Jestem niesamowicie zadowolony z decyzji panny Savannah.Nieskromnie mówiąc wybór posady
mojej asystentki był o wiele lepszym wyborem. Wizja wydawania jej poleceń wydaje się być nadzwyczaj kusząca... Sam Jackson był w
ogromnym szoku, że znalazłem sobie asystentkę. Ja zwolennik wszelakiej niezależności i indywidualności plus ktoś kto odwali za mnie część roboty. Koniec świata. Ale dobrze, tak właśnie ma być i tego właśnie chcę, a on niech sobie myśli co chce. Chociaż prawda jest taka, że ja wiem co temu poczciwemu człowiekowi w głowie siedzi... Niejednokrotnie traktował mnie jak swojego dzieciaka, dzieciaka albo wnuka w sumie jeden pies. Każdy potrzebuje kogoś bliskiego, a na dobrą sprawę on poza dorobkiem swojego życia, którego z kolei część zawdzięcza mnie nie ma nic. Prawdziwy człowiek biznesu, poświęcił życie rodzinne dla firmy. Czy było warto? Nie wiem, nie jestem nim. Ale na pewno odwalił szmat dobrej roboty... Cudownie, kolejne spotkanie na które zostałem wysłany... Na całe szczęście jestem osobą uprzywilejowaną i mam prawo do wielu rzeczy. Oj tak, do wielu. Zatem będę potrzebował dodatkowego świstku.
Ruszyłem z Sav na lunch i z momentem przekroczenia progu firmy zszedłem nieco z oficjalnego tonu.
- Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracować. - rzuciłem w celu napoczęcia jakiejś rozmowy.
- Ja również. - odpowiedziała.
Miałem ochotę ugryźć temat dnia wczorajszego. Ale nie bardzo wiedziałem jak. "Słuchaj wczoraj byłaś taka fajna..." Odpada, wyjdzie że na co dzień nie jest fajna. Hmmm... "Wczoraj ślicznie się uśmiechałaś..." Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Coś bardziej neutralnego.
- Wczorajszy dzień był niezwykle udany. - stwierdziłem, w miarę usatysfakcjonowany wybrnięciem ze swoich wątpliwości.
- Mnie też się bardzo podobał.
Huh... Czyli okrutny powrót do rzeczywistości. Straciłem tą wesolutką i otwartą Sav. Ale dlaczego? Czy kluczem do jej osoby są konie? Jeżeli tak to nie widzę innej możliwości niż przyprowadzenie jakiegoś do firmy. Bo musimy się jakoś porozumiewać. Oh tajemnicza istoto... chociażbym miał postradać zmysły i przekopać najstarsze cmentarze znajdę klucz do Twojego wnętrza.
Weszliśmy do pobliskiej knajpy, złożyliśmy zamówienie i zajęliśmy miejsca. Mam dwie sprawy, nie cierpiące zwłoki i między innymi dlatego wyciągnąłem ją na lunch, by wiedziała, że zależy mi na tym prywatnie a nie służbowo.
- Słuchaj, przejdę do rzeczy, mógłbym owinąć to w bawełnę ale nie widzę takiego sensu. W ten piątek mamy bankiet. Taka tam nudna impreza. W każdym razie chciałbym abyś poszła tam jako moja osoba towarzysząca. Obowiązują stroje galowe, ah z resztą co się będę rozgadywał.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wręczyłem jej ozdobne, gustowne zaproszenie wypisane złotą czcionką. Tak skarbie przyjęcie u snobów. Posłałem jej spojrzenie w stylu " Witam w moim okropnym świecie, ale to dopiero początek" .
- Jeżeli się zgodzisz to potem możemy pójść uczcić Twoją nową pracę. - zaproponowałem.
Będzie idealnie jeżeli się zgodzi ...No właśnie jeżeli się zgodzi. Na pewno jest świadoma, że będzie tam masa ludzi, a ja nie jestem osobą niewidzialną. Niestety idąc tam ze mną będzie w samiutkim centrum uwagi...
