środa, 27 lipca 2016

Od Mai CD Andrija

- Nic się nie zmieniło...Prócz Nas...- Wyszeptałam.
Chłopak zaśmiał się. Wziął mnie za rękę. Podeszliśmy bliżej brzegu. Usiadłąm na trawie, Andrij obok mnie. Pocałowaliśmy się...Znów. Uwielbiałam to.
- Który to raz?- Zapytał nagle.
- Oh...Kto to liczy! Ważne, że się kochamy.- Odparłam.
Andrij objął mnie ręką i przytulił. Ta noc zostania zapamiętana do końca mojego życia. 
******
Nie pamiętam co się stało. Obudziłam się u mojego chłopaka. Ten spał tuż obok. Szturchnęłam go w ramie.
- Hej, co jest mała?- Zapytał zaspany.
- Czemu nic nie pamiętam? Opowiedz mi co było potem!- Zawołałam.
- No więc byłaś zaspana jak nie wiem. Rozpętała się burza. Uciekliśmy do domu. I koniec.- Opowiedział.
Przybliżyłam się do Andrij'a.
- Kocham Cię, wiesz?- Zaśmiał się.
- Ja Ciebie też.- Westchnęłam.- Ja Ciebie też...
<Andrij?>
Sorry za tło, wklejam z mobilnego i nie mam jak poprawić + przez najbliższe dni (do niedzieli włącznie) mnie nie ma.

wtorek, 26 lipca 2016

Od Andrija cd Mai

Wiesz... Bo... Ja Ciebie bardzo lubię... - zjąkałem się - Yyy... Znaczy... No wiesz...
Złapałem oddech. Em próbowała coś powiedzieć. Jednak przerwałem jej.
- Chcesz być moją dziewczyną? - zadałem pytanie retoryczne. Nie oczekiwałem odpowiedzi w tej chwili.
Widziałem, że znowu próbowała coś powiedzieć. Tak jak wcześniej - przerwałem jej. Przysunąłem się do niej i pocałowałem ją, po czym mocno przytuliłem.
- Nie musisz odpowiadać teraz... - wyszeptałem - Zastanów się... Zastanów się dobrze...
Staliśmy wtuleni w siebie przez chwilę. Było prawie jak w jakimś filmie romantycznym. A może to był taki film? Albo chociaż scena? Nie wiem. Raczej nie.
- Chodź - powiedziałem.
- Gdz.. Gdzie? - zjąkała się.
- Zobaczysz... - kontynuowałem - Ale zamknij oczy...
Zamknęła oczy. Złapałem ją za rękę i ruszyłem w stronę samochodu. Posłusznie szła za mną, nie buntowała się. To mi się podoba.
To ja tutaj rozdaje karty - pomyślałem. Doszliśmy do samochodu, otworzyłem jej drzwi i posadziłem. Po chwili sam znalazłem się w aucie.

***

Minęło parę minut. Byliśmy na miejscu. Wysiadłem i wziąłem May'e za rękę. Wystartowaliśmy. Szliśmy w ciszy około 5 albo 6 minut i byliśmy przy celu. Średnio co 3-4 kroki bacznie sprawdzałem czy aby na pewno nie podgląda. Czekała nas jeszcze chwilowa wędrówka przez park i będziemy. Im bliżej byliśmy tym bardziej biło mi serce. Po dłuższej wędrówce znaleźliśmy się przy celu.
- Ta da! - krzyknąłem - Możesz otworzyć oczy.
Założyłem jej rękę na ramię i przytuliłem.
- Tak, to jest to jezioro w którym po raz pierwszy się całowaliśmy

