić coś skromnego i potem jak się rozstaniemy podjechać na jakaś stację po parę hot-dog'ów? Czy zjeść jak król i nie przejmować się konsekwencjami. Wyśrodkowałem. Stwierdziłem, że zamówię taką średnią porcję ostrego kurczaka. Po chwili namysłu zjawił się kelner i zapytał czy może przyjąć zamówienie. Odparłem, że tak.
- W takim razie co dla państwa?
Ha. Na pana to trzeba mieć wygląd i pieniądze. Wygląd? Może jest, gorzej z pieniędzmi. Od pierwszego do pierwszego jakoś daję radę.
- Kurczaka w sosie ostrym z porcją ryżu i zestaw surówek do tego.
- Dobrze. A dla pani?
- Em.. To samo.
- Coś do picia?
Odpowiedziałbym, że wódkę ale do mięsa?
- Dwie cole poproszę.
- To wszystko?
- Tak, dziekuję.
Kelner odszedł w stronę kuchni, by złożyć nasze zamówienie. Zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie i takich tam rzeczach. O przeszłości, o starych dziejach itp. Nawet nie zorientowałem się kiedy przyniesiono nam nasze dania. Rozmowa z May'ą była wspaniała. Układa się do kupy. Może mam u niej szanse? Tego nie wiem. Swoją porcję zjadłem bardzo szybko. Niemal tak szybko jak jestem w stanie obalić litrowy afrodyzjak potocznie zwany wódką. Pod pretekstem wyjścia do toalety skoczyłem na szybkiego szluga i po różę, ot taki ze mnie romantyk. Wróciłem po paru chwilach i wręczyłem jej kwiatka. Była zdumiona. Kolejne minuty upływały mi na siorpaniu coca-coli a moja kompanka próbowała uporać się z kurczakiem. Widząc jej niemoc spowodowaną najprawdopodobniej ostrością potrawy zaproponowałem swoją pomoc. Na trzy własne kęsy, jednym karmiłem ją. W ten sposób poszło znacznie szybciej. Nim się spojrzałem była już 17. Poprosiłem kelnera o rachunek. W tym czasie wróciliśmy do naszej rozmowy. Dowiedziałem się, że pochodzi z Włoch a dokładnie z Mediolanu, jej ojciec Adrian jest malarzem i sama dużo maluje itd. Dostaliśmy rachunek i wymieniłem wzrok z moją "podopieczną", która szykowała się do złapania rachunku. Byłem szybszy.
- Każdy płaci po połowie! - nalegała.
- O niee! Dzisiaj płacę ja. Bo zacznę krzyczeć! - zagroziłem.
Uśmiechnęła się bardzo serdecznie i nawet można powiedzieć, że zaczęła się cichutko śmiać. Zapłaciłem i zostawiłem dosyć solidny napiwek naszemu kelnerowi. Wyszliśmy przed knajpkę.
- Co teraz? - zapytałem
<Maya? >
Od Mai cd Andrij
- Jak zwykle. MUSIAŁAM to spieprzyć. - Powiedziałam sama do siebie.
W ręku trzymałam karteczkę z jego numerem. Byłam nieuprzejma. WIEDZIAŁAM. Było późno, poszłam spać.
~7 godziny później ~
Obudził mnie pisk telefonu.
- CZEGO?!
Zobaczyłam...SMS od Andrij'a. (TAK, miałam zapisany jego numer)
Spotkajmy się dzisiaj w parku na ulicy Starling. O...15:00? Pasuje?
Odpisałm mu, że chętnie. Zrobiłam sobie śniadanie. Byłam tak zaspana, że weszłam do toalety i na gąbkę wlałam mydlo i płyn. Miałam to już jeść ale ocknęłam się. Uczłowieczyłam się i ogarnęłam mieszkanie. Była 14:30. Weszłam do auta i ruszyłam w umówione miejsce. Zobaczyłam Andrij'a.
- Cześć. Sorki za wczoraj . Rozumiem, jesteś z Rosji. Ale jak każdy, jesteś człowiekiem. I, że jestem z Ameryki, nie znaczy, że jak większość jestem głupia, wredna i gryzę.- Uśmiechnęłam się.
- Serio? Nie odsuniesz się odemnie? Nie boisz się?- Zapytał chłopak.
- Bać? Co ty!- Odparłam- A wgl, masz kogoś? Nie to, że jakoś specjalnie mnie to interesuje...
<ANDRIJ?>
W ręku trzymałam karteczkę z jego numerem. Byłam nieuprzejma. WIEDZIAŁAM. Było późno, poszłam spać.
~7 godziny później ~
Obudził mnie pisk telefonu.
- CZEGO?!
Zobaczyłam...SMS od Andrij'a. (TAK, miałam zapisany jego numer)
Spotkajmy się dzisiaj w parku na ulicy Starling. O...15:00? Pasuje?
Odpisałm mu, że chętnie. Zrobiłam sobie śniadanie. Byłam tak zaspana, że weszłam do toalety i na gąbkę wlałam mydlo i płyn. Miałam to już jeść ale ocknęłam się. Uczłowieczyłam się i ogarnęłam mieszkanie. Była 14:30. Weszłam do auta i ruszyłam w umówione miejsce. Zobaczyłam Andrij'a.
- Cześć. Sorki za wczoraj . Rozumiem, jesteś z Rosji. Ale jak każdy, jesteś człowiekiem. I, że jestem z Ameryki, nie znaczy, że jak większość jestem głupia, wredna i gryzę.- Uśmiechnęłam się.
- Serio? Nie odsuniesz się odemnie? Nie boisz się?- Zapytał chłopak.
- Bać? Co ty!- Odparłam- A wgl, masz kogoś? Nie to, że jakoś specjalnie mnie to interesuje...
<ANDRIJ?>
wtorek, 14 czerwca 2016
Od Andrij'a c.d: Mai
Bez wahania zgodziłem się na jej propozycje. Gdy wchodziliśmy do jej mieszkania błagałem w głębi duszy abym niczego głupiego nie zrobił.
Po przekroczeniu progu, moje włosy stanęły dęba.
Matko Boska - pomyślałem. Toż to apartament! Był pięknie przystrojony i wyglądał majestatycznie. Moja kawalerka się przy tym chowa.
Jednak szybko otrzeźwiałem, ponieważ jakieś małe coś zagrodziło moją drogę. Tym "czymś" okazał się uroczy i pociesznym piesek.
- Jak się wabi? - zapytałem.
- Sofia - odparła.
Schyliłem się i podrapałem go po pysku, na co sunia odpowiedziała radosnym szczeknięciem. Staliśmy chwilę w milczeniu. Próbowałem coś z siebie wykrzesać i wydukać coś sensownego, lecz nie mogłem.Zero, kompletny brak pomysłu. Andrij weź się w garść - dodałem sobie otuchy, jednak ta nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.
- Eee... - zacząłem nieswojo - jestem... Andrij. Andrij Jebievdenko...
- Jebie w denko...? - zapytała ewidentnie rozbawiona. Cholernie miłe, nie powiem. Następnie na jej twarzy zaczęło się malować coś na kształt rezerwy. Było to zapewne spowodowane tym, że jej głowie zrodziła się wątpliwość z jakiego u licha zadupia pochodzę i czy zaraz jej tu nie zgwałcę. Czułem, że zaraz każe mi wyjść. No bo kto normalny ma takie nazwisko?
- Miło mi. Maya Miller - odparła po chwili lekko zmieszanym głosem. -Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dziękuję. Prowadzę.
Boże Wasyl, ty idioto. To, że ktoś proponuje ci coś do picia, nie oznacza, że jest to alkohol.
- Chociaż... W sumie poproszę - wydukałem.