< Sav? Sory, że takie nijakie ale w sumie nie bardzo wiedziałam co napisać ;-; c: >
sobota, 18 czerwca 2016
Od Lionka c.d: Lex
Co ja najlepszego narobiłem... W sumie to nie ja a Milene ale u licha... Niech no szlag! Taki piekny wieczór zrujnowany. Choćbym nie wiem jak się starał coś zawsze musi pójść nie tak. Teraz czeka mnie albo rychły koniec naszej cholernie krótkiej znajomości albo milion tłumaczeń. Gdzie Milene tam po prostu kłopoty, tam ogromne kłopoty. Ale z resztą jestem głupi, że w ogóle do tego dopuściłem. Szok. Tak to dobre określenie tego co poczułem, bo z tego co mi wiadomo księżna miała być na zupełnie innym kontynencie.
- Odpierdol się do kurwy nędzy. Było tak pięknie. - wysyczałem jej w twarz. Nienawiść i agresja, te dwa uczucia budziła we mnie to babsko.
- Ależ Lionku... - rzuciła słodko i uwiesiła mi się na szyi.
- NIE WPIERDALAJ SIE.! Ja nic od Ciebie nie chce więc bądź tak łaskawa i zniknij! Raz a na zawsze. - burknąłem jak ostatni cham i prostak, a oczy ludzi w około były skierowane tylko na nas. Ludzka wścibskość nie ma granic. Odepchnąłem ją od siebie
Co jak co ale jedno muszę jej przyznać mimo upływu czasu nic się nie zmieniła. Nadal ma tą swoją świetną, zgrabną, wysportowaną sylwetkę.
Ale co po tym? Nie tylko ona taką ma i nie tylko to się liczy. Chociażby Lex też jest niesamowicie zbudowana. Właśnie, gdzie ona u licha jest?
Stanąłem przed klubem i pośpiesznie rozejrzałem się po ulicy. Lewo, ani śladu. Na wprost podobnie. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem drobny kobiecy kształt. Kolory w sumie też się zgadzały także bez wątpliwości stwierdziłem, że to ona. Niestety zaniepokoiło mnie coś innego... Nie szła sama. W odstępie paru a może parunastu kroków podążał za nią koleś podobnej do mnie postury. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie fakt, że ma na sobie mega obcisłą i krótką kieckę oraz tego, że widziany przeze mnie obraz obudził we mnie bardzo niepożądane uczucia.
Kurwa, kurwa, kurwa obym się mylił. W co ja wierzę? W tej kwestii zawsze należy dmuchać na zimne. Oj tak... Raz już popełniłem ten błąd. Drugi nie zamierzam. Ruszyłem biegiem w tamtą stronę z zabójczą prędkością.
-Lex! Uważaj! LEX!!! - darłem się ile sił w płucach jednak dziewczyna mnie nie słyszała.
Dogoniłem ich w samą porę a nawet trochę po czasie, gdyż ta namiastka mężczyzny zdążyła położyć swoje obleśne łapy na nie swojej własności. Nie znaczy to rzecz jasna że należy ona do mnie ale bądź co bądź na pewno nie do niego. Słowa, które wypowiedział pod adresem tej niewinnej damy odbiły mi się echem w głowie aby następnie zmrozić krew w żyłach i obudzić drzemiąca we mnie mniej miłą stronę. Żebym to ja go zaraz nie zostawił w krzakach jak ostatnie ścierwo.
-ZOSTAW JĄ!!! Zostaw ją, zboczeńcu!-krzyknąłem i chwyciłem go za wsiarz odciągając od dziewczyny. Zaraz się z nim tak zabawię, że seksu mu się do końca życia odechce. Rzuciłem się na niego z pięściami także po chwili napastnik leżał na ziemi. Jego ryj przyprawiał mnie o mdłości... Moje zacięcie było nie do opisania jakbym stracił panowanie nad sobą, jakbym wpadł w trans. Szczerze mówiąc nie czułem nawet ciosów, które mi zadawał, a gościu mojej miary siłą rzeczy musiał mi zadać ich parę. Liczyło się tylko to by dostał za swoje. Chlastałem go po mordzie raz za razem siedząc na nim okrakiem. Im bardziej puchła mu morda tym bardziej się nakręcałem. Furia? To zdecydowanie za słabe słowo by oddać to co czułem.
- Kurwa szmaciarzu jebany! Zatłukę Cię!!!- ryknąłem.
- Lion! LION!!! Wystarczy !- rozległ się przerażony krzyk Lex. On Cie dotknął, uwierz mi maleńka nie wystarczy. Jej rozkaz nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Oderwałem się od ledwo przytomnego kolesia dopiero kiedy mną szarpnęła. Płakała. Nie wiem czy dlatego że się mnie wystraszyła, czy przez to co miało miejsce, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu.