<Maya?>

sobota, 23 lipca 2016

Od Mai CD Andrij'a

Dostałam SMS'a od Andrij'a. Chciał, bym poszła z nim do kina. Bez wahania zgodziłam się. O 19;00 jest komedia romantyczna. O 18;30 mam być u niego. Ale najpierw na zakupy! Poszłam do najmodniejsze galerii w mieście. Zeszło mi dobre 3 godziny. Kupiłam parę sukienek, bluzek, bluz, spodenków, 3 pary butów. Dzięki moim obrazom można naprawdę dużo zarobić! Ale w końcu na spotkanie z Andrij'em trzeba być ładnie ubranym! Teraz jest 16;50.
- Trzeba się szykować!- Zawołałam.
Pobiegłam do sypialni. Założyłam nową bluzkę, rurki, trampki, jakieś tam dodatki...I oczywiście delikatny makijaż. Spojrzałam na zegarek. 18;00.
- ,,Już będę wyjeżdżać! "- Pomyślałam.
Zeszłam do garażu przy bloku, wsiadłam w auto i wyruszyłam do Andrij'a. Ten czekał na mnie na zewnątrz.
- Hej mała! Gotowa?- Powitał mnie.
- Dobrze! No to...Do kina?- Odparłam.
- No spoko. Wsiadaj.- Zawołał i podszedł do stojącego na ulicy auta.
Ja poszłam za nim. Do kina jechaliśmy 10 minut. Weszliśmy do kina. Film miał tytuł: ,,Moja była".
- Dziwny tytuł.- Szepnęłam do chłopaka.
Ten zaśmiał się. Weszliśmy do sali kinowej. Okazało się, że film był naprawdę ciekawy. Pewna scena była naprawdę straszna. Przytuliłam się do Andrij'a. Ten objął mnie ręką. Coraz bardziej zbliżaliśmy się coraz bliżej. Wtedy pocałowałam chłopaka. Trwało to 8-9 sekund. Pierwszy pocałunek. Z chłopakiem z którym...Nie ważne. Ale ciekawe czy mam u niego szansę? Czy nie ma innej? Po zakończeniu filmu poszliśmy do parku. Spacerowaliśmy za rękę, jakbyśmy...Byli parą. Usiedliśmy na ławce. Wyglądało, jakby Andrij miał coś mi powiedzieć...
<Andrij?>

piątek, 22 lipca 2016

Od Damon'a CD Lucy

Przewróciłem oczami, zrobiłem znudzoną minę a potem puściłem Lucy oczko. Nucąc pod nosem ogarnąłem ubrania a potem usiadłem przy stole kuchennym.
-Jako że lubię mieć wszystko uporządkowane i ustalone, oto moja propozycja na dalszy plan dnia-powiedziałem.-Przygotuję obiad, pojedziemy po Twoje rzeczy a samym wieczorem zapraszam Cię na domowy wieczór filmowy. Co Ty na to?
-Wszystko mi pasuje, tylko...
-Hmmm?
-Pojedziemy po moje rzeczy? Dlaczego?
-No, chyba nie zamierzasz cały czas chodzić tak? Chociaż nie powiem, że twój dzisiejszy strój mi się nie podoba-puściłem jej oko, a ona posłała mi paraliżujące spojrzenie.
-Ale przecież ja nie mogę...
-Nie ogarniam-wszedłem jej w słowo-Czego nie możesz?
-No, zostać u Ciebie.
-A dlaczego tak sądzisz?  Nie chcę, żebyś wracała do tamtego motelu, czy jak kolwiek tamto miejsce nazwać-skrzyżowałem ręce na piersi.
-A ja nie chcę być na Twojej łasce, bo umiem sobie sama poradzić-zaparła się i zrobiła najbardziej stanowczą minę na jaką ją chyba było stać.
-Lucy, posłuchaj mnie. Zapraszam Cię tutaj jako mojego współlokatora, do czasu aż nie znajdziemy Ci jakiegoś normalnego mieszkania. Mam nadzieję, że nie odrzucisz mojej propozycji-uśmiechnąłem się czarująco. Nie zszedłem jednak ze stanowczego tonu i pozy.
Dziewczyna pufnęła, ale nic nie powiedziała.
-Świetnie-powiedziałem.-Uznaję Twoje milczenie za zgodę-wstałem i zabrałem się za przygotowywanie obiadu. Usłyszałem tylko coś, co przypominało "Tylko na chwilę...".
***
Po obiedzie wpakowaliśmy się do auta i podjechaliśmy pod hotel, w którym zakwaterowana była Lucy.
Zaparkowałem i wyszedłem razem z nią. Pomogłem jej zabrać rzeczy i wpakowywałem wszystko do samochodu, a Lu w tym czasie ogarniała należność za zakwaterowanie. Gdy ulokowałem już wszystkie walizki wróciłem do hotelowego holu, by sprawdzić co u mojej współlokatorki. Okazało się, że już wszystko załatwione, więc wróciliśmy do samochodu.
-Damon... Nie chcę sprawiać Ci trudności...
-Nie sprawiasz mi żadnych trudności-uciąłem i przywołałem na twarz przyjazny uśmiech. Odpaliłem auto i ruszyłem.-A tak w ogóle... Idziesz ze mną jutro do salonu?
-Nie wiem, nie chciałabym przeszkadzać.
-Jak będziesz przeszkadzać, to zamknę Cię na zapleczu-odparłem i puściłem jej oczko.-Nie musisz iść ze mną od samego rana, możesz wpaść, jak się wyśpisz.
Dotarcie pod moje mieszkanie zajęło nam trochę czasu, ponieważ stale zakorkowane miasto o tej porze zakorkowywało się jeszcze bardziej. Może trudne to do pojęcia, ale, niestety, jak najbardziej możliwe.
Kiedy byliśmy już na miejscu poleciłem Lucy wiąć klucze od mieszkania i otwierać przede mną drzwi.
Udało mi się zabrać wszystko na raz.
-Może lepiej będzie jak rozłożysz wnoszenie tego wszystkiego na raty?-spytała Lu. Posłałem jej spojrzenie, które mówiło: "Prędzej się zarwę, niż będę chodził po to dwa razy." Ona przewróciła oczami.
-Mężczyźni...-mruknęła.
-Co tam, co tam?
-Niiiic-odparła ze słodkim uśmieszkiem i podążyła przede mną do mieszkania.
Walnąłem wszystkie torby na środku salonu, a po namyśle przesunąłem je pod ścianę.
-No to jak? Co oglądamy? Zniosę nawet komedię romantyczną-powiedziałem z uśmiechem.
Lu? Co chciałabyś obejrzeć? Może jakiś wyciskacz łez? Albo horror? ;>