Ruszyła powoli w stronę kuchni.
-Skąd jesteś? - zapytała. Wiedziałem, że to pytanie pojawi się prędzej czy później. Nic nowego, nic co by mnie zdziwiło. Nie jesteś oryginalna maleńka.
- Z Rosji... - pobladła,a ja lekko się podłamałem. Teraz - o ile wie gdzie leży Rosja rzecz jasna nikomu nie ubliżając - to na bank weźmie mnie za jakiegoś bandytę czy innego terrorysta. Już, już miałem zapytać skąd ona pochodzi gdyż na rodowitą Amerykankę mi ona nie wygląda ale sobie darowałem...No bo co dalej? Będzie spokojnie siorpać herbatę w moim towarzystwie? Nie dosyć, że takie nazwisko to jeszcze z Rosji? Dajcie spokój. Byłem bardzo zawiedziony jej, a może właściwie swoją postawą i nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Zostawiłem jej karteczkę z numerem na stole i wyszedłem bez słowa.Tak będzie lepiej. Szybko zbiegłem na dół i wskoczyłem do samochodu. Jasna cholera, nie mam zielonego pojęcia co do kurwy nędzy stało się z moją zajebistą gadką na podryw.
< Maya? >
Po przekroczeniu progu, moje włosy stanęły dęba.
Matko Boska - pomyślałem. Toż to apartament! Był pięknie przystrojony i wyglądał majestatycznie. Moja kawalerka się przy tym chowa.
Jednak szybko otrzeźwiałem, ponieważ jakieś małe coś zagrodziło moją drogę. Tym "czymś" okazał się uroczy i pociesznym piesek.
- Jak się wabi? - zapytałem.
- Sofia - odparła.
Schyliłem się i podrapałem go po pysku, na co sunia odpowiedziała radosnym szczeknięciem. Staliśmy chwilę w milczeniu. Próbowałem coś z siebie wykrzesać i wydukać coś sensownego, lecz nie mogłem.Zero, kompletny brak pomysłu. Andrij weź się w garść - dodałem sobie otuchy, jednak ta nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.
- Eee... - zacząłem nieswojo - jestem... Andrij. Andrij Jebievdenko...
- Jebie w denko...? - zapytała ewidentnie rozbawiona. Cholernie miłe, nie powiem. Następnie na jej twarzy zaczęło się malować coś na kształt rezerwy. Było to zapewne spowodowane tym, że jej głowie zrodziła się wątpliwość z jakiego u licha zadupia pochodzę i czy zaraz jej tu nie zgwałcę. Czułem, że zaraz każe mi wyjść. No bo kto normalny ma takie nazwisko?
- Miło mi. Maya Miller - odparła po chwili lekko zmieszanym głosem. -Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dziękuję. Prowadzę.
Boże Wasyl, ty idioto. To, że ktoś proponuje ci coś do picia, nie oznacza, że jest to alkohol.
- Chociaż... W sumie poproszę - wydukałem.
Ruszyła powoli w stronę kuchni.
-Skąd jesteś? - zapytała. Wiedziałem, że to pytanie pojawi się prędzej czy później. Nic nowego, nic co by mnie zdziwiło. Nie jesteś oryginalna maleńka.
- Z Rosji... - pobladła,a ja lekko się podłamałem. Teraz - o ile wie gdzie leży Rosja rzecz jasna nikomu nie ubliżając - to na bank weźmie mnie za jakiegoś bandytę czy innego terrorysta. Już, już miałem zapytać skąd ona pochodzi gdyż na rodowitą Amerykankę mi ona nie wygląda ale sobie darowałem...No bo co dalej? Będzie spokojnie siorpać herbatę w moim towarzystwie? Nie dosyć, że takie nazwisko to jeszcze z Rosji? Dajcie spokój. Byłem bardzo zawiedziony jej, a może właściwie swoją postawą i nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Zostawiłem jej karteczkę z numerem na stole i wyszedłem bez słowa.Tak będzie lepiej. Szybko zbiegłem na dół i wskoczyłem do samochodu. Jasna cholera, nie mam zielonego pojęcia co do kurwy nędzy stało się z moją zajebistą gadką na podryw.
< Maya? >
Od Savannah CD Christopher'a
Spojrzałam na Chrisa z lekkim zdenerwowaniem. Jego spojrzenie przechodziło przeze mnie na wylot.
-A więc jaka jest pani decyzja?-spytał po chwili.
-Z chęcią podejmę się pracy na stanowisku pańskiej asystenki-odparłam, dotykając dłonią karku. Chris uśmiechnął się szeroko.
-Znakomicie. Proszę, oto umowa-podał mi zadrukowaną kartkę papieru. Wzięłam ją i zaczęłam czytać. Zawsze czytam wszystkie umowy itp. Kiedy skończyłam, sięgnęłam do torebki po długopis, ale Chris podał mi swój. Metalowo-skórzany, elegancki, idealnie wyważony. Podziękowałam skinieniem głowy i bez wachania podpisałam w wyznaczonym miejscu.
-Wspaniale-oznajmił mój, od teraz, przełożony.-A więc, tak jak było napisane w umowie, zaczyna pani pracę odrazu. Proszę za mną, wszystko pani objaśnię.
***
Po krótkim wprowadzeniu co do zakresu moich obowiązków otrzymałam służbowy laptop i telefon oraz odpowiedni zestaw akcesoriów. Same nowinki technologiczne, wszystko wyglądało jakby było dopiero co przywiezione ze sklepu. Ja sama nigdy bym sobie czegoś takiego nie kupiła. Będę musiała strasznie na nie uważać, bo jeśli cokolwiek stanie się z tymi cacuszkami, to nie wypłacę się do końca życia.
-Oczekuję od pani dyspozycyjności i byłoby wspaniale, gdyby mogłaby pani pracować poza normalnymi godzinami pracy. Chodzi mi o spotkania z partnerami naszej firmy, szkolenia, delegacje... Oczywiście, wszystko to będzie dodatkowo płatne-ułożył palce w piramidkę i wbił we mnie wzrok.-Będzie musiała pani wypełniać wszystkie moje polecenia-oznajmił. Spojrzałam mu w oczy i przez moment wydało mi się, że zobaczyłam w nich jakiś dziwny błysk. Chris uśmiechnął się półgębkiem.-Polecenia służbowe, oczywiście. A teraz...-przerwało mu wejście poważnego mężczyzny w średnim wieku. Mężczyzna ten miał na sobie garnitur, którego uszycie kosztowało zapewne parę tysięcy. Moje podejrzenia sprawdziły się, kiedy zobaczyłam przyszytą nad kieszenią tak zwaną snobkę z logo projektanta. Jednakowoż, garnitur Chrisa nie był wcale gorszy. A ja siedzę tutaj w ubraniach z tanich sieciówek...
Mój przełożony wstał zza biurka, zapiął marynarkę i we władczej pozie oparł się o blat.
-Jones. Musimy porozmawiać-oznajmił mężczyzna, który wpadł do gabinetu. Spojrzał się na mnie, jakby dopiero co mnie zobaczył.-A to kto?
-Moja asystentka-odparł Christopher, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.-Pani Katrick, przepraszam na chwilę...
Skinęłam głową, wstałam i wyszłam z gabinetu. Usiadłam na krzesełku w korytarzu i grzecznie czekałam.