- Nie płacz. - od razu zmiękłem i mój ton z ostrego zmienił się w łagodny i przyjemny. - Proszę nie płacz. Chodź do domu.
Objąłem ją i powoli weszliśmy do jej mieszkania. Była rozdygotana, a ja skonsternowany. Nie bardzo wiedziałem jak powinienem się zachować. Serio ktoś powinien pisać jakieś poradniki na każdą okazję.
Mieszkanie miała urządzone bardzo gustownie jednakowoż nie był to moment na podziwianie pomieszczeń. Rozejrzałem się pośpiesznie szukając jakiejś inspiracji... JEST!
Wszedłem do jej łazienki i zdjąłem wiszący na wieszaku milusi szlafrok. To da jej chyba poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, nie? W końcu małe dzieci mają po coś swoje pluszowe kocyki. Opatuliłem ją i podprowadziłem do kanapy, na której usiedliśmy. Była w okropnym stanie i wcale jej się nie dziwię. Pierw ktoś próbuję Cię zgwałcić a potem patrzysz niemalże na śmierć człowieka... I tak była cholernie odważna i dzielna.
- Chodź tu myszor, przytul się. - wymamrotałem i przyciągnąłem ją blisko do siebie, tak że siedziała oparta o moją klatkę piersiową... . - Cichutko. Już dobrze mała... Przepraszam za to. Nie powinienem do tego dopuścić. No proszę już nie płacz. Jesteś tu ze mną bezpieczna. Jeżeli czegoś potrzebujesz to mów.
Uspokajałem ją w miarę swoich możliwości gładząc ją delikatnie po włosach. To wszystko było moją pierdoloną winą... Kurwa mać no przecież tylko ja potrafię wszystko tak koncertowo spierdolić.
- Wyjdź. - zaskomliła. O nie. Co to to nie. Będziesz chciała to jutro mnie wywalisz ale nie ma mowy, że dziś zostaniesz tu sama.
- Lex.Bebé... Proszę Cię. Jutro porozmawiamy teraz o tym nie myśl.
Nie wypuściłem jej z objęć ani na chwilkę i siedziałem tak godzinę a może więcej w milczeniu, aż w końcu udało jej się uspokoić i zasnąć. Dzielna dziewczynka.
-Confía en mí, por favor. Nie skrzywdzę Cię - wymruczałem cichutko pewien, że mnie nie słyszy i dałem jej delikatnego buziaczka w skroń. Następnie wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Rano będzie mniej zdezorientowana, chociaż tyle mogę zrobić. Zdjąłem jej buty, a następnie opatuliłem kołdrą. W innych okolicznościach bym ją przebrał, ale wolałem nie posuwać się tak daleko po takich rewelacjach. Dopiero kiedy emocje opadły i wytworzona przez organizm adrenalina przestała działać poczułem, że i mi się nieźle dostało. Kostki na pięściach miałem sine, rozcięty lewy łuk brwiowy, pękniętą wargę i lekko potłuczone żebra. Ale walić to to pikuś w porównaniu do bólu, który czuła Lexington,
Kierowany wszechogarniającym żalem i poczuciem winy przyniosłem sobie z kuchni taborecik i postawiłem w kącie pokoju, z którego będę mógł się jej uważnie przyglądać. Czemu? A temu, czy nie ma koszmarów i temu żeby nie była sama jak się obudzi. To chyba najgorsze co może być...
< Lex? ♥ >
- Odpierdol się do kurwy nędzy. Było tak pięknie. - wysyczałem jej w twarz. Nienawiść i agresja, te dwa uczucia budziła we mnie to babsko.
- Ależ Lionku... - rzuciła słodko i uwiesiła mi się na szyi.
- NIE WPIERDALAJ SIE.! Ja nic od Ciebie nie chce więc bądź tak łaskawa i zniknij! Raz a na zawsze. - burknąłem jak ostatni cham i prostak, a oczy ludzi w około były skierowane tylko na nas. Ludzka wścibskość nie ma granic. Odepchnąłem ją od siebie
Co jak co ale jedno muszę jej przyznać mimo upływu czasu nic się nie zmieniła. Nadal ma tą swoją świetną, zgrabną, wysportowaną sylwetkę.