Od Lu c.d: Damona

Obudziłam się kompletnie skołowana... Nie wiedziałam gdzie jestem, dlaczego tu jestem i jak się tu znalazłam. Nic a nic z wczorajszego wieczoru nie pamiętałam.Ból głowy i towarzyszące mu zawroty przyprawiały mnie o mdłości. Chryste, co ja u licha wczoraj nawyrabiałam. Jedno jest pewne w organiźmie musiałam mieć więcej alkoholu niż krwi, zatem czuję się naprawdę lepiej niż na to zasługuję. Kiedy doszłam do wniosku, że dalsze gdybanie nie wniesie nic do sprawy zwlokłam się z kanapy i rozejrzałam po pomieszczeniu. Naprawdę nie kojarzę tego pokoju. Dopiero w następnej kolejności mój wzrok padł na ławę, na której stała szklanka, jakiś proszek zapewne coś przeciwbólowego i karteczka. Liścik! Zaraz wszystko stanie się jasne, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Powoli schyliłam się i sięgnęłam papier odczytując jego treść. Damon, matko ten facet jest najlepszym co mnie tu spoktało. Nie wierzę, przywlókł mnie tu najebaną w cztery dupy, położył spać i zatroszczył się o wszystko żebym wróciła do żywych. Wcale nie musiał tego robić, mógł mnie zostawić na pastwę losu i mogłam się obudzić rano pod jakimś krzakiem... O NIE! To jedna strona medalu. On widział mnie w tym stanie. Ziemio rozstąp się pode mną! Natychmiast! Wyszłam zapewnę na...ah nawet boję się pomyśleć jak teraz mnie postrzega.
Sięgam po tabletki bo dłużej nie jestem w stanie znosić tępego, ostrego i pulsującego bólu. Wypijam całą zawartość szklanki, bo niesamowicie mnie suszy.
- Nie wierzę, że jestem taką idiotką. - syczę wkurzona sama na siebie. Cieszę się, że Damon poszedł do pracy, gdyż nie wiem jak spojrzałabym mu na dzień dobry w oczy. Truptam małymi kroczkami do kuchni i zjadam suchą bułkę ale mój żołądek zdecydowanie odmawia współpracy odrzucając tak cenną dawkę węglowodanów.  Lecę szybko kierowana instynktem do pokoju, który zdaje się być łazienką i w najmniej kobiecy sposób zwracam śniadanie. Nigdy więcej się nie napiję. Chwiejnym krokiem podchodzę do prysznica, sięgam z szafki obok po ręcznik, związuje włosy wysoko w luźny kok, rozbieram się, a następnie wchodzę pod gorący strumień wody. Tego zdecydowanie było mi trzeba. Bez większego zastanowienia myję się jego żelem pod prysznic Po szybkim prysznicu pozwalam sobie pożyczyć koszulkę Xaviera, która wisi na suszarce. Robię to czego tak bardzo nienawidzę i zakładam swoją wczorajszą bieliznę. Mój dyskomfort łagodzi jednak jego mięciutki, sięgajacy mi do końca pupy i pachnący nim t-shirt. Może być.
Odnajduję telefon, wystukuję jego numer po czym informuję, że żyję i jest nieźle. Nie kłamię, kryzys mam już zdecydowanie za sobą. Po jego głosie nie jestem w stanie wyczuć w jakim jest nastroju ale mam wrażenie, że jest zatroskany... Obym się nie myliła. Nie bardzo wiem co ze sobą zrobić, głupio mi łazić po czyimś domu bez jego właściciela. Kluczy też brać nie wypada, a jestem mu winna jakieś przeprosiny i wyjaśnienia. Wracam do pokoju i rozglądam się po nim raz jeszcze. Dostrzegam złożoną w kącie deskę do prasowania, która natychmiast przypomina mi pranie wiszące w łazience. Bingo chociaż minimalnie odwdzięczę się za to co dla mnie zrobił, a przy okazji się czymś zajmę. Zadowolona rozkładam deskę, biorę pranie i włączam w telewizorze jakiś kanał z muzyką. Nie muszę długo czekać, aż dobrze znane mi utwory mnie pochłaniają i bez skrępowania śpiewam prasując i lekko przy tym potancując. Matko jak bardzo brakuje mi czasów kiedy mieliśmy swoją kapelę! Praca idzie mi sprawnie, a w momencie w którym wykonuję solówkę na środku pokoju kręcąc pupą i wymachując rękoma na kogoś wpadam. Przerażona odskakuję i gwałtownie się odwracam.
- Boże ale mnie przestraszyłeś! -krzyczę.
Damon z głupim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy przygląda się temu co ja wyrabiam. Nie wiem co krąży mu po głowie ale i mnie się udziela jego uśmiech.
- Cześć. - mruczę.
- Cześć. Widzę, że czujesz się nie najgorzej. - stwierdza pokazując kolistym ruchem ręki na deskę i telewizor. Szczerze nie odczuwam przy nim jakiegoś  wielkiego skrępowania, widział już najgorszą wersję mnie więc wzruszam jedynie ramionami.
- Jest dobrze, dziękuję. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić iii... -unoszę brwi nie wiedząc co powiedzieć -...i przepraszam za wczoraj nie wiem co we mnie wstąpiło ale zapewniam Cię, że nie mam w zwyczaju tak robić...
Xavier mierzy mnie wzrokiem, a ja dopiero wtedy uświadamiam sobie, iż jestem ubrana tak jak jestem.
- A i pożyczyłam Twoją koszulkę, mam nadzieję że nie masz nic przeciw.- posyłam mu mój najbardziej czarujący uśmiech na jaki mnie stać i puszczam do niego oczko.
- Nie, skądże.
Jest zszokowany, tak sądzę a mi dobry humor bardzo dopisuje. Daję mu kuśtykańca w bok, a następnie podpieram się pod boki.
- Proszę schować ubrania do szafy! Nie po to pół dnia harowałam ! -rzucam tonem starej, zrzędliwej żonki po czym wręczam mu poprasowane ubrania- No już!
Pośpieszam, a potem zanoszę się szczerym, beztroskim śmiechem.