Postanowiłam przyznać się sama przed sobą, co właściwie wczoraj we mnie wstąpiło, bo jedno wiedziałam, decyzję o pracy podjęłam pod wpływem impulsu. To znaczy, wcześniej troszkę się nad tym zastanawiałam, jednak nie myślałam, że powiem to Chrisowi tak szybko. Czasami powinnam bardziej pilnować się o czym mówię, ale teraz... Teraz nie żałowałam. Cieszyłam się, że dostałam tą posadę. No i cóż. Cieszyłam się także, że będę przy Chrisie. Nie czułam się już przy nim obco, a nawet stał mi się w jakiś sposób bliski. Chyba nie mogę mówić o czymkolwiek większym, ale jednak budził we mnie zdecydowanie dobre uczucia, a i ucisk w brzuchu, którego doznaję przy kontaktach z ludźmi, w jego przypadku zmienił się w miłe smyranie. Kurcze, czy to te słynne motylki?
Był cholernie przystojny, do tego inteligentny, wygadany... Hmmm. Chciałabym, żeby on też coś do mnie czuł. Ale nie, nie ma się co łudzić, to nie moja liga.
Drzwi obok mnie otworzyły się z rozpędem.
-Ufam ci, Jones. Nie zepsuj tego.
-A czy kiedykolwiek zaszkodziłem tej firmie?-spytał Chris wychodząc na korytarz. Spojrzał na mnie.
-O co chodziło?-spytałam cicho.
-Och, nic wielkiego. Dzisiaj wieczorem mam spotkanie biznesowe z partnerami z Niemiec. Liczę na pani obecność.
Skinęłam głową, a Christopher spojrzał na zegarek.
-Już dziesiąta... Zapraszam więc panią na lunch oraz na kawę. Chodźmy.
Chris? ;3
-A więc jaka jest pani decyzja?-spytał po chwili.
-Z chęcią podejmę się pracy na stanowisku pańskiej asystenki-odparłam, dotykając dłonią karku. Chris uśmiechnął się szeroko.
-Znakomicie. Proszę, oto umowa-podał mi zadrukowaną kartkę papieru. Wzięłam ją i zaczęłam czytać. Zawsze czytam wszystkie umowy itp. Kiedy skończyłam, sięgnęłam do torebki po długopis, ale Chris podał mi swój. Metalowo-skórzany, elegancki, idealnie wyważony. Podziękowałam skinieniem głowy i bez wachania podpisałam w wyznaczonym miejscu.
-Wspaniale-oznajmił mój, od teraz, przełożony.-A więc, tak jak było napisane w umowie, zaczyna pani pracę odrazu. Proszę za mną, wszystko pani objaśnię.
***
Po krótkim wprowadzeniu co do zakresu moich obowiązków otrzymałam służbowy laptop i telefon oraz odpowiedni zestaw akcesoriów. Same nowinki technologiczne, wszystko wyglądało jakby było dopiero co przywiezione ze sklepu. Ja sama nigdy bym sobie czegoś takiego nie kupiła. Będę musiała strasznie na nie uważać, bo jeśli cokolwiek stanie się z tymi cacuszkami, to nie wypłacę się do końca życia.
-Oczekuję od pani dyspozycyjności i byłoby wspaniale, gdyby mogłaby pani pracować poza normalnymi godzinami pracy. Chodzi mi o spotkania z partnerami naszej firmy, szkolenia, delegacje... Oczywiście, wszystko to będzie dodatkowo płatne-ułożył palce w piramidkę i wbił we mnie wzrok.-Będzie musiała pani wypełniać wszystkie moje polecenia-oznajmił. Spojrzałam mu w oczy i przez moment wydało mi się, że zobaczyłam w nich jakiś dziwny błysk. Chris uśmiechnął się półgębkiem.-Polecenia służbowe, oczywiście. A teraz...-przerwało mu wejście poważnego mężczyzny w średnim wieku. Mężczyzna ten miał na sobie garnitur, którego uszycie kosztowało zapewne parę tysięcy. Moje podejrzenia sprawdziły się, kiedy zobaczyłam przyszytą nad kieszenią tak zwaną snobkę z logo projektanta. Jednakowoż, garnitur Chrisa nie był wcale gorszy. A ja siedzę tutaj w ubraniach z tanich sieciówek...
Mój przełożony wstał zza biurka, zapiął marynarkę i we władczej pozie oparł się o blat.
-Jones. Musimy porozmawiać-oznajmił mężczyzna, który wpadł do gabinetu. Spojrzał się na mnie, jakby dopiero co mnie zobaczył.-A to kto?
-Moja asystentka-odparł Christopher, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.-Pani Katrick, przepraszam na chwilę...
Skinęłam głową, wstałam i wyszłam z gabinetu. Usiadłam na krzesełku w korytarzu i grzecznie czekałam.
Postanowiłam przyznać się sama przed sobą, co właściwie wczoraj we mnie wstąpiło, bo jedno wiedziałam, decyzję o pracy podjęłam pod wpływem impulsu. To znaczy, wcześniej troszkę się nad tym zastanawiałam, jednak nie myślałam, że powiem to Chrisowi tak szybko. Czasami powinnam bardziej pilnować się o czym mówię, ale teraz... Teraz nie żałowałam. Cieszyłam się, że dostałam tą posadę. No i cóż. Cieszyłam się także, że będę przy Chrisie. Nie czułam się już przy nim obco, a nawet stał mi się w jakiś sposób bliski. Chyba nie mogę mówić o czymkolwiek większym, ale jednak budził we mnie zdecydowanie dobre uczucia, a i ucisk w brzuchu, którego doznaję przy kontaktach z ludźmi, w jego przypadku zmienił się w miłe smyranie. Kurcze, czy to te słynne motylki?
Był cholernie przystojny, do tego inteligentny, wygadany... Hmmm. Chciałabym, żeby on też coś do mnie czuł. Ale nie, nie ma się co łudzić, to nie moja liga.
Drzwi obok mnie otworzyły się z rozpędem.
-Ufam ci, Jones. Nie zepsuj tego.
-A czy kiedykolwiek zaszkodziłem tej firmie?-spytał Chris wychodząc na korytarz. Spojrzał na mnie.
-O co chodziło?-spytałam cicho.
-Och, nic wielkiego. Dzisiaj wieczorem mam spotkanie biznesowe z partnerami z Niemiec. Liczę na pani obecność.
Skinęłam głową, a Christopher spojrzał na zegarek.
-Już dziesiąta... Zapraszam więc panią na lunch oraz na kawę. Chodźmy.
Chris? ;3
poniedziałek, 13 czerwca 2016
Od Chris'a c.d: Sav
Trzy sprawy. Trzy kurwa sprawy.
Pierwsza, nie wiem jak działa na nią to miejsce, ale kupiłbym jej całą tą zapchloną stadninę aby wyglądała i zachowywała się tak swobodnie jak dziś. Choć i tak wiem, że nigdy na to nie przystanie... A szkoda bo te pieniądze, które bym na to miejsce wydał byłyby niczym w porównaniu z tym co dziś czułem i jak się dziś czułem.
Druga sprawa jej chichot i szczery, rozbrajający uśmiech są naprawdę nieziemską sprawa. Nie wiem czy sprawia to fakt, że jest to tak unikalne i niepowtarzalne doświadczenie czy ona po prostu robi to w inny, nietypowy sposób. Ponadto figlarna i wesolutka Sav to jest.
Trzecia, nie mam do cholery bladego pojęcia co wpłynęło na jej asertywność i chęć zmieny dotychczasowego życia, że zgodziła się na moją nieskromnie mówiąc zaiście wspaniałą propozycję. Choć robię to dla niej to wgłębi duszy jestem świadom, że po części też dla siebie abym miał pewność, że jest bezpieczna i godnie traktowana.
- To chyba najpiękniejszy dzień mojego życia - wymamrotałem beztrosko i z młodzieńczym wigorem. Tak jestem świadom tego, że często zachowuję się na wiele więcej lat niż mam ale trudno taki już jestem. Podsycony emocjonującą chwilą poderwałem Sav do góry na ręce lekko ją podrzucając. Była leciutka niemalże jak piórko. Następnie ją przytuliłem i w objęciach okręciłem się z nią kilka razy.
