W końcu, w końcu, w końcu... Nie zniósłbym już dłużej tych wszystkich ślepi wgapiających się w moją, podkreślę moją towarzyszkę. Toż to ludzkie pojęcie przechodzi. Szczyt bezczelności i chamstwa. Dlaczego?
Ano dlatego, że nie jest to ich dama. Ano dlatego, że każdy ma prawo do odrobiny prywatności.
Ano dlatego, że musiałem czuwać przez cały bankiet, w grę przecież nawet nie wchodziła możliwość spuszczenia Savannah z oczu.
Ano dlatego, że nie lubię się dzielić. Nie tym co należy do mnie... I nie tym na co sam ciężko zapracowałem. A nie ukrywajmy proces zaznajamiania się z Sav był dość czasochłonny i zdecydowanie nie należał do najprostszych.
Natomiast z drugiej strony im się nie dziwię, gdyż błyszczała tego wieczoru jaśniej niż najjaśniejsza gwiazdka. Ta sukienka była warta każdego dolara. Właściwie to raczej nie efekt sukienki, a samej modelki... W końcu jak to mówią, ładnemu we wszystkim ładnie.
No nic, następnym razem zabiorę ją ubraną w worek na ziemniaki. Może chociaż on zniechęci tych pajaców. Taaaak. To bardzo ale to bardzo dobry pomysł.
Uśmiechnąłem się do siebie pod nosem, zdziwiony pomysłem, który zrodził się w mojej głowie.
- Wybacz, za tą prawdopodobnie najnudniejszą imprezę swojego życia... Mam jednak nadzieję, że reszta wieczoru będzie choć odrobinę lepsza. - wymamrotałem czując się do tego zobowiązany.
- Nie było tak źle.
- Kłamczuszek.
-Kłamczuszek? - parsknęła śmiechem, nie dowierzając własnym uszom.
- Tak, kłamczuszek. A bo co? - mruknąłem udając naburmuszonego chłopczyka. Choć nigdy nie dopuszczam do sytuacji, w których ktokolwiek by ze mnie kpił dla niej mógłbym być obiektem żartów już na zawsze, byleby więcej się śmiała. Ma naprawdę wyjątkowy śmiech.
- Tak potoczne i na dodatek zdrobnione słowo dziwnie brzmi w twoich ustach... - wypiszczała między atakami śmiechu.
A to niby dlaczego?
- Miło mi, że wydaję Ci się zabawny.- rzuciłem lekko sarkastycznie, aby nie stracić do końca na wyrazistości.
- Wbrew pozorom często taki jesteś.
-Oh doprawdy? Dotychczas nie zarzucono mi niczego podobnego.-uśmiechnąłem się do niej ciepło.
To dopiero dało mi do myślenia. Nie chcę żeby ludzie odbierali mnie jako zabawnego. Mają czuć do mnie respekt i szacunek. To jedyne co pozwoli mi na osiągnięcie sukcesu, BEZ zbędnych incydentów czy przeszkód.
- W takim razie czas najwyższy, aby ktoś Cię w końcu uświadomił. - prychnęła.
Nowe oblicze panienki Savannah. Hmm... Podoba mi się. Pozwala mi to wierzyć w fakt, że się przy mnie otwiera.
- Igrasz z ogniem maleńka. - odparłem równie żartobliwie, bez większego namysłu. Jednak nie był to najlepszy pomysł, gdyż dziewczyna momentalnie pobladła na twarzy, a jej śliczne oczyska straciły ten nietypowy błysk. Cholera jasna, było ugryźć się w język... - To miał być żart. - zapewniłem i spojrzałem na nią z nadzieją. Niestety za późno.
Nie pozostało mi nic innego jak skupić sie na drodze i wierzyć, że na miejscu znów się rozpromieni. Po dziesięciu kolejnych minutach spędzonych w przeokropnej ciszy dotarliśmy. Przed nami znajdował się luksusowy hotel z najlepszą restauracją w okolicy, której lokalizacją był dach budynku.
Wysiadłem z samochodu i poszedłem otworzyć drzwi Savannah. Ująłem jej dłoń pomagając wysiąść z pojazdu.
- Pani pozwoli. Służę. - oznajmiłem i zgiąłem rękę w łokciu by mogła się złapać ze mną pod rękę. Zawsze wygląda to bardzo dostojnie i niewątpliwie będzie dobrze postrzegane w tym miejscu. Sav kiwnęła lekko głową i dała się poprowadzić. Ruszyliśmy w kierunku hotelowego holu kiedy rzuciłem kluczyki boyowi aby zaparkował elegancko samochodzik.
Zaprowadziłem dziewczynę do windy i klikając odpowiedni guziczek dałem jej sygnał, że chcemy się znaleźć na ostatnim piętrze.
- Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości...- wymamrotałem, w chwili gdy drzwi otworzyły się. - Czuj się swobodnie. Cały restauracyjny taras jest tylko dla nas.- zapewniłem.
Na środku stał pięknie przystrojony stolik, a z boku profesjonalnie ubrany kelner czekający na nasze zamówienia. Jednak nie to robiło największe wrażenie, bo tak naprawdę to widok bezpowrotnie zapierał dech w piersiach.
- Chłodno tu...- mruknąłem i sciągnąłem marynarkę, po czym nie czekając na odpowiedź zarzuciłem Savi na ramiona. Podprowadziłem ją do stolika. Zdawała się być w szoku, co jedynie potęgowało moją niepewność. Hmm...Powiedzieć jej od razu? Czy jeszcze nie? A co jak zaraz ucieknie? Trudno. Teraz albo nigdy.- Byłbym wdzięczny, jakbyś sięgnęła do prawej kieszeni w marynarce.
Dziewczyna bez większego namysłu wykonała polecenie i otworzyła małą książeczkę. Dowód zakupu konia, oraz wszelkie- podobno- niezbędne dokumenty. Na jej buzi malował się jeszcze większy szok oraz niedowierzanie...
- Nalepsze życzenia, z okazji znalezienia nowej pracy. - powiedziałem ciepło z udawanym spokojem.
<Savi? Sporo wrażeń :D >
poniedziałek, 26 grudnia 2016
sobota, 3 grudnia 2016
Od Damona CD Lucy
-Szczerze, mi też nie robi żadnej różnicy, co obejrzymy-odparłem. Spojrzałem na Lucy, a ona wzruszyła ramionami. Podała mi pilota, a ja zacząłem skakać po kanałach.
-Jak zwykle, w TV nic ciekawego nie ma...-mruknąłem.-Przeszukajmy więc płyty.
Chciałem zgasić telewizor, ale jednak stało się coś, co mi na to nie pozwoliło. Wysiadł prąd, a smieszkaniu zrobiło się prawie całkiem ciemno.
-Serio...?-rzuciłem w przestrzeń. Włączyłem latarkę w telefonie i przeszedłem do kuchni.-Poczekaj chwilę, skombinuję jakieś świeczki.
Otworzyłem jedną z szafek i wyjąłem z niej kilka dużych świec. Postawiłem je na ławie przed kanapą, z tylnej kieszeni jeansów wyjąłem zapalniczkę i zapaliłem je. Potem podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Latarnie się świeciły, okoliczne budynki też miały oświetlenie.
-W około wszystko jest OK-powiedziałem do siedzącej na kanapie Lucy. Podrapałem się w tył głowy.-Pójdę do sąsiadów.
Wyszedłem więc z mieszkania i zapukałem do sąsiadów. Niestety, do siebie wróciłem z niczym.
-W całym budynku nie ma prądu, zadzwonię do administracji, żeby dowiedzieć się o co chodzi-oznajmiłem od progu. Sięgnąłem po komórkę i wykręciłem odpowiedni numer.
Rozmowa okazała się być bezowocna.
-I jak tam?-spytała Lucy. Wzruszyłem ramionami.
-Jakaś masakra. Nikt nic nie wie. Dobre jest to, że obiecali kogoś przysłać. Ale nie mam pojęcia jak im to wyjdzie... Niby Nowy Jork, super wielkie miasto, genialne technologie, ale generatorów w bloku nie ma-prychnąłem.
Usiadłem na kanapie obok dziewczyny.
-Chyba nic dzisiaj nie obejrzymy - mój laptop nie jest naładowany. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?-przeczesałem włosy i rzuciłem Lucy przepraszający uśmiech.
-Nic się nie stało, nie martw się-odparła i także się uśmiechnęła.
Jejku, ale ona pięknie się uśmiecha! Tak w ogóle, nastrój zrobił się jakiś taki romantyczny... Te świece i wszystko...
Poprawiłem się na kanapie odwracając w jej stronę.
-Co chciałabyś w takim razie robić?
-Nie mam pojęcia...
-Może... Pogramy w karty? Albo w Monopoly? Albo-zrobiłem złowieszczą minę i zmieniłem ton głosu na taki horrorystyczny-poopowiadamy historie o duchach?
Zaśmiałem się i puściłem Lucy oczko. Zauważyłem, że dziewczyna zaczerwieniła się lekko, co tylko dodało jej uroku.
-A więc, co wybierasz, moja panno?-spytałem, tym razem mówiąc głosem lokaja czy innego dworzanina.
Lucy, moja panno? :*
-Jak zwykle, w TV nic ciekawego nie ma...-mruknąłem.-Przeszukajmy więc płyty.
Chciałem zgasić telewizor, ale jednak stało się coś, co mi na to nie pozwoliło. Wysiadł prąd, a smieszkaniu zrobiło się prawie całkiem ciemno.
-Serio...?-rzuciłem w przestrzeń. Włączyłem latarkę w telefonie i przeszedłem do kuchni.-Poczekaj chwilę, skombinuję jakieś świeczki.
Otworzyłem jedną z szafek i wyjąłem z niej kilka dużych świec. Postawiłem je na ławie przed kanapą, z tylnej kieszeni jeansów wyjąłem zapalniczkę i zapaliłem je. Potem podszedłem do okna i wyjrzałem przez nie. Latarnie się świeciły, okoliczne budynki też miały oświetlenie.
-W około wszystko jest OK-powiedziałem do siedzącej na kanapie Lucy. Podrapałem się w tył głowy.-Pójdę do sąsiadów.
Wyszedłem więc z mieszkania i zapukałem do sąsiadów. Niestety, do siebie wróciłem z niczym.
-W całym budynku nie ma prądu, zadzwonię do administracji, żeby dowiedzieć się o co chodzi-oznajmiłem od progu. Sięgnąłem po komórkę i wykręciłem odpowiedni numer.
Rozmowa okazała się być bezowocna.
-I jak tam?-spytała Lucy. Wzruszyłem ramionami.
-Jakaś masakra. Nikt nic nie wie. Dobre jest to, że obiecali kogoś przysłać. Ale nie mam pojęcia jak im to wyjdzie... Niby Nowy Jork, super wielkie miasto, genialne technologie, ale generatorów w bloku nie ma-prychnąłem.
Usiadłem na kanapie obok dziewczyny.
-Chyba nic dzisiaj nie obejrzymy - mój laptop nie jest naładowany. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz?-przeczesałem włosy i rzuciłem Lucy przepraszający uśmiech.
-Nic się nie stało, nie martw się-odparła i także się uśmiechnęła.
Jejku, ale ona pięknie się uśmiecha! Tak w ogóle, nastrój zrobił się jakiś taki romantyczny... Te świece i wszystko...
Poprawiłem się na kanapie odwracając w jej stronę.
-Co chciałabyś w takim razie robić?
-Nie mam pojęcia...
-Może... Pogramy w karty? Albo w Monopoly? Albo-zrobiłem złowieszczą minę i zmieniłem ton głosu na taki horrorystyczny-poopowiadamy historie o duchach?
Zaśmiałem się i puściłem Lucy oczko. Zauważyłem, że dziewczyna zaczerwieniła się lekko, co tylko dodało jej uroku.
-A więc, co wybierasz, moja panno?-spytałem, tym razem mówiąc głosem lokaja czy innego dworzanina.
Lucy, moja panno? :*
niedziela, 20 listopada 2016
Od Lucy c.d: Damonka
Damon to zdecydowanie najcudowniejsza osoba na świecie, niewiele osób w dzisiejszych czasach przygarnęłoby kogoś niemalże obcego pod swój dach. Nie ukrywam, że odnoszę wrażenie, iż go wykorzystuję... Co nie znaczy, że mi się ta sytuacja nie podoba. No bo powiedzmy sobie jasno. Jest on bardzo atrakcyjnym mężczyzną w sile wieku i naprawdę nie wierzę, że nie ma żony i co najmniej jednego małego brzdąca o równie orzechowych oczach co on... W każdym razie będę miała sporo okazji aby nacieszyć się jego widokiem. Pozostaje tylko jedna sprawa będę musiała ustalić z nim kwestie dokładania się do rachunków, ale to już nie dziś, bo jak to mówią co za dużo to nie zdrowo.
Film? W sumie czemu nie. Takie wspólne leniuchowanie musi być przyjemne.
- Wolałabym się nie narażać gospodarzowi poprzez wybór filmu, który mógłby się mu nie podobać. - wymamrotałam z teatralnym zaniepokojeniem.