< Damonku? xD <3 >

czwartek, 14 lipca 2016

Od Lex CD Lionka

Cała sytuacja cholernie mnie przygnębiała.
No ale jak inaczej miałam się czuć?
Cały dzień snułam się po mieszkaniu nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zadzwoniłam do pracy i powiedziałam, że jestem obłożnie chora i nie wiem, kiedy wyzdrowieję. Kupili to.
Jako tako zewnętrznie się ogarnęłam, jednak w środku cały czas zostawałam rozbita. Parę razy próbowałam zasnąć, ale nic z tego nie wychodziło. A jeśli już, to budził mnie najlżejszy dźwięk. Stwierdziłam więc, że lepiej będzie naszprycować się kawą. Alkoholu nie miałam, a nie chciałam wychodzić z domu. Piłam zatem czarne jak smoła siekiery.
Gdy przylazł Lion zrobiło się jeszcze gorzej. Cholera czy on nie rozumie, że chcę być sama? Niech w końcu zostawi mnie w spokoju. Dlaczego on się tak mną przejmuje? Niech idzie do tamtej cizi.
Po dłuższym czasie walenia w drzwi nie wytrzymałam i otworzyłam je, żeby mu nagadać.
Kiedy go zobaczyłam na sekundę straciłam rezon. Dlaczego on jest taki przystojny?! Ale nie, niech sobie nie myśli, że się nim przejmuję. To znaczy, tak, przejmuję się nim i to cholernie, ale niech myśli, że jest inaczej. "Trza twardym być, nie miętkim". Nawrzeszczałam na niego i z hukiem zatrzasnęłam drzwi. Potem weszłam do salonu rzuciłam się na kanapę i zakryłam głowę poduszką.
I wtedy poczułam się tak okropnie samotna, że aż czułam jak pęka mi serce.
Moja mama nie żyje, tata mieszka daleko stąd i choć wiem, że bardzo mnie kocha, to widujemy się raz na ruski rok. Nie mam żadnych bliższych znajomych, bo jeśli tacy byli to dawno się na mnie wypięli albo mieszkają daleko stąd.
Zdałam sobie sprawę, że w ostatnim czasie to on był mi najbliższy. Cały czas o nim myślałam, pisałam w wyobraźni scenariusze rozmów, przeanalizowując wszystko po piętnaście razy. A teraz go nie ma. Z mojej winy, bo to przecież ja, a nie ksiądz proboszcz go do mieszkania nie wpuścił.
Powinnam posłuchać jego wersji wydarzeń, co do tego, co stało się w klubie, a nie skreślać go na starcie. No i nie powinnam go obwiniać, za to, co stało się później, bo to on przecież obronił mnie przed tym zboczeńcem. Nie chciałam myśleć o tym, co by mi się stało, gdyby się tam nie pojawił.
Ty głupia cholero, dlaczego zawsze najpierw robisz, a potem myślisz?! Co teraz? On już nie wróci. Nie wróci, zobaczysz.
Nie wiem jak to zrobiłam, ale zasnęłam. Nic mi się nie śniło.
***
Obudził mnie jakiś hałas i nieźle się przestraszyłam, gdy zobaczyłam, że Lion jest u mnie w mieszkaniu. Najważniejsze natomiast było uczucie ulgi, które się pojawiło, kiedy pojawił się przed moimi oczami.
Z powrotem zachciało mi się płakać, kiedy zaczął swój monolog. Jednak teraz udało mi się zapanować nad łzami.
-Nie-zdołałam wykrztusić.-Nie.
-Co "nie"? Nie rozumiem.
-Nie idź. Nigdzie nie idź. Nie zostawiaj mnie. Wcale nie chcę być sama. Potrzebuję kogoś, kto... Potrzebuję Ciebie. Zostań przy mnie i już nigdy nigdzie nie idź. Nigdy. Proszę-powiedziałam i nie zdołałam już dłużej powstrzymywać łez. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a on nieporadnie mnie objął. Nie musiałam patrzeć na jego twarz, żeby wiedzieć, że jest zaskoczony.
No cóż, przecież przed chwilą złożyłam mu deklarację... No nie, nie miłości, ale okazałam mu właśnie coś ważnego. Nie chciałam więcej zostawać sama i bałam się co on odpowie, tak strasznie się bałam. Przytulił mnie mocniej i pocałował w czubek głowy. Cały czas nic nie mówił, a ja nie chciałam go ponaglać, mentalnie przygotowywałam się na cios, jakim będzie jego odmowa. Jak ma się przecież zgodzić? Nawet mnie dobrze nie zna. Kim ja dla niego jestem? Jedynie pokręconą laską, z huśtawką nastrojów i destrukcyjną osobowością. Destrukcyjną dla siebie jak i dla innych, jeśli nie fizycznie, to psychicznie. O tak, Lex, nie ma na co liczyć, lepiej przygotuj się na odmowę.
Lionku? Uratuj ją :<