Na ziemię sprowadziły mnie oklaski i pogwizdywania ludzi. U licha do kurwy nędzy niech zajmą się sobą i szczerze miałem ochotę im to powiedzieć ale A nie wypada mi bo jestem tu na oficjalu i B te istoty są w jakimś stopniu bliskie Savannah .
Odstawiłem ją na ziemie kątem oka widząc jak pali buraka. Nie, nie, nie zaraz mi się zamknie. Ścisnąłem ją mocniej za rękę i nisko się ukłoniłem pociągając ją za sobą.
- Dziękujemy, te gromkie brawa były naprawdę wzruszające. Nie trzeba było. - rzuciłem teatralnie przejmującym głosem, jednak jedyną osobą która mogłaby się czegokolwiek domyślać była ta która w lekim szoku stała po mojej prawicy. Odwróciłem się ponownie do dziewczyny mając głeboko gdzieś całą resztę. Hmm... W sumie niech patrzą, niech wiedzą z kim będą mieli do czynienia jak coś jej zrobią.
- Od kiedy możesz zacząć?
- Jeszcze nie złożyłam wypowiedzenia.- wzruszyła przepraszająco ramionami.
- Cudownie. Mój prawnik się wszystkim zajmie! - klasnąłem entuzjastycznie w dłonie. Jej menegerka przeczyta takie wypowiedzenie o jakim jej się nawet nie śniło.
- Chris... Ale naprawdę...
- Nie ma w ogóle dyskusji. Zajmę się tym, karta pracy musi być poprawnie uzupełniona, ah z resztą Ty się niczym nie przejmuj. Jutro ustalimy wszystkie szczegóły. Zaczniesz od stażu i przy okazji wyrobisz sobie okres próbny. Hmmm... Nie wiem jeszcze na jakie stanowisko Cie przydzielić, ale to obgadamy również jutro.
- To było z góry przesądzone? Mówisz jakbyś miał to wszystko zaplanowane. - spojrzała na mnie skonsternowana.
- Nie lubię być nieprzygotowany. Więc istnieje pewne prawdopodobieństwo, że już co nieco planowałem. - prychnąłem jakby to była oczywista oczywistość. - A poza tym potrafię być niezwykle przekonujący. - wykonałem znaczący ruch brwiami i puściłem jej oczko. Oh... Maleńka gdybyś tylko wiedziała... Twoje wypowiedzenie czeka gotowe od dawna a umowy o prace w różnych wariantach również niecierpliwie oczekują na Twój podpis, ale na swoje szczęście nie wiesz...
- Jesteś niemożliwy.
- Ah, przestań. Dobra zabieram Cię stąd. Wracasz ze mną moim super, ekstra firmowym samochodem? - zapytałem z chłopięcą radością.
- Skoro proponujesz to z takim entuzjazmem to nie mogę Ci odmówić... Jak dziecku.
- Dziecku? - zapytałem i przechyliłem lekko głowę.
- Tak, jak dziecku.
- Skoro tak mówisz. Dobra to ja lece po Twoje rzeczy do wozu trenera.
Jak powiedziałem tak zrobiłem. Tylko, że nie był to jedyny cel mojej wizyty.
- Mam do pana sprawę nie cierpiąca zwłoki. - rzuciłem poważnie.
- Tak? Co się dzieje?
- Chciałbym kupić konia na którym jeździła Savannah. - nie ma co się pierdolić. Krótko, zwięźle i na temat.
- W sensie Enzo?
- Jeżeli tak ma na imię to tak.
- Niestety ten koń nie jest na sprzedaż. - westchnął ciężko. Proszę mi wierzyć... Za odpowiednią cene wszystko jest na sprzedaż nawet pańska matka.
- Jestem pewien, że spełnie pańskie wymagania cenowe. Jest to dla mnie ważne. Proszę się nie martwić nie ja go będę dosiadał.
- Ah... Uffff... Już się niepokoiłem. - ha, zabawne.
- Chce sprawić komuś.., mi ważnemu prezent. Będzie w dobrych rękach i prawdopodobnie nadal zostanie w stadninie tylko zmieni się nazwisko właściciela na papierku.
- No nie wiem...Sam koń jest wart około 7 tysięcy dolarów, ale...
- Dam panu 10.
- To naprawdę dużo pieniędzy.
- O stan mojego konta proszę się nie martwić. Jeżeli umowa stoi to chciałbym od razu załatwić formalności i opłacić pobyt konia w ośrodku.
No i osiągnąłem swój cel. Uścisnęliśmy sobie ręce, wypełniliśmy dokumenty na nazwisko Katrick, wypisałem czek i poprosiłem o pozostawienie tego w tajemnicy. To ma być niespodzianka.Teraz jedynie poczekać na odpowiedni moment.
Umówiłem się z Sav w swoim biurze o godzinie 8:15. Zjawiła się punktualnie co do cła. To się ceni i to bardzo.
- Witam. - powiedziałem formalnie i wyciągnąłem w jej kierunku rękę. Tak, oddzielam życie prywatne od zawodowego. - Cieszę się, że udało się pani przybyć na czas. Proszę usiąść. - odsunąłem lekko krzesło naprzeciw siebie i kiedy Savannah siadała mogłem przyjrzeć się jej strojowi. Był śliczny i odpowiedni do sytuacji.
- Mnie również jest niezwykle miło.
- Mam pani do zaoferowania dwa stanowiska, oba równie odpowiedzialne i podobnie płatne. Jedno z nich to sprzedawca w sklepie jubilerskim, a drugie to mój asystent czyli taka sekretarka. Cenię sobie niezawodność, jednak decyzja należy do pani. Naturalnie każde ze stanowisk stwarza możliwość późniejszego awansu i dalszego rozwoju.
Nasza rozmowa przebiegła dalej bez zbędnych problemów. Chętnie odpowiadałem na pytania oraz dyskutowałem z panną Katrick. Będzie dobrym pracownikiem na jednym ze stanowisk.Poprosiłem również o szybką decyzję i odpowiedź co do decyzji, które stanowisko podejmie. Przedstawiłem też wypowiedzenie, które mam zamiar za jej zgodą przesłać do jej niemalże byłej pracy.
Tak maleńka, formalności załatwiamy per pan, natomiast w czasie przerw i poza pracą wracamy do normalnej relacji. Tak to już jest i nie podlega to zmianom.
< Sav? Co wybierzesz? ♥ >
Pierwsza, nie wiem jak działa na nią to miejsce, ale kupiłbym jej całą tą zapchloną stadninę aby wyglądała i zachowywała się tak swobodnie jak dziś. Choć i tak wiem, że nigdy na to nie przystanie... A szkoda bo te pieniądze, które bym na to miejsce wydał byłyby niczym w porównaniu z tym co dziś czułem i jak się dziś czułem.
Druga sprawa jej chichot i szczery, rozbrajający uśmiech są naprawdę nieziemską sprawa. Nie wiem czy sprawia to fakt, że jest to tak unikalne i niepowtarzalne doświadczenie czy ona po prostu robi to w inny, nietypowy sposób. Ponadto figlarna i wesolutka Sav to jest.
Trzecia, nie mam do cholery bladego pojęcia co wpłynęło na jej asertywność i chęć zmieny dotychczasowego życia, że zgodziła się na moją nieskromnie mówiąc zaiście wspaniałą propozycję. Choć robię to dla niej to wgłębi duszy jestem świadom, że po części też dla siebie abym miał pewność, że jest bezpieczna i godnie traktowana.