- Zaraz to mi się narazisz jak nie podejmiesz tej decyzji.
- O nie!- uniosłam ręce w udawanym zdziwieniu do szeroko otwartej buzi. Damon w odpowiedzi przewrócił oczami i udał się do kuchni po przekąski.
- W takim razie skoro mam wybór to obejrzyjmy jakieś tanie romansidło. - podeszłam do chłopaka i sugestywnie poruszyłam brwiami.
- O boże...- westchnął ciężko.-...a mogłem sam wybrać
- Mogłeś, oj mogłeś... Aleeee teraz już nie ma odwrotu.
I wtedy niczym jak w typowym filmie romantycznym spojrzeliśmy na siebie wyzywająco i rzuciliśmy się w stronę telewizora jak pięciolatki. Wojna o pilota rozpoczęta.
Po zaciętej przepychance czystym fartem udało mi się chwycić to magiczne urządzenie w swoje łapki. Już, już chciałam świętować jednak uświadomiłam sobie, że sprytny i przebiegły lisek, zwany również Damonem na pewno ani myśli się poddać. Czym prędzej zerwałam się na nogi i stanęłam po drugiej stronie kanapy.
- Buuuu...- wykrzyknęłam machając pilotem.
- Choć tutaj!
- Ani mi się myśli oddać swoje zwycięstwo.
- Tak? - prychnął - W takim razie sam Ci je zabiorę.
Podążył zdecydowanym krokiem w moim kierunku, a ja nie chcąc dać się złapać rozpoczełam kolejne okrążenie wkoło kanapy. Temu zabójczemu pościgowi towarzyszyły donośnie krzyki, chichy i śmiechy. Nie minęło jednak wiele czasu a Xav niemalże mnie dorwał, dosłownie musnął mój rękaw. Kierowana instynktem i chęcią ucieczki chciałam skrócić drogę przemierzając ją przez sofę. Niestety podjęta przeze mnie próba jedynie mnie spowolniła i zostałam schwytana. Damon złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie w taki sposób, że koniec końców leżeliśmy na tapczanie. Wróć, poprawka. Ja leżałam na meblu, a on na mnie.
Wówczas odniosłam wrażenie, że czas znacznie zwolnił o ile w ogóle się nie zatrzymał. Ciekawe czy dlatego, że tak zadziałała na mnie bliskość tego ciasteczka, czy może było to spowodowane wcześniejszym wysiłkiem... Taaa, aha... No na pewno.
Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy dosłownie wdzierając się do swoich dusz, śmiało mogę powiedzieć że utonęłam w jego spojrzeniu... W jego gorącym spojrzeniu. Kierowani zasadą carpe diem i adrenaliną zbliżyliśmy swoje twarze na tyle blisko, że stykaliśmy się nosami. Nasze nierównomierne oddechy się ze sobą zmieszały, mój umysł został zaćmiony, a serce jeszcze bardziej przyśpieszyło i byłam niemalże pewna, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Oddałabym wszystko by ta chwila trwała wiecznie, ba nawet by potoczyła sie dalej.
Jednak nie... Takie rzeczy dzieją się niestety tylko w filmach. Do naszych nosów dotarł zapach... Bardzo ale to bardzo nieprzyjemny zapach.
- Kurwa! Popcorn! - krzyknął i poleciał w stronę zadymionej kuchni.
I zostałam sama, kompletnie zdezorientowana i zaszokowana swoją własną reakcją. Cholerny popcorn, mógł poczekać chociaż te parenaście sekund...
- Chyba z tego już nic nie będzie. - powiedział zrezygnowany. - Musi nam wystarczyć czekolada i inne przekąski.
- Okay. - odpowiedziałam starając się by mój głos brzmiał jak najnaturalniej.Wierzyłam również, że te cholerne oczy chociaż raz będą ze mną współpracować i mnie nie zdradzą. Chciałam iść mu pomóc ale nogi miałam jak z waty więc stwierdziłam, że poczekam. Udało mu się szybko ze wszystkim uwinąć, a ja w międzyczasie tylko włączyłam telewizor.
- No to co oglądamy? Nie robi mi to różnicy- zapewniłam.
< Damonku? :D >
Film? W sumie czemu nie. Takie wspólne leniuchowanie musi być przyjemne.
- Wolałabym się nie narażać gospodarzowi poprzez wybór filmu, który mógłby się mu nie podobać. - wymamrotałam z teatralnym zaniepokojeniem.
- Zaraz to mi się narazisz jak nie podejmiesz tej decyzji.
- O nie!- uniosłam ręce w udawanym zdziwieniu do szeroko otwartej buzi. Damon w odpowiedzi przewrócił oczami i udał się do kuchni po przekąski.
- W takim razie skoro mam wybór to obejrzyjmy jakieś tanie romansidło. - podeszłam do chłopaka i sugestywnie poruszyłam brwiami.
- O boże...- westchnął ciężko.-...a mogłem sam wybrać
- Mogłeś, oj mogłeś... Aleeee teraz już nie ma odwrotu.
I wtedy niczym jak w typowym filmie romantycznym spojrzeliśmy na siebie wyzywająco i rzuciliśmy się w stronę telewizora jak pięciolatki. Wojna o pilota rozpoczęta.
Po zaciętej przepychance czystym fartem udało mi się chwycić to magiczne urządzenie w swoje łapki. Już, już chciałam świętować jednak uświadomiłam sobie, że sprytny i przebiegły lisek, zwany również Damonem na pewno ani myśli się poddać. Czym prędzej zerwałam się na nogi i stanęłam po drugiej stronie kanapy.
- Buuuu...- wykrzyknęłam machając pilotem.
- Choć tutaj!
- Ani mi się myśli oddać swoje zwycięstwo.
- Tak? - prychnął - W takim razie sam Ci je zabiorę.
Podążył zdecydowanym krokiem w moim kierunku, a ja nie chcąc dać się złapać rozpoczełam kolejne okrążenie wkoło kanapy. Temu zabójczemu pościgowi towarzyszyły donośnie krzyki, chichy i śmiechy. Nie minęło jednak wiele czasu a Xav niemalże mnie dorwał, dosłownie musnął mój rękaw. Kierowana instynktem i chęcią ucieczki chciałam skrócić drogę przemierzając ją przez sofę. Niestety podjęta przeze mnie próba jedynie mnie spowolniła i zostałam schwytana. Damon złapał mnie w pasie i przyciągnął do siebie w taki sposób, że koniec końców leżeliśmy na tapczanie. Wróć, poprawka. Ja leżałam na meblu, a on na mnie.
Wówczas odniosłam wrażenie, że czas znacznie zwolnił o ile w ogóle się nie zatrzymał. Ciekawe czy dlatego, że tak zadziałała na mnie bliskość tego ciasteczka, czy może było to spowodowane wcześniejszym wysiłkiem... Taaa, aha... No na pewno.
Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy dosłownie wdzierając się do swoich dusz, śmiało mogę powiedzieć że utonęłam w jego spojrzeniu... W jego gorącym spojrzeniu. Kierowani zasadą carpe diem i adrenaliną zbliżyliśmy swoje twarze na tyle blisko, że stykaliśmy się nosami. Nasze nierównomierne oddechy się ze sobą zmieszały, mój umysł został zaćmiony, a serce jeszcze bardziej przyśpieszyło i byłam niemalże pewna, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Oddałabym wszystko by ta chwila trwała wiecznie, ba nawet by potoczyła sie dalej.
Jednak nie... Takie rzeczy dzieją się niestety tylko w filmach. Do naszych nosów dotarł zapach... Bardzo ale to bardzo nieprzyjemny zapach.
- Kurwa! Popcorn! - krzyknął i poleciał w stronę zadymionej kuchni.
I zostałam sama, kompletnie zdezorientowana i zaszokowana swoją własną reakcją. Cholerny popcorn, mógł poczekać chociaż te parenaście sekund...
- Chyba z tego już nic nie będzie. - powiedział zrezygnowany. - Musi nam wystarczyć czekolada i inne przekąski.
- Okay. - odpowiedziałam starając się by mój głos brzmiał jak najnaturalniej.Wierzyłam również, że te cholerne oczy chociaż raz będą ze mną współpracować i mnie nie zdradzą. Chciałam iść mu pomóc ale nogi miałam jak z waty więc stwierdziłam, że poczekam. Udało mu się szybko ze wszystkim uwinąć, a ja w międzyczasie tylko włączyłam telewizor.
- No to co oglądamy? Nie robi mi to różnicy- zapewniłam.
< Damonku? :D >
wtorek, 23 sierpnia 2016
Od Andrija c.d: Mai
Wstałem z łóżka. Była 9.
- Ehh.. - pomyślałem - ..jak zwykle wstaje późno... Muszę kiedyś zmienić ten nawyk...
May'a polegiwała jeszcze w łóżku, więc ją zostawiłem i kazałem się nie ruszać. Poszedłem do łazienki i wziąłem prysznic. Ubrałem się w koszulę i założyłem pierwsze lepsze jeansy. Następnie udałem się do pobliskiej piekarni, żeby kupić chleb i parę bułek. Po drodze wkroczyłem do warzywniaka i nabyłem dwie sztuki pomidora. Wracając odpaliłem sobie fajkę.
***
Minęło parę minut i byłem już pod kamienicą. Otworzyłem drzwi i szybkim krokiem udałem się do mojego mieszkania. Wszedłem do środka i zaniosłem zakupy do kuchni. Zdjąłem kurtkę i zajrzałem do sypialni. May'a zasnęła.
- No to robimy śniadanie do łóżka - pomyślałem - Laski chyba lubią coś takiego.
Pokroiłem pomidora i ogórka. Wyjąłem ser i szynkę, a następnie wszystko poukładałem elegancko na talerzach. Zagrzałem wodę na herbatę lub kawę. Chleb i bułki umieściłem w małym koszyczku. Wszystkie rzeczy ustawiłem na tacy. Ruszyłem w stronę sypialni.
- May'a wstajemy! - próbowałem ją obudzić.
Ocknęła się po chwili. Miała zaspane oczy i raczej nie orientowała się co i jak.
- Zrobiłem śniadanie - uświadomiłem Em. - Chcesz kawę czy herbatę?
Uśmiechnęła się.
- Herbatę - odparła.
Poszedłem do kuchni i zrobiłem dwie herbaty. Dodatkowo dla siebie zrobiłem proteinowego szejka.
Wziąłem przysmak anglików i wróciłem do sypialni.
<Maya?>
- Ehh.. - pomyślałem - ..jak zwykle wstaje późno... Muszę kiedyś zmienić ten nawyk...
May'a polegiwała jeszcze w łóżku, więc ją zostawiłem i kazałem się nie ruszać. Poszedłem do łazienki i wziąłem prysznic. Ubrałem się w koszulę i założyłem pierwsze lepsze jeansy. Następnie udałem się do pobliskiej piekarni, żeby kupić chleb i parę bułek. Po drodze wkroczyłem do warzywniaka i nabyłem dwie sztuki pomidora. Wracając odpaliłem sobie fajkę.
***
Minęło parę minut i byłem już pod kamienicą. Otworzyłem drzwi i szybkim krokiem udałem się do mojego mieszkania. Wszedłem do środka i zaniosłem zakupy do kuchni. Zdjąłem kurtkę i zajrzałem do sypialni. May'a zasnęła.
- No to robimy śniadanie do łóżka - pomyślałem - Laski chyba lubią coś takiego.
Pokroiłem pomidora i ogórka. Wyjąłem ser i szynkę, a następnie wszystko poukładałem elegancko na talerzach. Zagrzałem wodę na herbatę lub kawę. Chleb i bułki umieściłem w małym koszyczku. Wszystkie rzeczy ustawiłem na tacy. Ruszyłem w stronę sypialni.
- May'a wstajemy! - próbowałem ją obudzić.
Ocknęła się po chwili. Miała zaspane oczy i raczej nie orientowała się co i jak.
- Zrobiłem śniadanie - uświadomiłem Em. - Chcesz kawę czy herbatę?
Uśmiechnęła się.
- Herbatę - odparła.
Poszedłem do kuchni i zrobiłem dwie herbaty. Dodatkowo dla siebie zrobiłem proteinowego szejka.
Wziąłem przysmak anglików i wróciłem do sypialni.
<Maya?>
środa, 27 lipca 2016
Od Mai CD Andrija
- Nic się nie zmieniło...Prócz Nas...- Wyszeptałam.
Chłopak zaśmiał się. Wziął mnie za rękę. Podeszliśmy bliżej brzegu. Usiadłąm na trawie, Andrij obok mnie. Pocałowaliśmy się...Znów. Uwielbiałam to.
- Który to raz?- Zapytał nagle.
- Oh...Kto to liczy! Ważne, że się kochamy.- Odparłam.
Andrij objął mnie ręką i przytulił. Ta noc zostania zapamiętana do końca mojego życia.
******
Nie pamiętam co się stało. Obudziłam się u mojego chłopaka. Ten spał tuż obok. Szturchnęłam go w ramie.