środa, 13 lipca 2016

Od Lionell'a c.d: Lex

Myślałem, że rano...Że rano... No właśnie myślałem, że kurwa co? Że sobie wstaniemy, zjemy śniadanko i wszystko będzie pięknie, cudownie tak jak dotychczas? Huh, no błagam na co ja liczyłem? Nie dość, że przelizałem się z dziewczyną to po tym wszystkim niemalże ją zgwałcili. Jestem już skreślony grubym, czarnym,  permanentnym markerem.
Wkurzony uderzyłem ręką w drzwi z całej siły, po czym opierając się o ścianę zsunałem się po niej na podłogę. Przeczesałem nerwowo włosy i dopiero w tamtej chwili uświadomiłem sobie jak bardzo boli mnie głowa, żebra i pięści. Ja pierdole to już po moich zawodach.., Oby tak dalej, oby tak dalej.
Siedziałem tak z nadzieją, że może otworzy mi jednak drzwi co najmniej dwie godziny. Ale nic z tego. W końcu podniosłem tyłek i powolnym krokiem ruszyłem do mieszkania. Najlepsze go mogę zrobić to zniknąć z życia tej dziewczyny. Ledwo się znamy a ona już mnie nie cierpi. Pierdolona Milene! Na samą myśl o tej suczy podnosi mi się ciśnienie. Szkoda, że wtedy nie zdechła... Wielka szkoda.
Po przekroczeniu progu mieszkania od razu czmychnąłem do łazienki aby oszacować szkody. Co tu dużo mówić nie wyglądam najlepiej, nie dziwię się, że wywaliła mnie za drzwi. Teraz wiem, miała trzy powody, a nie dwa. Wziąłem zimny prysznic podczas którego starałem się skupić na tym jak szybko wrócić do formy i pojawić się z powrotem na boisku. Niestety moje myśli zajmowała pewna osóbka, którą wczoraj zawiodłem po całości... Cholera nie mogę.
Umyłem jeszcze zęby, postawiłem włosy na żel i nie zwracając uwagi na jednodniowy zarost pośpiesznie się ubrałem w czarne jeansy i luźną koszulkę na ramiączkach tego samego koloru. W innych okolicznościach stwierdziłbym, że wyglądam dość odpowiednio na wyrywanie lasek ale teraz ten strój znalazł się na mnie z czystego przypadku. Wyleciałem z mieszkania, zakupiłem ładny bukiecik kwiatów i spróbowałem szczęścia ponownie. Dobijałem się tak długo jedynie pogarszając stan moich paliczków ale to się nie liczyło. Jakieś dwie jędzowate sąsiadki po sześćdziesiątce wydarły na mnie ryj, że mam się uciszyć bo inaczej policję wezwą! Też mi wielkie halo, jakbym policji w życiu nie widział.
- Lex! Do kurwy nędzy otwórz te drzwi!
Odpowiedziała mi cisza, głucha cisza czyli standardzik.
- Proszę Cię. Chce tylko wiedzieć, że wszystko jest w porządku... Proszę...- wyskomliłem.
- Spierdalaj! - odezwał się w końcu zapłakany ale stanowczy głos. Uff...przynajmniej żyje. Ale nie powinna płakać.
- Nie płacz.
- To stąd wreszcie idź!
- Musimy porozmawiać.
Usłyszałem zgrzyt zamków, a następnie dostrzegłem wrak człowieka. Nie wiedziałem, że ta próba gwałtu aż tak nią wstrząsnęła.
- NIC KURWA NIE MUSIMY! - wysyczała z nienawiścią, która podsycił jeszcze bardziej bukiet trzymany przezemnie w rękach. - I W OGÓLE JAKIE MY?! NIE MA ŻADNYCH NAS! Wypierdalaj!