Ale co po tym? Nie tylko ona taką ma i nie tylko to się liczy. Chociażby Lex też jest niesamowicie zbudowana. Właśnie, gdzie ona u licha jest?
Stanąłem przed klubem i pośpiesznie rozejrzałem się po ulicy. Lewo, ani śladu. Na wprost podobnie. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem drobny kobiecy kształt. Kolory w sumie też się zgadzały także bez wątpliwości stwierdziłem, że to ona. Niestety zaniepokoiło mnie coś innego... Nie szła sama. W odstępie paru a może parunastu kroków podążał za nią koleś podobnej do mnie postury. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie fakt, że ma na sobie mega obcisłą i krótką kieckę oraz tego, że widziany przeze mnie obraz obudził we mnie bardzo niepożądane uczucia.
Kurwa, kurwa, kurwa obym się mylił. W co ja wierzę? W tej kwestii zawsze należy dmuchać na zimne. Oj tak... Raz już popełniłem ten błąd. Drugi nie zamierzam. Ruszyłem biegiem w tamtą stronę z zabójczą prędkością.
-Lex! Uważaj! LEX!!! - darłem się ile sił w płucach jednak dziewczyna mnie nie słyszała.
Dogoniłem ich w samą porę a nawet trochę po czasie, gdyż ta namiastka mężczyzny zdążyła położyć swoje obleśne łapy na nie swojej własności. Nie znaczy to rzecz jasna że należy ona do mnie ale bądź co bądź na pewno nie do niego. Słowa, które wypowiedział pod adresem tej niewinnej damy odbiły mi się echem w głowie aby następnie zmrozić krew w żyłach i obudzić drzemiąca we mnie mniej miłą stronę. Żebym to ja go zaraz nie zostawił w krzakach jak ostatnie ścierwo.
-ZOSTAW JĄ!!! Zostaw ją, zboczeńcu!-krzyknąłem i chwyciłem go za wsiarz odciągając od dziewczyny. Zaraz się z nim tak zabawię, że seksu mu się do końca życia odechce. Rzuciłem się na niego z pięściami także po chwili napastnik leżał na ziemi. Jego ryj przyprawiał mnie o mdłości... Moje zacięcie było nie do opisania jakbym stracił panowanie nad sobą, jakbym wpadł w trans. Szczerze mówiąc nie czułem nawet ciosów, które mi zadawał, a gościu mojej miary siłą rzeczy musiał mi zadać ich parę. Liczyło się tylko to by dostał za swoje. Chlastałem go po mordzie raz za razem siedząc na nim okrakiem. Im bardziej puchła mu morda tym bardziej się nakręcałem. Furia? To zdecydowanie za słabe słowo by oddać to co czułem.
- Kurwa szmaciarzu jebany! Zatłukę Cię!!!- ryknąłem.
- Lion! LION!!! Wystarczy !- rozległ się przerażony krzyk Lex. On Cie dotknął, uwierz mi maleńka nie wystarczy. Jej rozkaz nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Oderwałem się od ledwo przytomnego kolesia dopiero kiedy mną szarpnęła. Płakała. Nie wiem czy dlatego że się mnie wystraszyła, czy przez to co miało miejsce, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu.
- Nie płacz. - od razu zmiękłem i mój ton z ostrego zmienił się w łagodny i przyjemny. - Proszę nie płacz. Chodź do domu.
Objąłem ją i powoli weszliśmy do jej mieszkania. Była rozdygotana, a ja skonsternowany. Nie bardzo wiedziałem jak powinienem się zachować. Serio ktoś powinien pisać jakieś poradniki na każdą okazję.
Mieszkanie miała urządzone bardzo gustownie jednakowoż nie był to moment na podziwianie pomieszczeń. Rozejrzałem się pośpiesznie szukając jakiejś inspiracji... JEST!
Wszedłem do jej łazienki i zdjąłem wiszący na wieszaku milusi szlafrok. To da jej chyba poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, nie? W końcu małe dzieci mają po coś swoje pluszowe kocyki. Opatuliłem ją i podprowadziłem do kanapy, na której usiedliśmy. Była w okropnym stanie i wcale jej się nie dziwię. Pierw ktoś próbuję Cię zgwałcić a potem patrzysz niemalże na śmierć człowieka... I tak była cholernie odważna i dzielna.