- Hej, co jest mała?- Zapytał zaspany.
- Czemu nic nie pamiętam? Opowiedz mi co było potem!- Zawołałam.
- No więc byłaś zaspana jak nie wiem. Rozpętała się burza. Uciekliśmy do domu. I koniec.- Opowiedział.
Przybliżyłam się do Andrij'a.
- Kocham Cię, wiesz?- Zaśmiał się.
- Ja Ciebie też.- Westchnęłam.- Ja Ciebie też...
<Andrij?>
Sorry za tło, wklejam z mobilnego i nie mam jak poprawić + przez najbliższe dni (do niedzieli włącznie) mnie nie ma.
Chłopak zaśmiał się. Wziął mnie za rękę. Podeszliśmy bliżej brzegu. Usiadłąm na trawie, Andrij obok mnie. Pocałowaliśmy się...Znów. Uwielbiałam to.
- Który to raz?- Zapytał nagle.
- Oh...Kto to liczy! Ważne, że się kochamy.- Odparłam.
Andrij objął mnie ręką i przytulił. Ta noc zostania zapamiętana do końca mojego życia.
******
Nie pamiętam co się stało. Obudziłam się u mojego chłopaka. Ten spał tuż obok. Szturchnęłam go w ramie.
- Hej, co jest mała?- Zapytał zaspany.
- Czemu nic nie pamiętam? Opowiedz mi co było potem!- Zawołałam.
- No więc byłaś zaspana jak nie wiem. Rozpętała się burza. Uciekliśmy do domu. I koniec.- Opowiedział.
Przybliżyłam się do Andrij'a.
- Kocham Cię, wiesz?- Zaśmiał się.
- Ja Ciebie też.- Westchnęłam.- Ja Ciebie też...
<Andrij?>
Sorry za tło, wklejam z mobilnego i nie mam jak poprawić + przez najbliższe dni (do niedzieli włącznie) mnie nie ma.
wtorek, 26 lipca 2016
Od Andrija cd Mai
Wiesz... Bo... Ja Ciebie bardzo lubię... - zjąkałem się - Yyy... Znaczy... No wiesz...
Złapałem oddech. Em próbowała coś powiedzieć. Jednak przerwałem jej.
- Chcesz być moją dziewczyną? - zadałem pytanie retoryczne. Nie oczekiwałem odpowiedzi w tej chwili.
Widziałem, że znowu próbowała coś powiedzieć. Tak jak wcześniej - przerwałem jej. Przysunąłem się do niej i pocałowałem ją, po czym mocno przytuliłem.
- Nie musisz odpowiadać teraz... - wyszeptałem - Zastanów się... Zastanów się dobrze...
Staliśmy wtuleni w siebie przez chwilę. Było prawie jak w jakimś filmie romantycznym. A może to był taki film? Albo chociaż scena? Nie wiem. Raczej nie.
- Chodź - powiedziałem.
- Gdz.. Gdzie? - zjąkała się.
- Zobaczysz... - kontynuowałem - Ale zamknij oczy...
Zamknęła oczy. Złapałem ją za rękę i ruszyłem w stronę samochodu. Posłusznie szła za mną, nie buntowała się. To mi się podoba.
To ja tutaj rozdaje karty - pomyślałem. Doszliśmy do samochodu, otworzyłem jej drzwi i posadziłem. Po chwili sam znalazłem się w aucie.
***
Minęło parę minut. Byliśmy na miejscu. Wysiadłem i wziąłem May'e za rękę. Wystartowaliśmy. Szliśmy w ciszy około 5 albo 6 minut i byliśmy przy celu. Średnio co 3-4 kroki bacznie sprawdzałem czy aby na pewno nie podgląda. Czekała nas jeszcze chwilowa wędrówka przez park i będziemy. Im bliżej byliśmy tym bardziej biło mi serce. Po dłuższej wędrówce znaleźliśmy się przy celu.
- Ta da! - krzyknąłem - Możesz otworzyć oczy.
Założyłem jej rękę na ramię i przytuliłem.
- Tak, to jest to jezioro w którym po raz pierwszy się całowaliśmy
<Maya?>
Złapałem oddech. Em próbowała coś powiedzieć. Jednak przerwałem jej.
- Chcesz być moją dziewczyną? - zadałem pytanie retoryczne. Nie oczekiwałem odpowiedzi w tej chwili.
Widziałem, że znowu próbowała coś powiedzieć. Tak jak wcześniej - przerwałem jej. Przysunąłem się do niej i pocałowałem ją, po czym mocno przytuliłem.
- Nie musisz odpowiadać teraz... - wyszeptałem - Zastanów się... Zastanów się dobrze...
Staliśmy wtuleni w siebie przez chwilę. Było prawie jak w jakimś filmie romantycznym. A może to był taki film? Albo chociaż scena? Nie wiem. Raczej nie.
- Chodź - powiedziałem.
- Gdz.. Gdzie? - zjąkała się.
- Zobaczysz... - kontynuowałem - Ale zamknij oczy...
Zamknęła oczy. Złapałem ją za rękę i ruszyłem w stronę samochodu. Posłusznie szła za mną, nie buntowała się. To mi się podoba.
To ja tutaj rozdaje karty - pomyślałem. Doszliśmy do samochodu, otworzyłem jej drzwi i posadziłem. Po chwili sam znalazłem się w aucie.
***
Minęło parę minut. Byliśmy na miejscu. Wysiadłem i wziąłem May'e za rękę. Wystartowaliśmy. Szliśmy w ciszy około 5 albo 6 minut i byliśmy przy celu. Średnio co 3-4 kroki bacznie sprawdzałem czy aby na pewno nie podgląda. Czekała nas jeszcze chwilowa wędrówka przez park i będziemy. Im bliżej byliśmy tym bardziej biło mi serce. Po dłuższej wędrówce znaleźliśmy się przy celu.
- Ta da! - krzyknąłem - Możesz otworzyć oczy.
Założyłem jej rękę na ramię i przytuliłem.
- Tak, to jest to jezioro w którym po raz pierwszy się całowaliśmy
<Maya?>
sobota, 23 lipca 2016
Od Mai CD Andrij'a
Dostałam SMS'a od Andrij'a. Chciał, bym poszła z nim do kina. Bez wahania zgodziłam się. O 19;00 jest komedia romantyczna. O 18;30 mam być u niego. Ale najpierw na zakupy! Poszłam do najmodniejsze galerii w mieście. Zeszło mi dobre 3 godziny. Kupiłam parę sukienek, bluzek, bluz, spodenków, 3 pary butów. Dzięki moim obrazom można naprawdę dużo zarobić! Ale w końcu na spotkanie z Andrij'em trzeba być ładnie ubranym! Teraz jest 16;50.
- Trzeba się szykować!- Zawołałam.
Pobiegłam do sypialni. Założyłam nową bluzkę, rurki, trampki, jakieś tam dodatki...I oczywiście delikatny makijaż. Spojrzałam na zegarek. 18;00.
- ,,Już będę wyjeżdżać! "- Pomyślałam.
Zeszłam do garażu przy bloku, wsiadłam w auto i wyruszyłam do Andrij'a. Ten czekał na mnie na zewnątrz.
- Hej mała! Gotowa?- Powitał mnie.
- Dobrze! No to...Do kina?- Odparłam.
- No spoko. Wsiadaj.- Zawołał i podszedł do stojącego na ulicy auta.
Ja poszłam za nim. Do kina jechaliśmy 10 minut. Weszliśmy do kina. Film miał tytuł: ,,Moja była".
- Dziwny tytuł.- Szepnęłam do chłopaka.
Ten zaśmiał się. Weszliśmy do sali kinowej. Okazało się, że film był naprawdę ciekawy. Pewna scena była naprawdę straszna. Przytuliłam się do Andrij'a. Ten objął mnie ręką. Coraz bardziej zbliżaliśmy się coraz bliżej. Wtedy pocałowałam chłopaka. Trwało to 8-9 sekund. Pierwszy pocałunek. Z chłopakiem z którym...Nie ważne. Ale ciekawe czy mam u niego szansę? Czy nie ma innej? Po zakończeniu filmu poszliśmy do parku. Spacerowaliśmy za rękę, jakbyśmy...Byli parą. Usiedliśmy na ławce. Wyglądało, jakby Andrij miał coś mi powiedzieć...
<Andrij?>
- Trzeba się szykować!- Zawołałam.
Pobiegłam do sypialni. Założyłam nową bluzkę, rurki, trampki, jakieś tam dodatki...I oczywiście delikatny makijaż. Spojrzałam na zegarek. 18;00.
- ,,Już będę wyjeżdżać! "- Pomyślałam.
Zeszłam do garażu przy bloku, wsiadłam w auto i wyruszyłam do Andrij'a. Ten czekał na mnie na zewnątrz.
- Hej mała! Gotowa?- Powitał mnie.
- Dobrze! No to...Do kina?- Odparłam.
- No spoko. Wsiadaj.- Zawołał i podszedł do stojącego na ulicy auta.
Ja poszłam za nim. Do kina jechaliśmy 10 minut. Weszliśmy do kina. Film miał tytuł: ,,Moja była".
- Dziwny tytuł.- Szepnęłam do chłopaka.
Ten zaśmiał się. Weszliśmy do sali kinowej. Okazało się, że film był naprawdę ciekawy. Pewna scena była naprawdę straszna. Przytuliłam się do Andrij'a. Ten objął mnie ręką. Coraz bardziej zbliżaliśmy się coraz bliżej. Wtedy pocałowałam chłopaka. Trwało to 8-9 sekund. Pierwszy pocałunek. Z chłopakiem z którym...Nie ważne. Ale ciekawe czy mam u niego szansę? Czy nie ma innej? Po zakończeniu filmu poszliśmy do parku. Spacerowaliśmy za rękę, jakbyśmy...Byli parą. Usiedliśmy na ławce. Wyglądało, jakby Andrij miał coś mi powiedzieć...
<Andrij?>
piątek, 22 lipca 2016
Od Damon'a CD Lucy
Przewróciłem oczami, zrobiłem znudzoną minę a potem puściłem Lucy oczko. Nucąc pod nosem ogarnąłem ubrania a potem usiadłem przy stole kuchennym.
-Jako że lubię mieć wszystko uporządkowane i ustalone, oto moja propozycja na dalszy plan dnia-powiedziałem.-Przygotuję obiad, pojedziemy po Twoje rzeczy a samym wieczorem zapraszam Cię na domowy wieczór filmowy. Co Ty na to?
-Wszystko mi pasuje, tylko...
-Hmmm?
-Pojedziemy po moje rzeczy? Dlaczego?
-No, chyba nie zamierzasz cały czas chodzić tak? Chociaż nie powiem, że twój dzisiejszy strój mi się nie podoba-puściłem jej oko, a ona posłała mi paraliżujące spojrzenie.
-Ale przecież ja nie mogę...
-Nie ogarniam-wszedłem jej w słowo-Czego nie możesz?
-No, zostać u Ciebie.
-A dlaczego tak sądzisz? Nie chcę, żebyś wracała do tamtego motelu, czy jak kolwiek tamto miejsce nazwać-skrzyżowałem ręce na piersi.
-A ja nie chcę być na Twojej łasce, bo umiem sobie sama poradzić-zaparła się i zrobiła najbardziej stanowczą minę na jaką ją chyba było stać.
-Lucy, posłuchaj mnie. Zapraszam Cię tutaj jako mojego współlokatora, do czasu aż nie znajdziemy Ci jakiegoś normalnego mieszkania. Mam nadzieję, że nie odrzucisz mojej propozycji-uśmiechnąłem się czarująco. Nie zszedłem jednak ze stanowczego tonu i pozy.
Dziewczyna pufnęła, ale nic nie powiedziała.
-Świetnie-powiedziałem.-Uznaję Twoje milczenie za zgodę-wstałem i zabrałem się za przygotowywanie obiadu. Usłyszałem tylko coś, co przypominało "Tylko na chwilę...".
***
Po obiedzie wpakowaliśmy się do auta i podjechaliśmy pod hotel, w którym zakwaterowana była Lucy.
Zaparkowałem i wyszedłem razem z nią. Pomogłem jej zabrać rzeczy i wpakowywałem wszystko do samochodu, a Lu w tym czasie ogarniała należność za zakwaterowanie. Gdy ulokowałem już wszystkie walizki wróciłem do hotelowego holu, by sprawdzić co u mojej współlokatorki. Okazało się, że już wszystko załatwione, więc wróciliśmy do samochodu.
-Damon... Nie chcę sprawiać Ci trudności...
-Nie sprawiasz mi żadnych trudności-uciąłem i przywołałem na twarz przyjazny uśmiech. Odpaliłem auto i ruszyłem.-A tak w ogóle... Idziesz ze mną jutro do salonu?
-Nie wiem, nie chciałabym przeszkadzać.
-Jak będziesz przeszkadzać, to zamknę Cię na zapleczu-odparłem i puściłem jej oczko.-Nie musisz iść ze mną od samego rana, możesz wpaść, jak się wyśpisz.