- Pro... - zacząłem i wyciągnąłem kwiaty w jej kierunki
- O NIC NIE PROŚ! Mam Ci to przeliterować? W-Y-P-I-E-R-D-A-L-A-J.- burknęła, wyrwała mi kwiaty i rzuciła je z impetem na ziemię po czym zasadziła mi siarczysty policzek.- Po prostu zniknij.
Spojrzałem na nią z olbrzymim chłodem w oczach, zdradzającym rezerwę. Dość jasno dała mi do zrozumienia, że mam zniknąć.
- Skoro tego właśnie pragniesz. - kiwnąłem głową i odwracając się na pięcie schowałem jedną rękę do kieszeni spodni, a drugą przeczesywałem nerwowo włosy. Słowo daję kiedyś je sobie wszystkie powyrywam. Zrezygnowany ruszyłem przed siebie i los chciał, że trafiłem do tego samego clubu, w którym byliśmy uprzedniego wieczoru. Fenomenalnie!
Zamówiłem sobie drinka ale jakoś mi nie wchodził.W głebi duszy wiedziałem, że powinienem sobie darować i dać jej spokój ale nie mogłem. Wróciłem pod jej mieszkanie i po raz kolejny zacząłem się tłuc. Jednak tym razem nie słyszałem żadnej odpowiedzi, żadnych kroków. Oczami wyobraźni widziałem najgorsze scenariusze i zapewniam, że żaden z nich nie przypadł mi do gustu.
Wówczas w mojej mało rozsądnej głowie zjawił się równie głupi pomysł... Taa zmieni to nieco jej spojrzenie na moją osobę. Skoczyłem do znajomego, który od lat handluje złomem i wziąłem to co niezbędne.
Tak, po pół godzinie otworzyłem jej mieszkanie. Przesada? Być może.
Leżała na kanapie.O nie, nie, nie! Podszedłem sprawdziłem jej tętno, wyczuwalne. Nadgarstki całe, język czysty i źrenice reagują. Na szczęście tylko śpi. Sięgnąłem po koc leżący na fotelu obok koc, żeby ją przykryć. Niestety to ją obudziło, jednak nie spała tak mocno...
Jej zszokowana mina mówiła sama za siebie.
- Ciii... Spokojnie. Nic się nie martw. Nie odzywałaś się i bałem się, że coś sie stało. - już, już miała mi przerwać ale uniosłem stanowczo rękę do góry i ku memu pozytywnemu zaskoczeniu ponownie zamknęła buzię. - Wiem, że wczorajszy wieczór nie był zbyt udany. Wiem, że sytuacja wyglądała dwuznacznie i wiem, że mi już nie ufasz i najchętniej wydrapałabyś mi oczy. Ale... Nie mogę sobie odpuścić. Cholernie się przejmuję i niepokoję. Tak mam swoje powody ja już raz...Ah -urywam, poświęcam chwilę na przeczesanie włosów i zastanowienie się nad tym co powiedzieć dalej. - Możesz mi wierzyć lub nie, nie miałem wpływu na tą akcję w klubie. Nie chciałem żeby to wszystko tak się potoczyło... Przepraszam za to i za to, że tak o sobie tu wszedłem. Chciałem dać Ci spokój ale kiedy zobaczyłem Cie taką zapłakaną... Nie wiedziałem, że aż tak Cie ta napaść poruszyła.  Mam tylko prośbę. Jedną, maleńką. Pozwól mi się Tobą zaopiekować do czasu do którego się nie pozbierasz, a potem zniknę. Obiecuję.
Poprosiłem i spojrzałem jej głęboko w oczy. Proszę maleńka...