- Chodź tu myszor, przytul się. - wymamrotałem i przyciągnąłem ją blisko do siebie, tak że siedziała oparta o moją klatkę piersiową... . - Cichutko. Już dobrze mała... Przepraszam za to. Nie powinienem do tego dopuścić. No proszę już nie płacz. Jesteś tu ze mną bezpieczna. Jeżeli czegoś potrzebujesz to mów.
Uspokajałem ją w miarę swoich możliwości gładząc ją delikatnie po włosach. To wszystko było moją pierdoloną winą... Kurwa mać no przecież tylko ja potrafię wszystko tak koncertowo spierdolić.
- Wyjdź. - zaskomliła. O nie. Co to to nie. Będziesz chciała to jutro mnie wywalisz ale nie ma mowy, że dziś zostaniesz tu sama.
- Lex.Bebé... Proszę Cię. Jutro porozmawiamy teraz o tym nie myśl.
Nie wypuściłem jej z objęć ani na chwilkę i siedziałem tak godzinę a może więcej w milczeniu, aż w końcu udało jej się uspokoić i zasnąć. Dzielna dziewczynka.
-Confía en mí, por favor. Nie skrzywdzę Cię - wymruczałem cichutko pewien, że mnie nie słyszy i dałem jej delikatnego buziaczka w skroń. Następnie wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Rano będzie mniej zdezorientowana, chociaż tyle mogę zrobić. Zdjąłem jej buty, a następnie opatuliłem kołdrą. W innych okolicznościach bym ją przebrał, ale wolałem nie posuwać się tak daleko po takich rewelacjach. Dopiero kiedy emocje opadły i wytworzona przez organizm adrenalina przestała działać poczułem, że i mi się nieźle dostało. Kostki na pięściach miałem sine, rozcięty lewy łuk brwiowy, pękniętą wargę i lekko potłuczone żebra. Ale walić to to pikuś w porównaniu do bólu, który czuła Lexington,
Kierowany wszechogarniającym żalem i poczuciem winy przyniosłem sobie z kuchni taborecik i postawiłem w kącie pokoju, z którego będę mógł się jej uważnie przyglądać. Czemu? A temu, czy nie ma koszmarów i temu żeby nie była sama jak się obudzi. To chyba najgorsze co może być...
< Lex? ♥ >
Od Andrij'a c.d: Mai
Złapałem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. Wpadła idealnie w me ramiona. Przytuliłem ją mocno. Było to trochę krępujące, ponieważ większość dziewczyn przytula się w klatę. Maya nie mogła tego zrobić. Była prawie tak samo wysoka jak ja.
- Ja Ciebie też – odparłem.
Czyżby urok zaczął działać? – zastanawiałem się w głębi duszy. Staliśmy tak przez parę chwil. Pocałowałem ją w czoło.
- Ja Ciebie też - powtórzyłem trochę ciszej.
W sumie nie wiem czemu to powiedziałem. Może dlatego, żeby nie było jej przykro? Sam nie wiem. Nie byłem pewien co do takich poważnych decyzji. Rozpłakała się. Zaczęliśmy przesuwać się w stronę kanapy. Zasadniczo to ja się poruszałem a May'a szła posłusznie za mną. Usiedliśmy i Em przytuliła się jeszcze mocniej. Kazałem jej chwilę poczekać. Poszedłem do kuchni i wziąłem wino. Kieliszki zgarnąłem w drodze powrotnej. Kiedy wróciłem była lekko uspokojona, jednak jeszcze szlochała. Postawiłem ją przed celem dokonanym. Będziemy pić, co prawda wino... No ale lepsze wino od herbaty czy kawy.
***
Minęło parę godziny a opróżnianie butelek szło nam bardzo szybko. Już nawet zaczęliśmy popijać szkocką. Co było spowodowane brakiem tak dużej ilości wina. Przez ten cały czas rozmawialiśmy. Maya była szczęśliwa... szczęśliwa i pijana. Ale to drugie to mniejszy szczegół. Mogła się w końcu komuś wyżalić. Z tego co wiedziałem to nikogo innego bliskiego nie miała. Kończyliśmy już kolejną butelkę "rudej", gdy May'a powiedziała, że musi już iść. Zaproponowałem jej nocleg. Bez zbędnej gadki zgodziła się. Miała takie małe oczka i często ziewała. Swoją drogą też byłem już zmęczony. Przez cały wieczór rozmyślałem co by było gdyby. Dla przykładu jakbym był z May'ą i poszlibyśmy do jakiegoś teatru czy innego ośrodka kultury to co założyłaby szpilki? Wtedy będzie wyższa ode mnie o parę lub paręnaście centymetrów. Poszliśmy do sypialni. W sumie to ja poszedłem a Em musiałem zanieść. Ledwo trzymała się na nogach. Po drodze zasnęła mi na rękach. Położyłem ja na łóżko i przykryłem. Sam zrobiłem to samo chwilę później. Teoretycznie mógłbym z nią się teraz przespać a ona i tak nic by nie pamiętała - pomyślałem - Ale takie pijane szprotki to nie dla mnie. To żaden wyczyn. No chyba, że jesteś studentem jak ten P.. Pablo? Chyba tak. Jakoś tak miał. Po paru chwilach poszliśmy spać.