- To chyba najpiękniejszy dzień mojego życia - wymamrotałem beztrosko i z młodzieńczym wigorem. Tak jestem świadom tego, że często zachowuję się na wiele więcej lat niż mam ale trudno taki już jestem. Podsycony emocjonującą chwilą poderwałem Sav do góry na ręce lekko ją podrzucając. Była leciutka niemalże jak piórko. Następnie ją przytuliłem i w objęciach okręciłem się z nią kilka razy.
Na ziemię sprowadziły mnie oklaski i pogwizdywania ludzi. U licha do kurwy nędzy niech zajmą się sobą i szczerze miałem ochotę im to powiedzieć ale A nie wypada mi bo jestem tu na oficjalu i B te istoty są w jakimś stopniu bliskie Savannah .
Odstawiłem ją na ziemie kątem oka widząc jak pali buraka. Nie, nie, nie zaraz mi się zamknie. Ścisnąłem ją mocniej za rękę i nisko się ukłoniłem pociągając ją za sobą.
- Dziękujemy, te gromkie brawa były naprawdę wzruszające. Nie trzeba było. - rzuciłem teatralnie przejmującym głosem, jednak jedyną osobą która mogłaby się czegokolwiek domyślać była ta która w lekim szoku stała po mojej prawicy. Odwróciłem się ponownie do dziewczyny mając głeboko gdzieś całą resztę. Hmm... W sumie niech patrzą, niech wiedzą z kim będą mieli do czynienia jak coś jej zrobią.
- Od kiedy możesz zacząć?
- Jeszcze nie złożyłam wypowiedzenia.- wzruszyła przepraszająco ramionami.
- Cudownie. Mój prawnik się wszystkim zajmie! - klasnąłem entuzjastycznie w dłonie. Jej menegerka przeczyta takie wypowiedzenie o jakim jej się nawet nie śniło.
- Chris... Ale naprawdę...
- Nie ma w ogóle dyskusji. Zajmę się tym, karta pracy musi być poprawnie uzupełniona, ah z resztą Ty się niczym nie przejmuj. Jutro ustalimy wszystkie szczegóły. Zaczniesz od stażu i przy okazji wyrobisz sobie okres próbny. Hmmm... Nie wiem jeszcze na jakie stanowisko Cie przydzielić, ale to obgadamy również jutro.
- To było z góry przesądzone? Mówisz jakbyś miał to wszystko zaplanowane. - spojrzała na mnie skonsternowana.
- Nie lubię być nieprzygotowany. Więc istnieje pewne prawdopodobieństwo, że już co nieco planowałem. - prychnąłem jakby to była oczywista oczywistość. - A poza tym potrafię być niezwykle przekonujący. - wykonałem znaczący ruch brwiami i puściłem jej oczko. Oh... Maleńka gdybyś tylko wiedziała... Twoje wypowiedzenie czeka gotowe od dawna a umowy o prace w różnych wariantach również niecierpliwie oczekują na Twój podpis, ale na swoje szczęście nie wiesz...
- Jesteś niemożliwy.
- Ah, przestań. Dobra zabieram Cię stąd. Wracasz ze mną moim super, ekstra firmowym samochodem? - zapytałem z chłopięcą radością.
- Skoro proponujesz to z takim entuzjazmem to nie mogę Ci odmówić... Jak dziecku.
- Dziecku? - zapytałem i przechyliłem lekko głowę.
- Tak, jak dziecku.
- Skoro tak mówisz. Dobra to ja lece po Twoje rzeczy do wozu trenera.
Jak powiedziałem tak zrobiłem. Tylko, że nie był to jedyny cel mojej wizyty.
- Mam do pana sprawę nie cierpiąca zwłoki. - rzuciłem poważnie.
- Tak? Co się dzieje?
- Chciałbym kupić konia na którym jeździła Savannah. - nie ma co się pierdolić. Krótko, zwięźle i na temat.
- W sensie Enzo?
- Jeżeli tak ma na imię to tak.
- Niestety ten koń nie jest na sprzedaż. - westchnął ciężko. Proszę mi wierzyć... Za odpowiednią cene wszystko jest na sprzedaż nawet pańska matka.
- Jestem pewien, że spełnie pańskie wymagania cenowe. Jest to dla mnie ważne. Proszę się nie martwić nie ja go będę dosiadał.
- Ah... Uffff... Już się niepokoiłem. - ha, zabawne.
- Chce sprawić komuś.., mi ważnemu prezent. Będzie w dobrych rękach i prawdopodobnie nadal zostanie w stadninie tylko zmieni się nazwisko właściciela na papierku.
- No nie wiem...Sam koń jest wart około 7 tysięcy dolarów, ale...
- Dam panu 10.
- To naprawdę dużo pieniędzy.
- O stan mojego konta proszę się nie martwić. Jeżeli umowa stoi to chciałbym od razu załatwić formalności i opłacić pobyt konia w ośrodku.
No i osiągnąłem swój cel. Uścisnęliśmy sobie ręce, wypełniliśmy dokumenty na nazwisko Katrick, wypisałem czek i poprosiłem o pozostawienie tego w tajemnicy. To ma być niespodzianka.Teraz jedynie poczekać na odpowiedni moment.
***
Umówiłem się z Sav w swoim biurze o godzinie 8:15. Zjawiła się punktualnie co do cła. To się ceni i to bardzo.
- Witam. - powiedziałem formalnie i wyciągnąłem w jej kierunku rękę. Tak, oddzielam życie prywatne od zawodowego. - Cieszę się, że udało się pani przybyć na czas. Proszę usiąść. - odsunąłem lekko krzesło naprzeciw siebie i kiedy Savannah siadała mogłem przyjrzeć się jej strojowi. Był śliczny i odpowiedni do sytuacji.
- Mnie również jest niezwykle miło.
- Mam pani do zaoferowania dwa stanowiska, oba równie odpowiedzialne i podobnie płatne. Jedno z nich to sprzedawca w sklepie jubilerskim, a drugie to mój asystent czyli taka sekretarka. Cenię sobie niezawodność, jednak decyzja należy do pani. Naturalnie każde ze stanowisk stwarza możliwość późniejszego awansu i dalszego rozwoju.
Nasza rozmowa przebiegła dalej bez zbędnych problemów. Chętnie odpowiadałem na pytania oraz dyskutowałem z panną Katrick. Będzie dobrym pracownikiem na jednym ze stanowisk.Poprosiłem również o szybką decyzję i odpowiedź co do decyzji, które stanowisko podejmie. Przedstawiłem też wypowiedzenie, które mam zamiar za jej zgodą przesłać do jej niemalże byłej pracy.
Tak maleńka, formalności załatwiamy per pan, natomiast w czasie przerw i poza pracą wracamy do normalnej relacji. Tak to już jest i nie podlega to zmianom.
< Sav? Co wybierzesz? ♥ >
Od Lucy c.d: Damona
Damon to taki złoty człowiek, mój mały super bohater. No właśnie i tu
pojawia się pytanie czy aby na pewno tylko mój...Nie wierze, że taki
super chłopak nie ma żony, narzeczonej czy chociażby dziewczyny.
Aczkolwiek wydaje mi się, iż pierwszą opcję mogę spokojnie odrzucić, bo
pierścionka na palcu serdecznym brak. Tak, sprawdziłam to już co
najmniej pięć razy żeby nie wyjść w razie czego na głupa. Stop, Lucy,
stop. Lądujemy i wracamy na ziemię. Ty i ON? Żeś poszalała.
Cholera jasna, na śmierć zapomniałam o tym nieszczęsnym, obleśnym motelu! Aż nawet nie chcę nawet snuć domysłów co mogło mu przejść przez myśl. W każdym razie nie dał po sobie kompletnie nic poznać, ba powiem więcej wydał się nawet dość zatroskany.