< Lex? Wiem, że długo. Przepraszam :< >

poniedziałek, 11 lipca 2016

Od Andrija c.d: Mai

- Ten... No... yy... W sumie to tak - próbowałem się bronić - I tak pije mało a z resztą nie palę.
Nie wiem czy zorientowała się czy palę czy nie. Szybkim krokiem opuściłem mieszkanie i ruszyłem w stronę samochodu. Dzisiaj odbiorę prawko i w głębi duszy byłem szczęśliwy - na legalu poprowadzę samochód. Ale to nie było ważne. Dużo większą uwagę przykuło pytanie Mai. Czyżby jej zależało? Nie wiem. Jest to bardzo prawdopodobne. Odruchowo sięgnąłem po papierosa. Tak jak we wszystkich stresujących sytuacjach. Nie miałem ognia. Poprosiłem jakąś panią o ogień, ponieważ widziałem, że też rozkoszuje się tym rakotwórczym gównem tytoniowym. Nie paliłem tego z własnej woli a może jednak paliłem? Nie wiem. Wiem tylko, że zacząłem palić w wieku 16 lat. Nie było tego dużo. Średnio 1-2 paczki na 4-5 tygodni. Dla porównania mój brat palił około 10-12 paczek w ciągu miesiąca. Był to swego rodzaju odstresowywacz. W sumie to "nauczyłem" się palić. Tylko czy można nazwać to "nauczeniem"? Raczej nie. Wiem! Dowiedziałem się jak się z tego korzysta. Świetna nauka, doprawdy. Przy tych jakże świetnych rozmyślaniach straciłem trzy minuty i całego peta. Spalił się. Chciałem wziąć kolejnego jednak nie mogłem. Po pierwsze nie miałem już fajek, po drugie ognia i co najważniejsze po trzecie powinienem to rzucić. Wsiadłem do auta i odjechałem w stronę urzędu miasta w celu odbioru dokumentów.