Około piątej, może piątej dwadzieścia zadzwonił mój telefon. Wstałem czym prędzej i go odebrałem, by nie obudzić Mai. Na próżno. I tak się obudziła.
- Co się stało? - zapytała się łapiąc za głowę.
- Nic - odparłem i wyszedłem z sypialni przymykając drzwi. Dzwonił mój przełożony.
- Andrij? - usłyszałem głos ze słuchawki.
- Tak, słucham? - odpowiedziałem- Jest problem. Przyjedź jak najszybciej.
- Ale co się stało, przecież dzisiaj jest sobota... - nie dokończyłem zdania.
- W nocy był pożar - kontynuował - W urzędzie miasta a dokładniej to w serwerowni. Większość serwerów uległa zniszczeniu. W mieście nie ma sygnalizacji oraz większości systemów jak i stron rządowych.
- Dobrze... Będę jak najszybciej. Kurwa. Super - pomyślałem.
Trzeba będzie konfigurować i wgrywać wszystko od nowa. Można byłoby wgrać kopię zapasową ale takiej urząd miasta aktualnie nie posiada. Ostatni backup danych jest z grudnia 2008 roku. No proszę, jest 2016. To prawie 8 lat. Stawianie całej sieci Nowego Jorku od podstaw zajmie nam co najmniej miesiąc, chociaż przełożeni uparcie przekonują (w zasadzie rozkazują), że uwiniemy się w tydzień. Co to oznacza? Tylko jedno, tak jak to jest zazwyczaj. Ostra harówka 24/7. Nie będę miał czasu na nic. Dosłownie na nic...Chociaż w sumie może to dobrze? Będę miał czas, żeby wszystko jeszcze raz przemyśleć.Wyszedłem na balkon by zapalić papierosa. Wszystko mi się teraz zwala na łeb. Praca, May'a i jeszcze te dokumenty. Jakoś nie mam czasu by podejść do urzędu po prawo jazdy czy dowód osobisty. Już byłem w połowie szluga, gdy nagle ujrzałem Em. Sprawnie go wyrzuciłem przez balkon. Wróciliśmy do sypialni, jednak nie poszliśmy już spać. Szybko się ubrałem i przeprosiłem ją ale musiałem się szybko zjawić w pracy. Szybkim krokiem wyszedłem z domu, zostawiając jej zapasowe klucze i udałem się do swojego samochodu. Schodząc po schodach wyciągnąłem fajkę i zacząłem ją do ust. Może teraz będzie mi dane ją skończyć? Pomachałem jeszcze jej, ponieważ stała na balkonie i odjechałem.
<Maya?>
- Ja Ciebie też – odparłem.
Czyżby urok zaczął działać? – zastanawiałem się w głębi duszy. Staliśmy tak przez parę chwil. Pocałowałem ją w czoło.
- Ja Ciebie też - powtórzyłem trochę ciszej.
W sumie nie wiem czemu to powiedziałem. Może dlatego, żeby nie było jej przykro? Sam nie wiem. Nie byłem pewien co do takich poważnych decyzji. Rozpłakała się. Zaczęliśmy przesuwać się w stronę kanapy. Zasadniczo to ja się poruszałem a May'a szła posłusznie za mną. Usiedliśmy i Em przytuliła się jeszcze mocniej. Kazałem jej chwilę poczekać. Poszedłem do kuchni i wziąłem wino. Kieliszki zgarnąłem w drodze powrotnej. Kiedy wróciłem była lekko uspokojona, jednak jeszcze szlochała. Postawiłem ją przed celem dokonanym. Będziemy pić, co prawda wino... No ale lepsze wino od herbaty czy kawy.