Zamieszkać u niego? Dobra. Bardzo zatroskany.
To bardzo kusząca alternatywa ale nie mogę go aż tak wykorzystywać. To byłoby zdecydowanie nie na miejscu.
- Dziękuję Damon ale... - zaczęłam.
- Nie żartuj sobie nawet, że chcesz tu zostać. - mruknął sceptycznie.
- Już niedługo. Naprawdę.
- No to skoro nie długo to tym bardziej nie powinno być to dla Ciebie problemem.
- Przemyślę to dobrze?- powiedziałam przesłodzonym głosikiem by choć odrobinę go udobruchać.
- Jesteś okropna... Przez Ciebie nie będę mógł spać spokojnie.- prychnął.
- Za to Ty jesteś cudowny - rzuciłam radośnie. - Widzisz jak cudownie się uzupełniamy?
Zachichotałam widząc jak chłopak przewraca oczami. Robił to w niewyobrażalnie słodki sposób.
Ogólnie cały był zabójczo przystojny i do schrupania.
- Emm... Nauka wzywa - jęknęłam niechętnie - Zaproponowałabym abyś wpadł ale jutro zaczynają się zaliczenia i muszę przysiąść na tyłku.
- Jasne, nie ma sprawy. Widzimy się pod koniec tygodnia?
W piątek ostatnie egzaminy, potem wszyscy idą to oblać więc odpada. Hmm... Sobota? Mogę być niezdatna do życia choć nie mam zwyczaju się upijać, bo słynę z cholernie słabej głowy. Niedziela? TAK! Wtedy będzie okay.
- Co powiesz na niedzielę?
- Mi pasuje. Proszę Cie raz jeszcze przemyśl czy aby napewno chcesz grzać tu miejscówę. Nie podoba mi się tu. W razie czego oferta aktualna.
- Dziękuje Ci dobry człowieku.
Wypowiadając te słowa podeszłam do niego i mocno przytuliłam na pożegnanie. O tak... Śmiało stwierdzam, że posiadam nowe uzależnienie.
Ruszyłam w kieruknu holu o ile tak można nazwać ten korytarz prowadzący do pokoi. Zerknęłam w jego kierunku raz jeszcze przez ramie gdyż czułam, że odprowadza mnie wzrokiem. Nie myliłam się. Pomachałam i zniknęłam za zakrętem.
Następne moje dni były dość monotonne. Bardzo monotonne. Nauka, Uczelnia, Zaliczenia, Przerwa na myślenie o Damonie, Nauka, Sen, Nauka, Nauka i Nauka. Na szczęście raczej wszystko poszło zgodnie z planem i nie będę miała żadnej poprawki. To znaczy mam taką nadzieję. Muszę przyznać trochę zapomniałam o jedzeniu i z lekka mi się schudło ale to nic, nie zaszkodzi mi.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany piątek! Tylko dwa dni i zobaczę się z Xavierem. Nie mogę się doczekać.
Po rozkazie rektora " Odkładamy długopisy" cała banda studenciaków wyleciała z sali prosto do pubu. Tak w tymże tłumie znalazłam się i ja. Gdybym miała choć odrobinę większe doświadczenie to wiedziałabym, że najpierwsiejszym i najbardziej podstawowym błędem podczas picia jest robienie tego na pusty żołądek. Jak to mówią mądry człowiek po szkodzie.
Na sali odbywają się dzikie tańce a z godziny na godzinę coraz więcej towarzyszy jest nachlanych. Ja się nie śpieszę w pełni świadoma swojej ograniczonej wytrzymałości.
Szkoda, że Damona tu nie ma... Nudzi mi się bez niego i prawdę mówiąc dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak bardzo. Niby są tu fajni chłopcy tylko, że nie tak fajni jak on i nie mam nawet ochoty ich poznawać. Usiadłam zmarnowana przy barze i zastanawiałam się co teraz robi. Po paru minutach pan barman niesamowicie zainteresował się moją osobą i zaczął po cichaczu dolewać mi do szklanki alkoholu. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. A właściwie to on gadał a ja grzecznie kiwałam głową mocząc twarz w trunku. Wódka z sokiem żurawinowym. Mój ulubiony alkohol. Z biegiem czasu miałam wrażenie, że ilość wódki znacznie przewyższała ilość soku więc zdałam sobie sprawę, że pan Barman chyba liczy na to, że zdejmie ze mnie gacie jak urwie mi się film. Niedoczekanie kuźwa!
Chciałam zapłacić za napoje i powoli zwijac interes jednak ten nie przyjął pieniędzy. Pf. Nie to nie. Ja się prosić nie będę.
Podniosłam swoje cztery litery z krzesła i niemalże natychmiast pożałowałam tej decyzji. Świat niebezpiecznie szybko zakręcił mi się przed oczyma. CHOLERNY BARMAN... Narąbał mnie!
Uradowana i rozbawiona sama nie wiem czym zaczęłam dzielnie tuptać ku wyjściu. Na dworze było ciemno jak w dupie, ba ! Nawet ciemniej.
Wygrzebałam telefon z kieszeni jeansów i skupiłam 120% swojej uwagi aby odczytać godzinę. Okolice 2. Hm... Ciekawe czy Damonek śpi. Chce się spotkać z nim teraz!
Bez zawahania wybrałam jego numer jednak nie odebrał. Ma dziewczynę! Jak nic! Z nieco pochmurniejszym nastrojem kontynuowałam swoją tułaczkę do domu. Bip. Bip. Bip. Co to?
Telefon! O Damon!
- Damonek! Prawie jak Demonek. - zachichotałam mu do słuchawki. - Ale nie jesteś demonem jesteś raczej aniołkiem, aniołkiem stróżem.
- Lu?
- We wasnej osobie - moje umiejętności dykcyjne trenowane tyle lat w szkołach podczas lekcji śpiewu i muzyki poszły się kichać i moje słowa stały się ciężkim do zrozumienia bełkotem.
- Co sie dzieje? Wiesz która jest godzina?
- Cztyrnasta.
- Druga. Faktcznie blisko tylko, że w nocy.
- Przecież wim głuptasie.
- Ty piłaś?
- Nie...
- Piłas... Powiedz mi gdzie jesteś.
- No może... Dobra. Troseńke.
- Lucy~! Gdzie u licha jesteś?
- Nie martw się ide do domu, będę zaraz bezpieczna. Hip. Praszam.
Ups. Czkaweczka. To w sumie takie śmieszne uczucie.
- Właśnie to mnie martwi.
Już już miałam mu życzyć dobrej nocy ale padł mi telefon i połączenie zostało przerwane. Weźmie mnie za nie kuluturamną... kuluturalną...Kulu.. Ah nie ważne.
Każdy krok stawiałam z coraz większym oporem i coraz większym trudem. Obraz przed oczyma stawał się rozmazany a dźwięki dochodziły do mojej głowy jakby zza ściany. Obłęd. Istny obłęd. Prawdę mówiąc, podejrzewam że również byłam nieco najarana przez dym z jointów innych imprezowiczy.
Czułam się taka lekka, jakbym dosłownie płynęła i podejrzewam, że tak faktycznie było, gdyż przykładnym pionem bym mojej postawy nie nazwała.
Potknęłam się o własne nogi tuż pod motelem i podążyłam na bliskie spotkanie z podłogą ale w ostatniej chwili zostałam chwycona w pasie. Silne, męskie dłonie mocno mnie do siebie przyciągnęły.
- Nie potrzebuje pomocy! Dam rade! - zbulwersowałam się niczym mała dziewczynka.