Dotarcie pod moje mieszkanie zajęło nam trochę czasu, ponieważ stale zakorkowane miasto o tej porze zakorkowywało się jeszcze bardziej. Może trudne to do pojęcia, ale, niestety, jak najbardziej możliwe.
Kiedy byliśmy już na miejscu poleciłem Lucy wiąć klucze od mieszkania i otwierać przede mną drzwi.
Udało mi się zabrać wszystko na raz.
-Może lepiej będzie jak rozłożysz wnoszenie tego wszystkiego na raty?-spytała Lu. Posłałem jej spojrzenie, które mówiło: "Prędzej się zarwę, niż będę chodził po to dwa razy." Ona przewróciła oczami.
-Mężczyźni...-mruknęła.
-Co tam, co tam?
-Niiiic-odparła ze słodkim uśmieszkiem i podążyła przede mną do mieszkania.
Walnąłem wszystkie torby na środku salonu, a po namyśle przesunąłem je pod ścianę.
-No to jak? Co oglądamy? Zniosę nawet komedię romantyczną-powiedziałem z uśmiechem.
Lu? Co chciałabyś obejrzeć? Może jakiś wyciskacz łez? Albo horror? ;>
-Jako że lubię mieć wszystko uporządkowane i ustalone, oto moja propozycja na dalszy plan dnia-powiedziałem.-Przygotuję obiad, pojedziemy po Twoje rzeczy a samym wieczorem zapraszam Cię na domowy wieczór filmowy. Co Ty na to?
-Wszystko mi pasuje, tylko...
-Hmmm?
-Pojedziemy po moje rzeczy? Dlaczego?
-No, chyba nie zamierzasz cały czas chodzić tak? Chociaż nie powiem, że twój dzisiejszy strój mi się nie podoba-puściłem jej oko, a ona posłała mi paraliżujące spojrzenie.
-Ale przecież ja nie mogę...
-Nie ogarniam-wszedłem jej w słowo-Czego nie możesz?
-No, zostać u Ciebie.
-A dlaczego tak sądzisz? Nie chcę, żebyś wracała do tamtego motelu, czy jak kolwiek tamto miejsce nazwać-skrzyżowałem ręce na piersi.
-A ja nie chcę być na Twojej łasce, bo umiem sobie sama poradzić-zaparła się i zrobiła najbardziej stanowczą minę na jaką ją chyba było stać.
-Lucy, posłuchaj mnie. Zapraszam Cię tutaj jako mojego współlokatora, do czasu aż nie znajdziemy Ci jakiegoś normalnego mieszkania. Mam nadzieję, że nie odrzucisz mojej propozycji-uśmiechnąłem się czarująco. Nie zszedłem jednak ze stanowczego tonu i pozy.
Dziewczyna pufnęła, ale nic nie powiedziała.
-Świetnie-powiedziałem.-Uznaję Twoje milczenie za zgodę-wstałem i zabrałem się za przygotowywanie obiadu. Usłyszałem tylko coś, co przypominało "Tylko na chwilę...".
***
Po obiedzie wpakowaliśmy się do auta i podjechaliśmy pod hotel, w którym zakwaterowana była Lucy.
Zaparkowałem i wyszedłem razem z nią. Pomogłem jej zabrać rzeczy i wpakowywałem wszystko do samochodu, a Lu w tym czasie ogarniała należność za zakwaterowanie. Gdy ulokowałem już wszystkie walizki wróciłem do hotelowego holu, by sprawdzić co u mojej współlokatorki. Okazało się, że już wszystko załatwione, więc wróciliśmy do samochodu.
-Damon... Nie chcę sprawiać Ci trudności...
-Nie sprawiasz mi żadnych trudności-uciąłem i przywołałem na twarz przyjazny uśmiech. Odpaliłem auto i ruszyłem.-A tak w ogóle... Idziesz ze mną jutro do salonu?
-Nie wiem, nie chciałabym przeszkadzać.
-Jak będziesz przeszkadzać, to zamknę Cię na zapleczu-odparłem i puściłem jej oczko.-Nie musisz iść ze mną od samego rana, możesz wpaść, jak się wyśpisz.
Dotarcie pod moje mieszkanie zajęło nam trochę czasu, ponieważ stale zakorkowane miasto o tej porze zakorkowywało się jeszcze bardziej. Może trudne to do pojęcia, ale, niestety, jak najbardziej możliwe.
Kiedy byliśmy już na miejscu poleciłem Lucy wiąć klucze od mieszkania i otwierać przede mną drzwi.
Udało mi się zabrać wszystko na raz.
-Może lepiej będzie jak rozłożysz wnoszenie tego wszystkiego na raty?-spytała Lu. Posłałem jej spojrzenie, które mówiło: "Prędzej się zarwę, niż będę chodził po to dwa razy." Ona przewróciła oczami.
-Mężczyźni...-mruknęła.
-Co tam, co tam?
-Niiiic-odparła ze słodkim uśmieszkiem i podążyła przede mną do mieszkania.
Walnąłem wszystkie torby na środku salonu, a po namyśle przesunąłem je pod ścianę.
-No to jak? Co oglądamy? Zniosę nawet komedię romantyczną-powiedziałem z uśmiechem.
Lu? Co chciałabyś obejrzeć? Może jakiś wyciskacz łez? Albo horror? ;>
Od Lu c.d: Damona
Obudziłam się kompletnie skołowana... Nie wiedziałam gdzie jestem, dlaczego tu jestem i jak się tu znalazłam. Nic a nic z wczorajszego wieczoru nie pamiętałam.Ból głowy i towarzyszące mu zawroty przyprawiały mnie o mdłości. Chryste, co ja u licha wczoraj nawyrabiałam. Jedno jest pewne w organiźmie musiałam mieć więcej alkoholu niż krwi, zatem czuję się naprawdę lepiej niż na to zasługuję. Kiedy doszłam do wniosku, że dalsze gdybanie nie wniesie nic do sprawy zwlokłam się z kanapy i rozejrzałam po pomieszczeniu. Naprawdę nie kojarzę tego pokoju. Dopiero w następnej kolejności mój wzrok padł na ławę, na której stała szklanka, jakiś proszek zapewne coś przeciwbólowego i karteczka. Liścik! Zaraz wszystko stanie się jasne, a przynajmniej taką miałam nadzieję. Powoli schyliłam się i sięgnęłam papier odczytując jego treść. Damon, matko ten facet jest najlepszym co mnie tu spoktało. Nie wierzę, przywlókł mnie tu najebaną w cztery dupy, położył spać i zatroszczył się o wszystko żebym wróciła do żywych. Wcale nie musiał tego robić, mógł mnie zostawić na pastwę losu i mogłam się obudzić rano pod jakimś krzakiem... O NIE! To jedna strona medalu. On widział mnie w tym stanie. Ziemio rozstąp się pode mną! Natychmiast! Wyszłam zapewnę na...ah nawet boję się pomyśleć jak teraz mnie postrzega.
Sięgam po tabletki bo dłużej nie jestem w stanie znosić tępego, ostrego i pulsującego bólu. Wypijam całą zawartość szklanki, bo niesamowicie mnie suszy.
- Nie wierzę, że jestem taką idiotką. - syczę wkurzona sama na siebie. Cieszę się, że Damon poszedł do pracy, gdyż nie wiem jak spojrzałabym mu na dzień dobry w oczy. Truptam małymi kroczkami do kuchni i zjadam suchą bułkę ale mój żołądek zdecydowanie odmawia współpracy odrzucając tak cenną dawkę węglowodanów. Lecę szybko kierowana instynktem do pokoju, który zdaje się być łazienką i w najmniej kobiecy sposób zwracam śniadanie. Nigdy więcej się nie napiję. Chwiejnym krokiem podchodzę do prysznica, sięgam z szafki obok po ręcznik, związuje włosy wysoko w luźny kok, rozbieram się, a następnie wchodzę pod gorący strumień wody. Tego zdecydowanie było mi trzeba. Bez większego zastanowienia myję się jego żelem pod prysznic Po szybkim prysznicu pozwalam sobie pożyczyć koszulkę Xaviera, która wisi na suszarce. Robię to czego tak bardzo nienawidzę i zakładam swoją wczorajszą bieliznę. Mój dyskomfort łagodzi jednak jego mięciutki, sięgajacy mi do końca pupy i pachnący nim t-shirt. Może być.
Odnajduję telefon, wystukuję jego numer po czym informuję, że żyję i jest nieźle. Nie kłamię, kryzys mam już zdecydowanie za sobą. Po jego głosie nie jestem w stanie wyczuć w jakim jest nastroju ale mam wrażenie, że jest zatroskany... Obym się nie myliła. Nie bardzo wiem co ze sobą zrobić, głupio mi łazić po czyimś domu bez jego właściciela. Kluczy też brać nie wypada, a jestem mu winna jakieś przeprosiny i wyjaśnienia. Wracam do pokoju i rozglądam się po nim raz jeszcze. Dostrzegam złożoną w kącie deskę do prasowania, która natychmiast przypomina mi pranie wiszące w łazience. Bingo chociaż minimalnie odwdzięczę się za to co dla mnie zrobił, a przy okazji się czymś zajmę. Zadowolona rozkładam deskę, biorę pranie i włączam w telewizorze jakiś kanał z muzyką. Nie muszę długo czekać, aż dobrze znane mi utwory mnie pochłaniają i bez skrępowania śpiewam prasując i lekko przy tym potancując. Matko jak bardzo brakuje mi czasów kiedy mieliśmy swoją kapelę! Praca idzie mi sprawnie, a w momencie w którym wykonuję solówkę na środku pokoju kręcąc pupą i wymachując rękoma na kogoś wpadam. Przerażona odskakuję i gwałtownie się odwracam.
- Boże ale mnie przestraszyłeś! -krzyczę.
Damon z głupim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy przygląda się temu co ja wyrabiam. Nie wiem co krąży mu po głowie ale i mnie się udziela jego uśmiech.
- Cześć. - mruczę.
- Cześć. Widzę, że czujesz się nie najgorzej. - stwierdza pokazując kolistym ruchem ręki na deskę i telewizor. Szczerze nie odczuwam przy nim jakiegoś wielkiego skrępowania, widział już najgorszą wersję mnie więc wzruszam jedynie ramionami.
- Jest dobrze, dziękuję. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić iii... -unoszę brwi nie wiedząc co powiedzieć -...i przepraszam za wczoraj nie wiem co we mnie wstąpiło ale zapewniam Cię, że nie mam w zwyczaju tak robić...
Xavier mierzy mnie wzrokiem, a ja dopiero wtedy uświadamiam sobie, iż jestem ubrana tak jak jestem.
- A i pożyczyłam Twoją koszulkę, mam nadzieję że nie masz nic przeciw.- posyłam mu mój najbardziej czarujący uśmiech na jaki mnie stać i puszczam do niego oczko.
- Nie, skądże.
Jest zszokowany, tak sądzę a mi dobry humor bardzo dopisuje. Daję mu kuśtykańca w bok, a następnie podpieram się pod boki.
- Proszę schować ubrania do szafy! Nie po to pół dnia harowałam ! -rzucam tonem starej, zrzędliwej żonki po czym wręczam mu poprasowane ubrania- No już!
Pośpieszam, a potem zanoszę się szczerym, beztroskim śmiechem.
< Damonku? xD <3 >
Sięgam po tabletki bo dłużej nie jestem w stanie znosić tępego, ostrego i pulsującego bólu. Wypijam całą zawartość szklanki, bo niesamowicie mnie suszy.
- Nie wierzę, że jestem taką idiotką. - syczę wkurzona sama na siebie. Cieszę się, że Damon poszedł do pracy, gdyż nie wiem jak spojrzałabym mu na dzień dobry w oczy. Truptam małymi kroczkami do kuchni i zjadam suchą bułkę ale mój żołądek zdecydowanie odmawia współpracy odrzucając tak cenną dawkę węglowodanów. Lecę szybko kierowana instynktem do pokoju, który zdaje się być łazienką i w najmniej kobiecy sposób zwracam śniadanie. Nigdy więcej się nie napiję. Chwiejnym krokiem podchodzę do prysznica, sięgam z szafki obok po ręcznik, związuje włosy wysoko w luźny kok, rozbieram się, a następnie wchodzę pod gorący strumień wody. Tego zdecydowanie było mi trzeba. Bez większego zastanowienia myję się jego żelem pod prysznic Po szybkim prysznicu pozwalam sobie pożyczyć koszulkę Xaviera, która wisi na suszarce. Robię to czego tak bardzo nienawidzę i zakładam swoją wczorajszą bieliznę. Mój dyskomfort łagodzi jednak jego mięciutki, sięgajacy mi do końca pupy i pachnący nim t-shirt. Może być.