***
Minęło parę godziny a opróżnianie butelek szło nam bardzo szybko. Już nawet zaczęliśmy popijać szkocką. Co było spowodowane brakiem tak dużej ilości wina. Przez ten cały czas rozmawialiśmy. Maya była szczęśliwa... szczęśliwa i pijana. Ale to drugie to mniejszy szczegół. Mogła się w końcu komuś wyżalić. Z tego co wiedziałem to nikogo innego bliskiego nie miała. Kończyliśmy już kolejną butelkę "rudej", gdy May'a powiedziała, że musi już iść. Zaproponowałem jej nocleg. Bez zbędnej gadki zgodziła się. Miała takie małe oczka i często ziewała. Swoją drogą też byłem już zmęczony. Przez cały wieczór rozmyślałem co by było gdyby. Dla przykładu jakbym był z May'ą i poszlibyśmy do jakiegoś teatru czy innego ośrodka kultury to co założyłaby szpilki? Wtedy będzie wyższa ode mnie o parę lub paręnaście centymetrów. Poszliśmy do sypialni. W sumie to ja poszedłem a Em musiałem zanieść. Ledwo trzymała się na nogach. Po drodze zasnęła mi na rękach. Położyłem ja na łóżko i przykryłem. Sam zrobiłem to samo chwilę później. Teoretycznie mógłbym z nią się teraz przespać a ona i tak nic by nie pamiętała - pomyślałem - Ale takie pijane szprotki to nie dla mnie. To żaden wyczyn. No chyba, że jesteś studentem jak ten P.. Pablo? Chyba tak. Jakoś tak miał. Po paru chwilach poszliśmy spać.
Około piątej, może piątej dwadzieścia zadzwonił mój telefon. Wstałem czym prędzej i go odebrałem, by nie obudzić Mai. Na próżno. I tak się obudziła.
- Co się stało? - zapytała się łapiąc za głowę.
- Nic - odparłem i wyszedłem z sypialni przymykając drzwi. Dzwonił mój przełożony.
- Andrij? - usłyszałem głos ze słuchawki.
- Tak, słucham? - odpowiedziałem- Jest problem. Przyjedź jak najszybciej.
- Ale co się stało, przecież dzisiaj jest sobota... - nie dokończyłem zdania.
- W nocy był pożar - kontynuował - W urzędzie miasta a dokładniej to w serwerowni. Większość serwerów uległa zniszczeniu. W mieście nie ma sygnalizacji oraz większości systemów jak i stron rządowych.
- Dobrze... Będę jak najszybciej. Kurwa. Super - pomyślałem.
Trzeba będzie konfigurować i wgrywać wszystko od nowa. Można byłoby wgrać kopię zapasową ale takiej urząd miasta aktualnie nie posiada. Ostatni backup danych jest z grudnia 2008 roku. No proszę, jest 2016. To prawie 8 lat. Stawianie całej sieci Nowego Jorku od podstaw zajmie nam co najmniej miesiąc, chociaż przełożeni uparcie przekonują (w zasadzie rozkazują), że uwiniemy się w tydzień. Co to oznacza? Tylko jedno, tak jak to jest zazwyczaj. Ostra harówka 24/7. Nie będę miał czasu na nic. Dosłownie na nic...Chociaż w sumie może to dobrze? Będę miał czas, żeby wszystko jeszcze raz przemyśleć.Wyszedłem na balkon by zapalić papierosa. Wszystko mi się teraz zwala na łeb. Praca, May'a i jeszcze te dokumenty. Jakoś nie mam czasu by podejść do urzędu po prawo jazdy czy dowód osobisty. Już byłem w połowie szluga, gdy nagle ujrzałem Em. Sprawnie go wyrzuciłem przez balkon. Wróciliśmy do sypialni, jednak nie poszliśmy już spać. Szybko się ubrałem i przeprosiłem ją ale musiałem się szybko zjawić w pracy. Szybkim krokiem wyszedłem z domu, zostawiając jej zapasowe klucze i udałem się do swojego samochodu. Schodząc po schodach wyciągnąłem fajkę i zacząłem ją do ust. Może teraz będzie mi dane ją skończyć? Pomachałem jeszcze jej, ponieważ stała na balkonie i odjechałem.
<Maya?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)