- Mnie się natomiast tak nie wydaje. - rozległ się stanowczy, ostro wkurzony głos, który tak dobrze znałam. Tak, to on. Mój rycerz na białym koniu. Postawił mnie i puścił. Utrzymanie równowagi średnio mi się udawało więc po paru próbach poddałam się półskulona stoczyłam się na ziemię.
- Bach! - zachichotałam i klasnęłam radośnie w ręce.
Poddałam sytuację ocenie i jednoznacznie stwierdziłam, że ostro przegięłam.
- Danonek! - wyjęczałam bezradnie kiedy ponownie do mnie podszedł. Miał na sobie jeansy i luźną bokserkę więc podejrzewam że w tym spał. Pachniał nieziemsko... Jak zawsze.
- Chryste Lucy kurwa! Co Cię opętało?! Jesteś zalana w cztery dupy! Ile Ty masz u licha lat?
- Nie krzykaj... - zaskomliłam i wyciągnęłam ku niemu rączki. Nie ma bata, że wstanę sama.
O taaaak! Po chwili znalazłam sie w jego ramionach kiedy powoli mnie podnosił. Było mi smutno, że był zły... Nie zrobiłam tego umyślnie.
- Nie złośc się...Proszeee - wyszeptałam błagalnie niczym modlitwę.
- Masz w zwyczaju tak robić?
- Eee... Ne. Pierw...Jeden raz - uniosłam ku niemu jeden paluszek, na znak, że w takim stanie jestem po raz pierwszy. Wtuliłam się w niego ile sił i dałam mu mokraśnego buziaka w usta. - Jesteś moij hiroł! Znów! O boże ! Pocaowałam Cie. To przez Ciebie ! Tak...Wina. Nie alkohol tylko taka inna wina. Podobasz mi się Danonku...Tak...Cholernie bardzo.
Prowadziłam swój bełkoczący monolog kiedy on prowadził mnie, aż nagle zatrzymałam się jak wyryta. Nie dam rady ani kroku więcej. Za bardzo mi się kręci...
- Dam...Nie moge...Ty się krecisz...
Ty się kręcisz... A podłoga jest coraz bliżej i bliżej i do mnie pędzi.
- KURWA!
< Danonku? Alkohol + Lu to nie dobre połączenie ;< Urwał jej się z lekka film, wybacz ♥ >
Cholera jasna, na śmierć zapomniałam o tym nieszczęsnym, obleśnym motelu! Aż nawet nie chcę nawet snuć domysłów co mogło mu przejść przez myśl. W każdym razie nie dał po sobie kompletnie nic poznać, ba powiem więcej wydał się nawet dość zatroskany.
Zamieszkać u niego? Dobra. Bardzo zatroskany.
To bardzo kusząca alternatywa ale nie mogę go aż tak wykorzystywać. To byłoby zdecydowanie nie na miejscu.
- Dziękuję Damon ale... - zaczęłam.
- Nie żartuj sobie nawet, że chcesz tu zostać. - mruknął sceptycznie.
- Już niedługo. Naprawdę.
- No to skoro nie długo to tym bardziej nie powinno być to dla Ciebie problemem.
- Przemyślę to dobrze?- powiedziałam przesłodzonym głosikiem by choć odrobinę go udobruchać.
- Jesteś okropna... Przez Ciebie nie będę mógł spać spokojnie.- prychnął.
- Za to Ty jesteś cudowny - rzuciłam radośnie. - Widzisz jak cudownie się uzupełniamy?
Zachichotałam widząc jak chłopak przewraca oczami. Robił to w niewyobrażalnie słodki sposób.
Ogólnie cały był zabójczo przystojny i do schrupania.
- Emm... Nauka wzywa - jęknęłam niechętnie - Zaproponowałabym abyś wpadł ale jutro zaczynają się zaliczenia i muszę przysiąść na tyłku.
- Jasne, nie ma sprawy. Widzimy się pod koniec tygodnia?
W piątek ostatnie egzaminy, potem wszyscy idą to oblać więc odpada. Hmm... Sobota? Mogę być niezdatna do życia choć nie mam zwyczaju się upijać, bo słynę z cholernie słabej głowy. Niedziela? TAK! Wtedy będzie okay.
- Co powiesz na niedzielę?
- Mi pasuje. Proszę Cie raz jeszcze przemyśl czy aby napewno chcesz grzać tu miejscówę. Nie podoba mi się tu. W razie czego oferta aktualna.
- Dziękuje Ci dobry człowieku.
Wypowiadając te słowa podeszłam do niego i mocno przytuliłam na pożegnanie. O tak... Śmiało stwierdzam, że posiadam nowe uzależnienie.
Ruszyłam w kieruknu holu o ile tak można nazwać ten korytarz prowadzący do pokoi. Zerknęłam w jego kierunku raz jeszcze przez ramie gdyż czułam, że odprowadza mnie wzrokiem. Nie myliłam się. Pomachałam i zniknęłam za zakrętem.
***
Następne moje dni były dość monotonne. Bardzo monotonne. Nauka, Uczelnia, Zaliczenia, Przerwa na myślenie o Damonie, Nauka, Sen, Nauka, Nauka i Nauka. Na szczęście raczej wszystko poszło zgodnie z planem i nie będę miała żadnej poprawki. To znaczy mam taką nadzieję. Muszę przyznać trochę zapomniałam o jedzeniu i z lekka mi się schudło ale to nic, nie zaszkodzi mi.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany piątek! Tylko dwa dni i zobaczę się z Xavierem. Nie mogę się doczekać.
Po rozkazie rektora " Odkładamy długopisy" cała banda studenciaków wyleciała z sali prosto do pubu. Tak w tymże tłumie znalazłam się i ja. Gdybym miała choć odrobinę większe doświadczenie to wiedziałabym, że najpierwsiejszym i najbardziej podstawowym błędem podczas picia jest robienie tego na pusty żołądek. Jak to mówią mądry człowiek po szkodzie.
Na sali odbywają się dzikie tańce a z godziny na godzinę coraz więcej towarzyszy jest nachlanych. Ja się nie śpieszę w pełni świadoma swojej ograniczonej wytrzymałości.
Szkoda, że Damona tu nie ma... Nudzi mi się bez niego i prawdę mówiąc dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak bardzo. Niby są tu fajni chłopcy tylko, że nie tak fajni jak on i nie mam nawet ochoty ich poznawać. Usiadłam zmarnowana przy barze i zastanawiałam się co teraz robi. Po paru minutach pan barman niesamowicie zainteresował się moją osobą i zaczął po cichaczu dolewać mi do szklanki alkoholu. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. A właściwie to on gadał a ja grzecznie kiwałam głową mocząc twarz w trunku. Wódka z sokiem żurawinowym. Mój ulubiony alkohol. Z biegiem czasu miałam wrażenie, że ilość wódki znacznie przewyższała ilość soku więc zdałam sobie sprawę, że pan Barman chyba liczy na to, że zdejmie ze mnie gacie jak urwie mi się film. Niedoczekanie kuźwa!
Chciałam zapłacić za napoje i powoli zwijac interes jednak ten nie przyjął pieniędzy. Pf. Nie to nie. Ja się prosić nie będę.
Podniosłam swoje cztery litery z krzesła i niemalże natychmiast pożałowałam tej decyzji. Świat niebezpiecznie szybko zakręcił mi się przed oczyma. CHOLERNY BARMAN... Narąbał mnie!
Uradowana i rozbawiona sama nie wiem czym zaczęłam dzielnie tuptać ku wyjściu. Na dworze było ciemno jak w dupie, ba ! Nawet ciemniej.
Wygrzebałam telefon z kieszeni jeansów i skupiłam 120% swojej uwagi aby odczytać godzinę. Okolice 2. Hm... Ciekawe czy Damonek śpi. Chce się spotkać z nim teraz!