Odnajduję telefon, wystukuję jego numer po czym informuję, że żyję i jest nieźle. Nie kłamię, kryzys mam już zdecydowanie za sobą. Po jego głosie nie jestem w stanie wyczuć w jakim jest nastroju ale mam wrażenie, że jest zatroskany... Obym się nie myliła. Nie bardzo wiem co ze sobą zrobić, głupio mi łazić po czyimś domu bez jego właściciela. Kluczy też brać nie wypada, a jestem mu winna jakieś przeprosiny i wyjaśnienia. Wracam do pokoju i rozglądam się po nim raz jeszcze. Dostrzegam złożoną w kącie deskę do prasowania, która natychmiast przypomina mi pranie wiszące w łazience. Bingo chociaż minimalnie odwdzięczę się za to co dla mnie zrobił, a przy okazji się czymś zajmę. Zadowolona rozkładam deskę, biorę pranie i włączam w telewizorze jakiś kanał z muzyką. Nie muszę długo czekać, aż dobrze znane mi utwory mnie pochłaniają i bez skrępowania śpiewam prasując i lekko przy tym potancując. Matko jak bardzo brakuje mi czasów kiedy mieliśmy swoją kapelę! Praca idzie mi sprawnie, a w momencie w którym wykonuję solówkę na środku pokoju kręcąc pupą i wymachując rękoma na kogoś wpadam. Przerażona odskakuję i gwałtownie się odwracam.
- Boże ale mnie przestraszyłeś! -krzyczę.
Damon z głupim uśmieszkiem wymalowanym na twarzy przygląda się temu co ja wyrabiam. Nie wiem co krąży mu po głowie ale i mnie się udziela jego uśmiech.
- Cześć. - mruczę.
- Cześć. Widzę, że czujesz się nie najgorzej. - stwierdza pokazując kolistym ruchem ręki na deskę i telewizor. Szczerze nie odczuwam przy nim jakiegoś wielkiego skrępowania, widział już najgorszą wersję mnie więc wzruszam jedynie ramionami.
- Jest dobrze, dziękuję. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić iii... -unoszę brwi nie wiedząc co powiedzieć -...i przepraszam za wczoraj nie wiem co we mnie wstąpiło ale zapewniam Cię, że nie mam w zwyczaju tak robić...
Xavier mierzy mnie wzrokiem, a ja dopiero wtedy uświadamiam sobie, iż jestem ubrana tak jak jestem.
- A i pożyczyłam Twoją koszulkę, mam nadzieję że nie masz nic przeciw.- posyłam mu mój najbardziej czarujący uśmiech na jaki mnie stać i puszczam do niego oczko.
- Nie, skądże.
Jest zszokowany, tak sądzę a mi dobry humor bardzo dopisuje. Daję mu kuśtykańca w bok, a następnie podpieram się pod boki.
- Proszę schować ubrania do szafy! Nie po to pół dnia harowałam ! -rzucam tonem starej, zrzędliwej żonki po czym wręczam mu poprasowane ubrania- No już!
Pośpieszam, a potem zanoszę się szczerym, beztroskim śmiechem.
< Damonku? xD <3 >
czwartek, 14 lipca 2016
Od Lex CD Lionka
Cała sytuacja cholernie mnie przygnębiała.
No ale jak inaczej miałam się czuć?
Cały dzień snułam się po mieszkaniu nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zadzwoniłam do pracy i powiedziałam, że jestem obłożnie chora i nie wiem, kiedy wyzdrowieję. Kupili to.
Jako tako zewnętrznie się ogarnęłam, jednak w środku cały czas zostawałam rozbita. Parę razy próbowałam zasnąć, ale nic z tego nie wychodziło. A jeśli już, to budził mnie najlżejszy dźwięk. Stwierdziłam więc, że lepiej będzie naszprycować się kawą. Alkoholu nie miałam, a nie chciałam wychodzić z domu. Piłam zatem czarne jak smoła siekiery.
Gdy przylazł Lion zrobiło się jeszcze gorzej. Cholera czy on nie rozumie, że chcę być sama? Niech w końcu zostawi mnie w spokoju. Dlaczego on się tak mną przejmuje? Niech idzie do tamtej cizi.
Po dłuższym czasie walenia w drzwi nie wytrzymałam i otworzyłam je, żeby mu nagadać.
Kiedy go zobaczyłam na sekundę straciłam rezon. Dlaczego on jest taki przystojny?! Ale nie, niech sobie nie myśli, że się nim przejmuję. To znaczy, tak, przejmuję się nim i to cholernie, ale niech myśli, że jest inaczej. "Trza twardym być, nie miętkim". Nawrzeszczałam na niego i z hukiem zatrzasnęłam drzwi. Potem weszłam do salonu rzuciłam się na kanapę i zakryłam głowę poduszką.
I wtedy poczułam się tak okropnie samotna, że aż czułam jak pęka mi serce.
Moja mama nie żyje, tata mieszka daleko stąd i choć wiem, że bardzo mnie kocha, to widujemy się raz na ruski rok. Nie mam żadnych bliższych znajomych, bo jeśli tacy byli to dawno się na mnie wypięli albo mieszkają daleko stąd.
Zdałam sobie sprawę, że w ostatnim czasie to on był mi najbliższy. Cały czas o nim myślałam, pisałam w wyobraźni scenariusze rozmów, przeanalizowując wszystko po piętnaście razy. A teraz go nie ma. Z mojej winy, bo to przecież ja, a nie ksiądz proboszcz go do mieszkania nie wpuścił.
Powinnam posłuchać jego wersji wydarzeń, co do tego, co stało się w klubie, a nie skreślać go na starcie. No i nie powinnam go obwiniać, za to, co stało się później, bo to on przecież obronił mnie przed tym zboczeńcem. Nie chciałam myśleć o tym, co by mi się stało, gdyby się tam nie pojawił.
Ty głupia cholero, dlaczego zawsze najpierw robisz, a potem myślisz?! Co teraz? On już nie wróci. Nie wróci, zobaczysz.
Nie wiem jak to zrobiłam, ale zasnęłam. Nic mi się nie śniło.
***
Obudził mnie jakiś hałas i nieźle się przestraszyłam, gdy zobaczyłam, że Lion jest u mnie w mieszkaniu. Najważniejsze natomiast było uczucie ulgi, które się pojawiło, kiedy pojawił się przed moimi oczami.
Z powrotem zachciało mi się płakać, kiedy zaczął swój monolog. Jednak teraz udało mi się zapanować nad łzami.
-Nie-zdołałam wykrztusić.-Nie.
-Co "nie"? Nie rozumiem.
-Nie idź. Nigdzie nie idź. Nie zostawiaj mnie. Wcale nie chcę być sama. Potrzebuję kogoś, kto... Potrzebuję Ciebie. Zostań przy mnie i już nigdy nigdzie nie idź. Nigdy. Proszę-powiedziałam i nie zdołałam już dłużej powstrzymywać łez. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a on nieporadnie mnie objął. Nie musiałam patrzeć na jego twarz, żeby wiedzieć, że jest zaskoczony.
No cóż, przecież przed chwilą złożyłam mu deklarację... No nie, nie miłości, ale okazałam mu właśnie coś ważnego. Nie chciałam więcej zostawać sama i bałam się co on odpowie, tak strasznie się bałam. Przytulił mnie mocniej i pocałował w czubek głowy. Cały czas nic nie mówił, a ja nie chciałam go ponaglać, mentalnie przygotowywałam się na cios, jakim będzie jego odmowa. Jak ma się przecież zgodzić? Nawet mnie dobrze nie zna. Kim ja dla niego jestem? Jedynie pokręconą laską, z huśtawką nastrojów i destrukcyjną osobowością. Destrukcyjną dla siebie jak i dla innych, jeśli nie fizycznie, to psychicznie. O tak, Lex, nie ma na co liczyć, lepiej przygotuj się na odmowę.
Lionku? Uratuj ją :<
No ale jak inaczej miałam się czuć?
Cały dzień snułam się po mieszkaniu nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zadzwoniłam do pracy i powiedziałam, że jestem obłożnie chora i nie wiem, kiedy wyzdrowieję. Kupili to.
Jako tako zewnętrznie się ogarnęłam, jednak w środku cały czas zostawałam rozbita. Parę razy próbowałam zasnąć, ale nic z tego nie wychodziło. A jeśli już, to budził mnie najlżejszy dźwięk. Stwierdziłam więc, że lepiej będzie naszprycować się kawą. Alkoholu nie miałam, a nie chciałam wychodzić z domu. Piłam zatem czarne jak smoła siekiery.
Gdy przylazł Lion zrobiło się jeszcze gorzej. Cholera czy on nie rozumie, że chcę być sama? Niech w końcu zostawi mnie w spokoju. Dlaczego on się tak mną przejmuje? Niech idzie do tamtej cizi.
Po dłuższym czasie walenia w drzwi nie wytrzymałam i otworzyłam je, żeby mu nagadać.
Kiedy go zobaczyłam na sekundę straciłam rezon. Dlaczego on jest taki przystojny?! Ale nie, niech sobie nie myśli, że się nim przejmuję. To znaczy, tak, przejmuję się nim i to cholernie, ale niech myśli, że jest inaczej. "Trza twardym być, nie miętkim". Nawrzeszczałam na niego i z hukiem zatrzasnęłam drzwi. Potem weszłam do salonu rzuciłam się na kanapę i zakryłam głowę poduszką.
I wtedy poczułam się tak okropnie samotna, że aż czułam jak pęka mi serce.
Moja mama nie żyje, tata mieszka daleko stąd i choć wiem, że bardzo mnie kocha, to widujemy się raz na ruski rok. Nie mam żadnych bliższych znajomych, bo jeśli tacy byli to dawno się na mnie wypięli albo mieszkają daleko stąd.
Zdałam sobie sprawę, że w ostatnim czasie to on był mi najbliższy. Cały czas o nim myślałam, pisałam w wyobraźni scenariusze rozmów, przeanalizowując wszystko po piętnaście razy. A teraz go nie ma. Z mojej winy, bo to przecież ja, a nie ksiądz proboszcz go do mieszkania nie wpuścił.
Powinnam posłuchać jego wersji wydarzeń, co do tego, co stało się w klubie, a nie skreślać go na starcie. No i nie powinnam go obwiniać, za to, co stało się później, bo to on przecież obronił mnie przed tym zboczeńcem. Nie chciałam myśleć o tym, co by mi się stało, gdyby się tam nie pojawił.
Ty głupia cholero, dlaczego zawsze najpierw robisz, a potem myślisz?! Co teraz? On już nie wróci. Nie wróci, zobaczysz.
Nie wiem jak to zrobiłam, ale zasnęłam. Nic mi się nie śniło.
***
Obudził mnie jakiś hałas i nieźle się przestraszyłam, gdy zobaczyłam, że Lion jest u mnie w mieszkaniu. Najważniejsze natomiast było uczucie ulgi, które się pojawiło, kiedy pojawił się przed moimi oczami.
Z powrotem zachciało mi się płakać, kiedy zaczął swój monolog. Jednak teraz udało mi się zapanować nad łzami.
-Nie-zdołałam wykrztusić.-Nie.
-Co "nie"? Nie rozumiem.
-Nie idź. Nigdzie nie idź. Nie zostawiaj mnie. Wcale nie chcę być sama. Potrzebuję kogoś, kto... Potrzebuję Ciebie. Zostań przy mnie i już nigdy nigdzie nie idź. Nigdy. Proszę-powiedziałam i nie zdołałam już dłużej powstrzymywać łez. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a on nieporadnie mnie objął. Nie musiałam patrzeć na jego twarz, żeby wiedzieć, że jest zaskoczony.
No cóż, przecież przed chwilą złożyłam mu deklarację... No nie, nie miłości, ale okazałam mu właśnie coś ważnego. Nie chciałam więcej zostawać sama i bałam się co on odpowie, tak strasznie się bałam. Przytulił mnie mocniej i pocałował w czubek głowy. Cały czas nic nie mówił, a ja nie chciałam go ponaglać, mentalnie przygotowywałam się na cios, jakim będzie jego odmowa. Jak ma się przecież zgodzić? Nawet mnie dobrze nie zna. Kim ja dla niego jestem? Jedynie pokręconą laską, z huśtawką nastrojów i destrukcyjną osobowością. Destrukcyjną dla siebie jak i dla innych, jeśli nie fizycznie, to psychicznie. O tak, Lex, nie ma na co liczyć, lepiej przygotuj się na odmowę.
Lionku? Uratuj ją :<
środa, 13 lipca 2016
Od Lionell'a c.d: Lex
Myślałem, że rano...Że rano... No właśnie myślałem, że kurwa co? Że sobie wstaniemy, zjemy śniadanko i wszystko będzie pięknie, cudownie tak jak dotychczas? Huh, no błagam na co ja liczyłem? Nie dość, że przelizałem się z dziewczyną to po tym wszystkim niemalże ją zgwałcili. Jestem już skreślony grubym, czarnym, permanentnym markerem.
Wkurzony uderzyłem ręką w drzwi z całej siły, po czym opierając się o ścianę zsunałem się po niej na podłogę. Przeczesałem nerwowo włosy i dopiero w tamtej chwili uświadomiłem sobie jak bardzo boli mnie głowa, żebra i pięści. Ja pierdole to już po moich zawodach.., Oby tak dalej, oby tak dalej.