---

Minęło parę godzin. Było około 14. Część roboty już zrobiliśmy. W porównaniu do tego co zostało to tak naprawdę nic nie tknęło. Postawiliśmy bazę na nogi. Teraz tylko trzeba wszystko zaprogramować i ustawić od nowa. Aha, bym jeszcze zapomniał, że strony urzędowe trzeba postawić raz jeszcze od podstaw. Brak zapisów bazy danych robi swoje. Najśmieszniejsze jest w tym to, że na ośmiu informatyków, tylko dwóch pracuje. Świetne wymówki sobie znaleźli. Jeden powiedział, że jest chory, inny ma chore dziecko a jeszcze inny ma chorą żonę, którą musi się opiekować. Szczegół jest tylko jeden. Wszyscy są kawalerami. Jednak naszego szefa, wielkiego pana inżyniera Smitha to nic nie obchodziło. Z tego wszystkiego zrobiłem sobie przerwę na kawę. Normalnie nie piję ale miałem kaca. Nieprawdopodobniej od tego całego wina. Jak można pić wino? Tóż to nawet alkoholu nie przypomina a bardziej jakiś soczek. Winogrono? No może jest smaczne ale jako owoc a nie pseudo procenty. Moja przerwa nie trwała zbyt długo. Przyszedł mój kompan niedoli, ponieważ potrzebował pomocy. Zapomniałem dodać, że cała reszta "informatyków" to banda studentów na praktykach. Zostałem sam. Równie dobrze mogli by wysłać go do domu lub mógł wymyśleć sobie jakąś sprytną wymówkę. Z tego co się dowiedziałem to rodzice kazali mu przyjść. Jeszcze lepiej! Ziomek co musi "pracować" a raczej udawać pod przymusem a i o podwyżce nie ma mowy. Chyba zrezygnuje z tej roboty. Tylko gdzie pójdę? Nie wiem...
Wróciłem do pracy. Teoretycznie powinienem skończyć o 16 po mamy ośmio godzinne zmiany ale to raczej nie przejdzie.

---

Była 22. Ledwo dojechałem. Przysypiałem na jedno oko. Nawet nie zwróciłem uwago czy Maya była w środku. Byłem zbyt zmęczony, żeby zauważyć takie szczegóły. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę sypialni. Zrzuciłem koszulę i zasnąłem w jeansach. Nie wiem czy minęła minuta, bo zasnąłem niemal tak szybko jak znalazłem się w mieszkaniu.

---

Minęło parę dni. Była sobota. Sobota rano. Robote już skończyliśmy wszystko działało. Przebudziłem się. Jednak nie chciało mi się wstawać. Usiadłem na łóżku i zobaczyłem obraz od Mai. Był piękny, pewnie dlatego, że ja tam jestem. Wyglądało zajebiście. Musiałbym to kiedyś oprawić. Po paru minutach ruszyłem do kuchni. Zjadłem śniadanie i spakowałem torbę. Trzeba iść na siłkę. Sprawdzałem czy wszystko jest. Buty? Są. Spodenki? Są. Szejk proteinowy? Jest. Wszystko było spakowane. Stwierdziłem, że pójdę z buta. Trzeba oszczędzać środowisko. Hehe, jaki ze mnie ekolog? - zastanowiłem się. Jebać to. Miałem zbyt dobry humor by go sobie zepsuć na rozmyślaniu nad jakimiś bzdetami biologicznymi. Gdy byłem w połowie drogi przypomniało mi się o Mai. Może mam u niej szanse? Chyba tak. Tak sądzę. Wysłałem jej sms'a z pytaniem czy nie chciałaby pójść ze mną do kina na jakiś film. Przez parę minut nie doczekałem się odpowiedzi. W tym czasie znalazłem się na siłowni...

(Maya? Sorki, że tak długo ale tak jakoś wyszło <: )