Bez zawahania wybrałam jego numer jednak nie odebrał. Ma dziewczynę! Jak nic! Z nieco pochmurniejszym nastrojem kontynuowałam swoją tułaczkę do domu. Bip. Bip. Bip. Co to?
Telefon! O Damon!
- Damonek! Prawie jak Demonek. - zachichotałam mu do słuchawki. - Ale nie jesteś demonem jesteś raczej aniołkiem, aniołkiem stróżem.
- Lu?
- We wasnej osobie - moje umiejętności dykcyjne trenowane tyle lat w szkołach podczas lekcji śpiewu i muzyki poszły się kichać i moje słowa stały się ciężkim do zrozumienia bełkotem.
- Co sie dzieje? Wiesz która jest godzina?
- Cztyrnasta.
- Druga. Faktcznie blisko tylko, że w nocy.
- Przecież wim głuptasie.
- Ty piłaś?
- Nie...
- Piłas... Powiedz mi gdzie jesteś.
- No może... Dobra. Troseńke.
- Lucy~! Gdzie u licha jesteś?
- Nie martw się ide do domu, będę zaraz bezpieczna. Hip. Praszam.
Ups. Czkaweczka. To w sumie takie śmieszne uczucie.
- Właśnie to mnie martwi.
Już już miałam mu życzyć dobrej nocy ale padł mi telefon i połączenie zostało przerwane. Weźmie mnie za nie kuluturamną... kuluturalną...Kulu.. Ah nie ważne.
Każdy krok stawiałam z coraz większym oporem i coraz większym trudem. Obraz przed oczyma stawał się rozmazany a dźwięki dochodziły do mojej głowy jakby zza ściany. Obłęd. Istny obłęd. Prawdę mówiąc, podejrzewam że również byłam nieco najarana przez dym z jointów innych imprezowiczy.
Czułam się taka lekka, jakbym dosłownie płynęła i podejrzewam, że tak faktycznie było, gdyż przykładnym pionem bym mojej postawy nie nazwała.
Potknęłam się o własne nogi tuż pod motelem i podążyłam na bliskie spotkanie z podłogą ale w ostatniej chwili zostałam chwycona w pasie. Silne, męskie dłonie mocno mnie do siebie przyciągnęły.
- Nie potrzebuje pomocy! Dam rade! - zbulwersowałam się niczym mała dziewczynka.
- Mnie się natomiast tak nie wydaje. - rozległ się stanowczy, ostro wkurzony głos, który tak dobrze znałam. Tak, to on. Mój rycerz na białym koniu. Postawił mnie i puścił. Utrzymanie równowagi średnio mi się udawało więc po paru próbach poddałam się półskulona stoczyłam się na ziemię.
- Bach! - zachichotałam i klasnęłam radośnie w ręce.
Poddałam sytuację ocenie i jednoznacznie stwierdziłam, że ostro przegięłam.
- Danonek! - wyjęczałam bezradnie kiedy ponownie do mnie podszedł. Miał na sobie jeansy i luźną bokserkę więc podejrzewam że w tym spał. Pachniał nieziemsko... Jak zawsze.
- Chryste Lucy kurwa! Co Cię opętało?! Jesteś zalana w cztery dupy! Ile Ty masz u licha lat?
- Nie krzykaj... - zaskomliłam i wyciągnęłam ku niemu rączki. Nie ma bata, że wstanę sama.
O taaaak! Po chwili znalazłam sie w jego ramionach kiedy powoli mnie podnosił. Było mi smutno, że był zły... Nie zrobiłam tego umyślnie.
- Nie złośc się...Proszeee - wyszeptałam błagalnie niczym modlitwę.
- Masz w zwyczaju tak robić?
- Eee... Ne. Pierw...Jeden raz - uniosłam ku niemu jeden paluszek, na znak, że w takim stanie jestem po raz pierwszy. Wtuliłam się w niego ile sił i dałam mu mokraśnego buziaka w usta. - Jesteś moij hiroł! Znów! O boże ! Pocaowałam Cie. To przez Ciebie ! Tak...Wina. Nie alkohol tylko taka inna wina. Podobasz mi się Danonku...Tak...Cholernie bardzo.
Prowadziłam swój bełkoczący monolog kiedy on prowadził mnie, aż nagle zatrzymałam się jak wyryta. Nie dam rady ani kroku więcej. Za bardzo mi się kręci...
- Dam...Nie moge...Ty się krecisz...
Ty się kręcisz... A podłoga jest coraz bliżej i bliżej i do mnie pędzi.
- KURWA!
< Danonku? Alkohol + Lu to nie dobre połączenie ;< Urwał jej się z lekka film, wybacz ♥ >
środa, 8 czerwca 2016
Od Mai
Rozpakowywanie jest OKROPNE! Nie wiem, co w nim lubią niektórzy ludzie. Moje mieszkanie miało 5 pokoi. Sypialnia, Duży salon łączony z kuchnio- jadalnią, Łazienka, pokój dla psa(i graciarnia) oraz jeden, pusty pokój. Na moje szczęście, ojciec wniósł jej razem z innymi: Łóżko, Sofę, Wyposażenie kuchni, Łazienki, Telewizor i te wszystkie większe meble. resztę musiałam rozpakować ja. Ale i tak tata jest kochany. Przejechał 500km by pomóc mi w przeprowadzce. Nie to, że nie poradziłabym sobie. W końcu powiedziałam:
- DOSYĆ!
Byłam meega głodna, a w lodówce nie było nic. Postanowiłam wyjść na miasto. Zauważyłam kolorową knajpkę. Wydawała się ciekawa. Weszłam. Zamówiłam jakiegoś fast-fooda i zjadłam. W drodze powrotnej natknęłam się na chłopaka.
- Hej! Co tak się błąkasz po nocy?- Zawołał na powitanie.
- A nic. Byłam coś zjeść- Odpowiedziałam.
Chłopak wydawał się być miły.
- Mam samochód! Podwieźć Cię?- Zaproponował.
- No...Wolałabym się przejść. Ale skoro to nie problem...-Szepnęłam zawstydzona.
Nie wydawał się być zboczeńcem ani jakimś mordercą. Był gdzieś w moim wieku lub o 1-2 lata starszy. Wsiedliśmy i pojechaliśmy.
- No wiec.... Jaki masz numer bloku i mieszkania.?- Zapytał.
- Blok 5, mieszkanie 29.
Po chwili dotarliśmy na miejsce.
- Może wejdziesz?
ktoś?
- DOSYĆ!
Byłam meega głodna, a w lodówce nie było nic. Postanowiłam wyjść na miasto. Zauważyłam kolorową knajpkę. Wydawała się ciekawa. Weszłam. Zamówiłam jakiegoś fast-fooda i zjadłam. W drodze powrotnej natknęłam się na chłopaka.
- Hej! Co tak się błąkasz po nocy?- Zawołał na powitanie.
- A nic. Byłam coś zjeść- Odpowiedziałam.
Chłopak wydawał się być miły.
- Mam samochód! Podwieźć Cię?- Zaproponował.
- No...Wolałabym się przejść. Ale skoro to nie problem...-Szepnęłam zawstydzona.
Nie wydawał się być zboczeńcem ani jakimś mordercą. Był gdzieś w moim wieku lub o 1-2 lata starszy. Wsiedliśmy i pojechaliśmy.
- No wiec.... Jaki masz numer bloku i mieszkania.?- Zapytał.
- Blok 5, mieszkanie 29.
Po chwili dotarliśmy na miejsce.
- Może wejdziesz?
ktoś?
Subskrybuj:
Posty (Atom)