Siedziałem tak z nadzieją, że może otworzy mi jednak drzwi co najmniej dwie godziny. Ale nic z tego. W końcu podniosłem tyłek i powolnym krokiem ruszyłem do mieszkania. Najlepsze go mogę zrobić to zniknąć z życia tej dziewczyny. Ledwo się znamy a ona już mnie nie cierpi. Pierdolona Milene! Na samą myśl o tej suczy podnosi mi się ciśnienie. Szkoda, że wtedy nie zdechła... Wielka szkoda.
Po przekroczeniu progu mieszkania od razu czmychnąłem do łazienki aby oszacować szkody. Co tu dużo mówić nie wyglądam najlepiej, nie dziwię się, że wywaliła mnie za drzwi. Teraz wiem, miała trzy powody, a nie dwa. Wziąłem zimny prysznic podczas którego starałem się skupić na tym jak szybko wrócić do formy i pojawić się z powrotem na boisku. Niestety moje myśli zajmowała pewna osóbka, którą wczoraj zawiodłem po całości... Cholera nie mogę.
Umyłem jeszcze zęby, postawiłem włosy na żel i nie zwracając uwagi na jednodniowy zarost pośpiesznie się ubrałem w czarne jeansy i luźną koszulkę na ramiączkach tego samego koloru. W innych okolicznościach stwierdziłbym, że wyglądam dość odpowiednio na wyrywanie lasek ale teraz ten strój znalazł się na mnie z czystego przypadku. Wyleciałem z mieszkania, zakupiłem ładny bukiecik kwiatów i spróbowałem szczęścia ponownie. Dobijałem się tak długo jedynie pogarszając stan moich paliczków ale to się nie liczyło. Jakieś dwie jędzowate sąsiadki po sześćdziesiątce wydarły na mnie ryj, że mam się uciszyć bo inaczej policję wezwą! Też mi wielkie halo, jakbym policji w życiu nie widział.
- Lex! Do kurwy nędzy otwórz te drzwi!
Odpowiedziała mi cisza, głucha cisza czyli standardzik.
- Proszę Cię. Chce tylko wiedzieć, że wszystko jest w porządku... Proszę...- wyskomliłem.
- Spierdalaj! - odezwał się w końcu zapłakany ale stanowczy głos. Uff...przynajmniej żyje. Ale nie powinna płakać.
- Nie płacz.
- To stąd wreszcie idź!
- Musimy porozmawiać.
Usłyszałem zgrzyt zamków, a następnie dostrzegłem wrak człowieka. Nie wiedziałem, że ta próba gwałtu aż tak nią wstrząsnęła.
- NIC KURWA NIE MUSIMY! - wysyczała z nienawiścią, która podsycił jeszcze bardziej bukiet trzymany przezemnie w rękach. - I W OGÓLE JAKIE MY?! NIE MA ŻADNYCH NAS! Wypierdalaj!
- Pro... - zacząłem i wyciągnąłem kwiaty w jej kierunki
- O NIC NIE PROŚ! Mam Ci to przeliterować? W-Y-P-I-E-R-D-A-L-A-J.- burknęła, wyrwała mi kwiaty i rzuciła je z impetem na ziemię po czym zasadziła mi siarczysty policzek.- Po prostu zniknij.
Spojrzałem na nią z olbrzymim chłodem w oczach, zdradzającym rezerwę. Dość jasno dała mi do zrozumienia, że mam zniknąć.
- Skoro tego właśnie pragniesz. - kiwnąłem głową i odwracając się na pięcie schowałem jedną rękę do kieszeni spodni, a drugą przeczesywałem nerwowo włosy. Słowo daję kiedyś je sobie wszystkie powyrywam. Zrezygnowany ruszyłem przed siebie i los chciał, że trafiłem do tego samego clubu, w którym byliśmy uprzedniego wieczoru. Fenomenalnie!
Zamówiłem sobie drinka ale jakoś mi nie wchodził.W głebi duszy wiedziałem, że powinienem sobie darować i dać jej spokój ale nie mogłem. Wróciłem pod jej mieszkanie i po raz kolejny zacząłem się tłuc. Jednak tym razem nie słyszałem żadnej odpowiedzi, żadnych kroków. Oczami wyobraźni widziałem najgorsze scenariusze i zapewniam, że żaden z nich nie przypadł mi do gustu.
Wówczas w mojej mało rozsądnej głowie zjawił się równie głupi pomysł... Taa zmieni to nieco jej spojrzenie na moją osobę. Skoczyłem do znajomego, który od lat handluje złomem i wziąłem to co niezbędne.
Tak, po pół godzinie otworzyłem jej mieszkanie. Przesada? Być może.
Leżała na kanapie.O nie, nie, nie! Podszedłem sprawdziłem jej tętno, wyczuwalne. Nadgarstki całe, język czysty i źrenice reagują. Na szczęście tylko śpi. Sięgnąłem po koc leżący na fotelu obok koc, żeby ją przykryć. Niestety to ją obudziło, jednak nie spała tak mocno...
Jej zszokowana mina mówiła sama za siebie.
- Ciii... Spokojnie. Nic się nie martw. Nie odzywałaś się i bałem się, że coś sie stało. - już, już miała mi przerwać ale uniosłem stanowczo rękę do góry i ku memu pozytywnemu zaskoczeniu ponownie zamknęła buzię. - Wiem, że wczorajszy wieczór nie był zbyt udany. Wiem, że sytuacja wyglądała dwuznacznie i wiem, że mi już nie ufasz i najchętniej wydrapałabyś mi oczy. Ale... Nie mogę sobie odpuścić. Cholernie się przejmuję i niepokoję. Tak mam swoje powody ja już raz...Ah -urywam, poświęcam chwilę na przeczesanie włosów i zastanowienie się nad tym co powiedzieć dalej. - Możesz mi wierzyć lub nie, nie miałem wpływu na tą akcję w klubie. Nie chciałem żeby to wszystko tak się potoczyło... Przepraszam za to i za to, że tak o sobie tu wszedłem. Chciałem dać Ci spokój ale kiedy zobaczyłem Cie taką zapłakaną... Nie wiedziałem, że aż tak Cie ta napaść poruszyła. Mam tylko prośbę. Jedną, maleńką. Pozwól mi się Tobą zaopiekować do czasu do którego się nie pozbierasz, a potem zniknę. Obiecuję.
Poprosiłem i spojrzałem jej głęboko w oczy. Proszę maleńka...
< Lex? Wiem, że długo. Przepraszam :< >
Wkurzony uderzyłem ręką w drzwi z całej siły, po czym opierając się o ścianę zsunałem się po niej na podłogę. Przeczesałem nerwowo włosy i dopiero w tamtej chwili uświadomiłem sobie jak bardzo boli mnie głowa, żebra i pięści. Ja pierdole to już po moich zawodach.., Oby tak dalej, oby tak dalej.
Siedziałem tak z nadzieją, że może otworzy mi jednak drzwi co najmniej dwie godziny. Ale nic z tego. W końcu podniosłem tyłek i powolnym krokiem ruszyłem do mieszkania. Najlepsze go mogę zrobić to zniknąć z życia tej dziewczyny. Ledwo się znamy a ona już mnie nie cierpi. Pierdolona Milene! Na samą myśl o tej suczy podnosi mi się ciśnienie. Szkoda, że wtedy nie zdechła... Wielka szkoda.
Po przekroczeniu progu mieszkania od razu czmychnąłem do łazienki aby oszacować szkody. Co tu dużo mówić nie wyglądam najlepiej, nie dziwię się, że wywaliła mnie za drzwi. Teraz wiem, miała trzy powody, a nie dwa. Wziąłem zimny prysznic podczas którego starałem się skupić na tym jak szybko wrócić do formy i pojawić się z powrotem na boisku. Niestety moje myśli zajmowała pewna osóbka, którą wczoraj zawiodłem po całości... Cholera nie mogę.
Umyłem jeszcze zęby, postawiłem włosy na żel i nie zwracając uwagi na jednodniowy zarost pośpiesznie się ubrałem w czarne jeansy i luźną koszulkę na ramiączkach tego samego koloru. W innych okolicznościach stwierdziłbym, że wyglądam dość odpowiednio na wyrywanie lasek ale teraz ten strój znalazł się na mnie z czystego przypadku. Wyleciałem z mieszkania, zakupiłem ładny bukiecik kwiatów i spróbowałem szczęścia ponownie. Dobijałem się tak długo jedynie pogarszając stan moich paliczków ale to się nie liczyło. Jakieś dwie jędzowate sąsiadki po sześćdziesiątce wydarły na mnie ryj, że mam się uciszyć bo inaczej policję wezwą! Też mi wielkie halo, jakbym policji w życiu nie widział.
- Lex! Do kurwy nędzy otwórz te drzwi!
Odpowiedziała mi cisza, głucha cisza czyli standardzik.
- Proszę Cię. Chce tylko wiedzieć, że wszystko jest w porządku... Proszę...- wyskomliłem.
- Spierdalaj! - odezwał się w końcu zapłakany ale stanowczy głos. Uff...przynajmniej żyje. Ale nie powinna płakać.
- Nie płacz.
- To stąd wreszcie idź!
- Musimy porozmawiać.
Usłyszałem zgrzyt zamków, a następnie dostrzegłem wrak człowieka. Nie wiedziałem, że ta próba gwałtu aż tak nią wstrząsnęła.
- NIC KURWA NIE MUSIMY! - wysyczała z nienawiścią, która podsycił jeszcze bardziej bukiet trzymany przezemnie w rękach. - I W OGÓLE JAKIE MY?! NIE MA ŻADNYCH NAS! Wypierdalaj!
- Pro... - zacząłem i wyciągnąłem kwiaty w jej kierunki
- O NIC NIE PROŚ! Mam Ci to przeliterować? W-Y-P-I-E-R-D-A-L-A-J.- burknęła, wyrwała mi kwiaty i rzuciła je z impetem na ziemię po czym zasadziła mi siarczysty policzek.- Po prostu zniknij.
Spojrzałem na nią z olbrzymim chłodem w oczach, zdradzającym rezerwę. Dość jasno dała mi do zrozumienia, że mam zniknąć.
- Skoro tego właśnie pragniesz. - kiwnąłem głową i odwracając się na pięcie schowałem jedną rękę do kieszeni spodni, a drugą przeczesywałem nerwowo włosy. Słowo daję kiedyś je sobie wszystkie powyrywam. Zrezygnowany ruszyłem przed siebie i los chciał, że trafiłem do tego samego clubu, w którym byliśmy uprzedniego wieczoru. Fenomenalnie!
Zamówiłem sobie drinka ale jakoś mi nie wchodził.W głebi duszy wiedziałem, że powinienem sobie darować i dać jej spokój ale nie mogłem. Wróciłem pod jej mieszkanie i po raz kolejny zacząłem się tłuc. Jednak tym razem nie słyszałem żadnej odpowiedzi, żadnych kroków. Oczami wyobraźni widziałem najgorsze scenariusze i zapewniam, że żaden z nich nie przypadł mi do gustu.
Wówczas w mojej mało rozsądnej głowie zjawił się równie głupi pomysł... Taa zmieni to nieco jej spojrzenie na moją osobę. Skoczyłem do znajomego, który od lat handluje złomem i wziąłem to co niezbędne.
Tak, po pół godzinie otworzyłem jej mieszkanie. Przesada? Być może.
Leżała na kanapie.O nie, nie, nie! Podszedłem sprawdziłem jej tętno, wyczuwalne. Nadgarstki całe, język czysty i źrenice reagują. Na szczęście tylko śpi. Sięgnąłem po koc leżący na fotelu obok koc, żeby ją przykryć. Niestety to ją obudziło, jednak nie spała tak mocno...
Jej zszokowana mina mówiła sama za siebie.
- Ciii... Spokojnie. Nic się nie martw. Nie odzywałaś się i bałem się, że coś sie stało. - już, już miała mi przerwać ale uniosłem stanowczo rękę do góry i ku memu pozytywnemu zaskoczeniu ponownie zamknęła buzię. - Wiem, że wczorajszy wieczór nie był zbyt udany. Wiem, że sytuacja wyglądała dwuznacznie i wiem, że mi już nie ufasz i najchętniej wydrapałabyś mi oczy. Ale... Nie mogę sobie odpuścić. Cholernie się przejmuję i niepokoję. Tak mam swoje powody ja już raz...Ah -urywam, poświęcam chwilę na przeczesanie włosów i zastanowienie się nad tym co powiedzieć dalej. - Możesz mi wierzyć lub nie, nie miałem wpływu na tą akcję w klubie. Nie chciałem żeby to wszystko tak się potoczyło... Przepraszam za to i za to, że tak o sobie tu wszedłem. Chciałem dać Ci spokój ale kiedy zobaczyłem Cie taką zapłakaną... Nie wiedziałem, że aż tak Cie ta napaść poruszyła. Mam tylko prośbę. Jedną, maleńką. Pozwól mi się Tobą zaopiekować do czasu do którego się nie pozbierasz, a potem zniknę. Obiecuję.
Poprosiłem i spojrzałem jej głęboko w oczy. Proszę maleńka...
< Lex? Wiem, że długo. Przepraszam :< >
poniedziałek, 11 lipca 2016
Od Andrija c.d: Mai
- Ten... No... yy... W sumie to tak - próbowałem się bronić - I tak pije mało a z resztą nie palę.
Nie wiem czy zorientowała się czy palę czy nie. Szybkim krokiem opuściłem mieszkanie i ruszyłem w stronę samochodu. Dzisiaj odbiorę prawko i w głębi duszy byłem szczęśliwy - na legalu poprowadzę samochód. Ale to nie było ważne. Dużo większą uwagę przykuło pytanie Mai. Czyżby jej zależało? Nie wiem. Jest to bardzo prawdopodobne. Odruchowo sięgnąłem po papierosa. Tak jak we wszystkich stresujących sytuacjach. Nie miałem ognia. Poprosiłem jakąś panią o ogień, ponieważ widziałem, że też rozkoszuje się tym rakotwórczym gównem tytoniowym. Nie paliłem tego z własnej woli a może jednak paliłem? Nie wiem. Wiem tylko, że zacząłem palić w wieku 16 lat. Nie było tego dużo. Średnio 1-2 paczki na 4-5 tygodni. Dla porównania mój brat palił około 10-12 paczek w ciągu miesiąca. Był to swego rodzaju odstresowywacz. W sumie to "nauczyłem" się palić. Tylko czy można nazwać to "nauczeniem"? Raczej nie. Wiem! Dowiedziałem się jak się z tego korzysta. Świetna nauka, doprawdy. Przy tych jakże świetnych rozmyślaniach straciłem trzy minuty i całego peta. Spalił się. Chciałem wziąć kolejnego jednak nie mogłem. Po pierwsze nie miałem już fajek, po drugie ognia i co najważniejsze po trzecie powinienem to rzucić. Wsiadłem do auta i odjechałem w stronę urzędu miasta w celu odbioru dokumentów.
---
Minęło parę godzin. Było około 14. Część roboty już zrobiliśmy. W porównaniu do tego co zostało to tak naprawdę nic nie tknęło. Postawiliśmy bazę na nogi. Teraz tylko trzeba wszystko zaprogramować i ustawić od nowa. Aha, bym jeszcze zapomniał, że strony urzędowe trzeba postawić raz jeszcze od podstaw. Brak zapisów bazy danych robi swoje. Najśmieszniejsze jest w tym to, że na ośmiu informatyków, tylko dwóch pracuje. Świetne wymówki sobie znaleźli. Jeden powiedział, że jest chory, inny ma chore dziecko a jeszcze inny ma chorą żonę, którą musi się opiekować. Szczegół jest tylko jeden. Wszyscy są kawalerami. Jednak naszego szefa, wielkiego pana inżyniera Smitha to nic nie obchodziło. Z tego wszystkiego zrobiłem sobie przerwę na kawę. Normalnie nie piję ale miałem kaca. Nieprawdopodobniej od tego całego wina. Jak można pić wino? Tóż to nawet alkoholu nie przypomina a bardziej jakiś soczek. Winogrono? No może jest smaczne ale jako owoc a nie pseudo procenty. Moja przerwa nie trwała zbyt długo. Przyszedł mój kompan niedoli, ponieważ potrzebował pomocy. Zapomniałem dodać, że cała reszta "informatyków" to banda studentów na praktykach. Zostałem sam. Równie dobrze mogli by wysłać go do domu lub mógł wymyśleć sobie jakąś sprytną wymówkę. Z tego co się dowiedziałem to rodzice kazali mu przyjść. Jeszcze lepiej! Ziomek co musi "pracować" a raczej udawać pod przymusem a i o podwyżce nie ma mowy. Chyba zrezygnuje z tej roboty. Tylko gdzie pójdę? Nie wiem...
Wróciłem do pracy. Teoretycznie powinienem skończyć o 16 po mamy ośmio godzinne zmiany ale to raczej nie przejdzie.
---
Była 22. Ledwo dojechałem. Przysypiałem na jedno oko. Nawet nie zwróciłem uwago czy Maya była w środku. Byłem zbyt zmęczony, żeby zauważyć takie szczegóły. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę sypialni. Zrzuciłem koszulę i zasnąłem w jeansach. Nie wiem czy minęła minuta, bo zasnąłem niemal tak szybko jak znalazłem się w mieszkaniu.
---
Minęło parę dni. Była sobota. Sobota rano. Robote już skończyliśmy wszystko działało. Przebudziłem się. Jednak nie chciało mi się wstawać. Usiadłem na łóżku i zobaczyłem obraz od Mai. Był piękny, pewnie dlatego, że ja tam jestem. Wyglądało zajebiście. Musiałbym to kiedyś oprawić. Po paru minutach ruszyłem do kuchni. Zjadłem śniadanie i spakowałem torbę. Trzeba iść na siłkę. Sprawdzałem czy wszystko jest. Buty? Są. Spodenki? Są. Szejk proteinowy? Jest. Wszystko było spakowane. Stwierdziłem, że pójdę z buta. Trzeba oszczędzać środowisko. Hehe, jaki ze mnie ekolog? - zastanowiłem się. Jebać to. Miałem zbyt dobry humor by go sobie zepsuć na rozmyślaniu nad jakimiś bzdetami biologicznymi. Gdy byłem w połowie drogi przypomniało mi się o Mai. Może mam u niej szanse? Chyba tak. Tak sądzę. Wysłałem jej sms'a z pytaniem czy nie chciałaby pójść ze mną do kina na jakiś film. Przez parę minut nie doczekałem się odpowiedzi. W tym czasie znalazłem się na siłowni...
(Maya? Sorki, że tak długo ale tak jakoś wyszło <: )
Nie wiem czy zorientowała się czy palę czy nie. Szybkim krokiem opuściłem mieszkanie i ruszyłem w stronę samochodu. Dzisiaj odbiorę prawko i w głębi duszy byłem szczęśliwy - na legalu poprowadzę samochód. Ale to nie było ważne. Dużo większą uwagę przykuło pytanie Mai. Czyżby jej zależało? Nie wiem. Jest to bardzo prawdopodobne. Odruchowo sięgnąłem po papierosa. Tak jak we wszystkich stresujących sytuacjach. Nie miałem ognia. Poprosiłem jakąś panią o ogień, ponieważ widziałem, że też rozkoszuje się tym rakotwórczym gównem tytoniowym. Nie paliłem tego z własnej woli a może jednak paliłem? Nie wiem. Wiem tylko, że zacząłem palić w wieku 16 lat. Nie było tego dużo. Średnio 1-2 paczki na 4-5 tygodni. Dla porównania mój brat palił około 10-12 paczek w ciągu miesiąca. Był to swego rodzaju odstresowywacz. W sumie to "nauczyłem" się palić. Tylko czy można nazwać to "nauczeniem"? Raczej nie. Wiem! Dowiedziałem się jak się z tego korzysta. Świetna nauka, doprawdy. Przy tych jakże świetnych rozmyślaniach straciłem trzy minuty i całego peta. Spalił się. Chciałem wziąć kolejnego jednak nie mogłem. Po pierwsze nie miałem już fajek, po drugie ognia i co najważniejsze po trzecie powinienem to rzucić. Wsiadłem do auta i odjechałem w stronę urzędu miasta w celu odbioru dokumentów.
---
Minęło parę godzin. Było około 14. Część roboty już zrobiliśmy. W porównaniu do tego co zostało to tak naprawdę nic nie tknęło. Postawiliśmy bazę na nogi. Teraz tylko trzeba wszystko zaprogramować i ustawić od nowa. Aha, bym jeszcze zapomniał, że strony urzędowe trzeba postawić raz jeszcze od podstaw. Brak zapisów bazy danych robi swoje. Najśmieszniejsze jest w tym to, że na ośmiu informatyków, tylko dwóch pracuje. Świetne wymówki sobie znaleźli. Jeden powiedział, że jest chory, inny ma chore dziecko a jeszcze inny ma chorą żonę, którą musi się opiekować. Szczegół jest tylko jeden. Wszyscy są kawalerami. Jednak naszego szefa, wielkiego pana inżyniera Smitha to nic nie obchodziło. Z tego wszystkiego zrobiłem sobie przerwę na kawę. Normalnie nie piję ale miałem kaca. Nieprawdopodobniej od tego całego wina. Jak można pić wino? Tóż to nawet alkoholu nie przypomina a bardziej jakiś soczek. Winogrono? No może jest smaczne ale jako owoc a nie pseudo procenty. Moja przerwa nie trwała zbyt długo. Przyszedł mój kompan niedoli, ponieważ potrzebował pomocy. Zapomniałem dodać, że cała reszta "informatyków" to banda studentów na praktykach. Zostałem sam. Równie dobrze mogli by wysłać go do domu lub mógł wymyśleć sobie jakąś sprytną wymówkę. Z tego co się dowiedziałem to rodzice kazali mu przyjść. Jeszcze lepiej! Ziomek co musi "pracować" a raczej udawać pod przymusem a i o podwyżce nie ma mowy. Chyba zrezygnuje z tej roboty. Tylko gdzie pójdę? Nie wiem...
Wróciłem do pracy. Teoretycznie powinienem skończyć o 16 po mamy ośmio godzinne zmiany ale to raczej nie przejdzie.
---
Była 22. Ledwo dojechałem. Przysypiałem na jedno oko. Nawet nie zwróciłem uwago czy Maya była w środku. Byłem zbyt zmęczony, żeby zauważyć takie szczegóły. Powolnym krokiem ruszyłem w stronę sypialni. Zrzuciłem koszulę i zasnąłem w jeansach. Nie wiem czy minęła minuta, bo zasnąłem niemal tak szybko jak znalazłem się w mieszkaniu.
---
Minęło parę dni. Była sobota. Sobota rano. Robote już skończyliśmy wszystko działało. Przebudziłem się. Jednak nie chciało mi się wstawać. Usiadłem na łóżku i zobaczyłem obraz od Mai. Był piękny, pewnie dlatego, że ja tam jestem. Wyglądało zajebiście. Musiałbym to kiedyś oprawić. Po paru minutach ruszyłem do kuchni. Zjadłem śniadanie i spakowałem torbę. Trzeba iść na siłkę. Sprawdzałem czy wszystko jest. Buty? Są. Spodenki? Są. Szejk proteinowy? Jest. Wszystko było spakowane. Stwierdziłem, że pójdę z buta. Trzeba oszczędzać środowisko. Hehe, jaki ze mnie ekolog? - zastanowiłem się. Jebać to. Miałem zbyt dobry humor by go sobie zepsuć na rozmyślaniu nad jakimiś bzdetami biologicznymi. Gdy byłem w połowie drogi przypomniało mi się o Mai. Może mam u niej szanse? Chyba tak. Tak sądzę. Wysłałem jej sms'a z pytaniem czy nie chciałaby pójść ze mną do kina na jakiś film. Przez parę minut nie doczekałem się odpowiedzi. W tym czasie znalazłem się na siłowni...
(Maya? Sorki, że tak długo ale tak jakoś wyszło <: )
niedziela, 19 czerwca 2016
Od Lex CD Lionka
Śniła mi się mama. Taka, jaką pamiętam z dzieciństwa. Miała piękne, jasne włosy, które sięgały do pasa i zwiewną sukienkę w kwiaty.
-Nie bój się, Lex. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze-powiedziała z uspokajającym uśmiechem. Podeszła do mnie i mnie przytuliła. Pachniała bzem. Bzem i agrestem. Ja też kocham ten zapach.
-Mamo... Mamo, co ja mam zrobić?-spytałam patrząc jej w oczy.
-Pamiętaj, że nie możesz się martwić. Ja zawsze przy tobie będę. Kocham Cię, córeczko.
Nagle za mamą rozbłysło bardzo jasne światło. Spojrzała się w nie i z powrotem odwróciła się do mnie. Uśmiechnęła się smutno.
-Muszę już iść-powiedziała, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę.-Nie bój się i pamiętaj, że Cię kocham...-dodała i zniknęła w coraz jaśniejszym świetle.
Później już nic mi się nie śniło.
***
Kiedy się obudziłam bałam się spojrzeć na to jak wyglądam. Potrzebowałam prysznica i świeżych ubrań. Odsunęłam kołdrę, usiadłam na łóżku i mało nie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam wpatrującego się we mnie Lionell'a.
-Jak się czujesz?-spytał. Cholera, ale trafne pytanie.
-A Ty jak byś się czuł, co?-mruknęłam i z powrotem wlazłam pod kołdrę. Lion wstał i usiadł na łóżku obok mnie. Odgarnął mi włosy z twarzy.
-Nie dotykaj mnie.
-Lex...
-Powiedziałam: nie dotykaj mnie. Mam ci to napisać, czy co?
-To powiedz mi chociaż jak się czujesz.
-W porządku.
-Potrzebujesz czegoś?-spytał. I to pytanie przeważyło szalę.
-Tak-syknęłam.-Potrzebuję żebyś wyszedł. W tej chwili. Rozumiesz?
-Lex...
-Słyszysz mnie?-wrzasnęłam. Wypadłam spod kołdry i stanęłam przed nim. Tak, wiem, że to dzięki niemu nic mi się nie stało, ale należy zapobiegać, a nie leczyć. Gdyby nie gził się w klubie z tamtym lachonem, to by do tego nie doszło. Wiem, że nie powinnam go tak obwiniać, ale w tej chwili myślałam włącznie jednotorowo.
-Ta dziewczyna nic dla mnie nie znaczy, uwierz mi.
-Jasne, jasne-zaśmiałam się zgryźliwie.-A tam w klubie to się na Ciebie rzuciła. Umiem opatrywać rany, ale miejsc w których Cię pogryzła i podrapała chyba nie chcę oglądać-warknęłam. Nie chciałam przechodzić obok niego, bo pewnie by mnie złapał, więc przelazłam do drzwi przez łóżko.
-Lexington, posłuchaj mnie, do cholery!
-Do cholery to Ty się wynoś! No dalej, tu są drzwi.
-Nie chcę żebyś została sama.
-Tak? To trzeba było nie miziać się w klubie z tą babą! Wtedy byłabym przy Tobie i nic by się nie stało!
Zauważyłam, że go to zabolało. No i dobrze, niech boli. Mnie też bolało.
-Wynoś się. Idź do tej swojej kurwy. Nie chcę Cię więcej widzieć-warknęłam, otwierając drzwi.
Nie płacz, tylko nie płacz. Bo zobaczy, że Ci na nim zależy. Kurwa.
Otarłam oczy wierzchem dłoni i spojrzałam na niego.
-Wynoś się.
Co zadziwiające, tym razem grzecznie wypełnij moje polecenie. Kiedy tylko przestąpił próg zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam wszystkie zamki.
-Otwórz!-załomotał.
Niech sobie krzyczy i niech wali w te drzwi, ja mu nie otworzę.
Nigdy więcej się nie zakocham. Nigdy.
Tak, przyznałam się przed sobą, że zakochałam się w Lionellu, bo, jeśli było inaczej, dlaczego to, co się stało tak cholernie mnie boli? Nie wiem. Zawsze coś musi się spierdolić. Zawsze. No ale cóż, co zrobisz jak nic nie zrobisz. Zostanę starą panną, kota już mam.
Lionku, co teraz poczniesz? Sorry, że takie nijakie, ale nie mam weny ;_;
-Nie bój się, Lex. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze-powiedziała z uspokajającym uśmiechem. Podeszła do mnie i mnie przytuliła. Pachniała bzem. Bzem i agrestem. Ja też kocham ten zapach.
-Mamo... Mamo, co ja mam zrobić?-spytałam patrząc jej w oczy.
-Pamiętaj, że nie możesz się martwić. Ja zawsze przy tobie będę. Kocham Cię, córeczko.
Nagle za mamą rozbłysło bardzo jasne światło. Spojrzała się w nie i z powrotem odwróciła się do mnie. Uśmiechnęła się smutno.
-Muszę już iść-powiedziała, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę.-Nie bój się i pamiętaj, że Cię kocham...-dodała i zniknęła w coraz jaśniejszym świetle.
Później już nic mi się nie śniło.
***
Kiedy się obudziłam bałam się spojrzeć na to jak wyglądam. Potrzebowałam prysznica i świeżych ubrań. Odsunęłam kołdrę, usiadłam na łóżku i mało nie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam wpatrującego się we mnie Lionell'a.
-Jak się czujesz?-spytał. Cholera, ale trafne pytanie.
-A Ty jak byś się czuł, co?-mruknęłam i z powrotem wlazłam pod kołdrę. Lion wstał i usiadł na łóżku obok mnie. Odgarnął mi włosy z twarzy.
-Nie dotykaj mnie.
-Lex...
-Powiedziałam: nie dotykaj mnie. Mam ci to napisać, czy co?
-To powiedz mi chociaż jak się czujesz.
-W porządku.
-Potrzebujesz czegoś?-spytał. I to pytanie przeważyło szalę.
-Tak-syknęłam.-Potrzebuję żebyś wyszedł. W tej chwili. Rozumiesz?
-Lex...
-Słyszysz mnie?-wrzasnęłam. Wypadłam spod kołdry i stanęłam przed nim. Tak, wiem, że to dzięki niemu nic mi się nie stało, ale należy zapobiegać, a nie leczyć. Gdyby nie gził się w klubie z tamtym lachonem, to by do tego nie doszło. Wiem, że nie powinnam go tak obwiniać, ale w tej chwili myślałam włącznie jednotorowo.
-Ta dziewczyna nic dla mnie nie znaczy, uwierz mi.
-Jasne, jasne-zaśmiałam się zgryźliwie.-A tam w klubie to się na Ciebie rzuciła. Umiem opatrywać rany, ale miejsc w których Cię pogryzła i podrapała chyba nie chcę oglądać-warknęłam. Nie chciałam przechodzić obok niego, bo pewnie by mnie złapał, więc przelazłam do drzwi przez łóżko.
-Lexington, posłuchaj mnie, do cholery!
-Do cholery to Ty się wynoś! No dalej, tu są drzwi.
-Nie chcę żebyś została sama.
-Tak? To trzeba było nie miziać się w klubie z tą babą! Wtedy byłabym przy Tobie i nic by się nie stało!
Zauważyłam, że go to zabolało. No i dobrze, niech boli. Mnie też bolało.
-Wynoś się. Idź do tej swojej kurwy. Nie chcę Cię więcej widzieć-warknęłam, otwierając drzwi.
Nie płacz, tylko nie płacz. Bo zobaczy, że Ci na nim zależy. Kurwa.
Otarłam oczy wierzchem dłoni i spojrzałam na niego.
-Wynoś się.
Co zadziwiające, tym razem grzecznie wypełnij moje polecenie. Kiedy tylko przestąpił próg zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam wszystkie zamki.
-Otwórz!-załomotał.
Niech sobie krzyczy i niech wali w te drzwi, ja mu nie otworzę.
Nigdy więcej się nie zakocham. Nigdy.
Tak, przyznałam się przed sobą, że zakochałam się w Lionellu, bo, jeśli było inaczej, dlaczego to, co się stało tak cholernie mnie boli? Nie wiem. Zawsze coś musi się spierdolić. Zawsze. No ale cóż, co zrobisz jak nic nie zrobisz. Zostanę starą panną, kota już mam.
Lionku, co teraz poczniesz? Sorry, że takie nijakie, ale nie mam weny ;_;
Od Mai CD Andrija
Teraz jestem sama. Zostałam sama.
- Ciekawe, kiedy wróci. Liczę, że dzisiaj na pewno. - Mówiłam sama do siebie.- Mam coś ważnego do powiedzenia.
Strasznie bolała mnie głowa. To pewnie po wczorajszych alkoholach. I wgl...A nie, nie ważne. Wiedziałam, że jestem nadal u Andrij'a. Napisałam mu SMS'a.
Hey. Mogłabym coś zjeść?
A po kilku chwilach odpisał mi:
Jasne Em . W chlebaku jest chleb, w lodówce wędlina, ser i pomidory, jest też sól. Jeżeli źle się czujesz, to możesz wziąść tabletki na ból głowy. Są nad umywalką w łazience, w takiej białej szafce.
Pokierowałam się w stronę kuchni. Zrobiłam sobie kanapkę i wypiłam rumianek. Poszłam do łazienki. Głowa teraz tak mnie nap****ała, że musiałam wziąść tę tabletkę. Wróciłam na chwilę do domu. Na pieszo. Wzięłam psa, i... Poszłam spowrotem do domu chłopaka. (Chyba jeszcze nie chłopakaXd). Zastałam go tam.
- O! Hej Andrij. Wróciłeś?- Powitałam go z uśmiechem.
- Tak, na sekundę. Muszę coś wziąśč.- Powiedział, i cmoknął mnie w policzek, a Sofię pogłaskał.
- Ale...Zanim wyjdziesz...Mam pytanie. Czy jeżeli bylibyśmy parą, to czy skończyłbyś albo z alkocholem, albo z fajkami?- Zapytałam niepewnie
[Andrij? Sory, że krótkie, ale czasu nie mam;(]
- Ciekawe, kiedy wróci. Liczę, że dzisiaj na pewno. - Mówiłam sama do siebie.- Mam coś ważnego do powiedzenia.
Strasznie bolała mnie głowa. To pewnie po wczorajszych alkoholach. I wgl...A nie, nie ważne. Wiedziałam, że jestem nadal u Andrij'a. Napisałam mu SMS'a.
Hey. Mogłabym coś zjeść?
A po kilku chwilach odpisał mi:
Jasne Em . W chlebaku jest chleb, w lodówce wędlina, ser i pomidory, jest też sól. Jeżeli źle się czujesz, to możesz wziąść tabletki na ból głowy. Są nad umywalką w łazience, w takiej białej szafce.
Pokierowałam się w stronę kuchni. Zrobiłam sobie kanapkę i wypiłam rumianek. Poszłam do łazienki. Głowa teraz tak mnie nap****ała, że musiałam wziąść tę tabletkę. Wróciłam na chwilę do domu. Na pieszo. Wzięłam psa, i... Poszłam spowrotem do domu chłopaka. (Chyba jeszcze nie chłopakaXd). Zastałam go tam.
- O! Hej Andrij. Wróciłeś?- Powitałam go z uśmiechem.
- Tak, na sekundę. Muszę coś wziąśč.- Powiedział, i cmoknął mnie w policzek, a Sofię pogłaskał.
- Ale...Zanim wyjdziesz...Mam pytanie. Czy jeżeli bylibyśmy parą, to czy skończyłbyś albo z alkocholem, albo z fajkami?- Zapytałam niepewnie
[Andrij? Sory, że krótkie, ale czasu nie mam;(]
Od Savannah CD Christopher'a
Elegancki bankiet, na którym mam pojawić się z Chrisem jako jego osoba towarzysząca? Nie wiem, czy to dobre połączenie. To znaczy, ja w takim towarzystwie? Zupełnie nie będę tam pasować, a znając siebie samą i znając życie, odwalę coś głupiego i Chris będzie musiał się za mnie wstydzić.
Ale nie wierzę, że wokół niego nie ma lepszej dziewczyny, która na 100 procent lepiej nadawałaby się do tego, powiedzmy, zadania.
-Halo, Sav...
-Przepraszam, zamyśliłam się.
-Widziałem-odparł z lekkim uśmiechem.-Pytałem się, czy przystajesz na moje propozycje.
-Oczywiście, będzie wspaniale, kiedy będę mogła Ci towarzyszyć i z chęcią uczczę z Tobą fakt, że mam nową pracę-odparłam z niespokojnym uśmiechem.
Cholera jasna! Dziewczyno, coś Ty narobiła? Wiesz, że to nie będzie dobre, na pewno coś wywiniesz. Ale ten jego uśmiech... Nie potrafię się mu oprzeć.
-Wspaniale, wprost idealnie-uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach pojawiły się iskierki.
***
Cały tydzień dzielnie pracowałam, udało mi się nawet zdobyć kilka pochwał od Chrisa i niezmiernienie to cieszyło.
W końcu nadszedł jednak czwartek, a ja z przestrachem stwierdziłam, że przecież nie mam nic, w co mogłabym się ubrać na taką imprezę. Genialnie, wprost niesamowicie. Po pracy weszłam szybko do domu, przebrałam się w niebieski T-shirt, krótkie spodenki i rzemykowe sandałki. Zjadłam dwa kawałki chleba, wypiłam herbatę i wypadłam z domu na miasto.
Po godzinnym marszu przez sklepy odzieżowe miałam już dosyć wszystkiego, a zwłaszcza dosyć w sprzedawczyń, które patrzyły na mnie jak na coś, co przyczepiło im się do buta. Skąd je wszystkie biorą?
Mijając kolejną sklepową witrynę zobaczyłam suknię moich marzeń. Była wprost idealna. Uszyta z granatowego, lejącego się materiału, który błyszczał w świetle słońca. Jeśli dobrze się przyjrzeć, było widać na nim malutkie kwiatki szyte złotą nitką. Prosta, ale szykowna. Nie za krótka, nie za długa... Idealna.
Postanowiłam ją przymierzyć. Weszłam więc do sklepu i mocno się zdziwiłam, gdy zobaczyłam w środku Chrisa, który akurat wybierał krawat. No cóż, ten sklep miał w ofercie także męski ubiór i akcesoria.
Christopher spojrzał się na mnie i uśmiechnął się szeroko.
-Savannah, witaj-powiedział. Ekspedientka z niechęcią przeniosła wzrok z niego na mnie.
-Cześć-mruknełam i podeszłam do niego.
-Co Ty tutaj robisz?-spytał.
-Chodzę po mieście w poszukiwaniu sukienki na piątkowy bankiet-oznajmiłam.
-O cholera, przepraszam, Sav...
-Ale za co?
-Powinienem się spytać, czy masz się w co ubrać i towarzyszyć Ci w zakupach, by pomóc Ci wybrać suknię.
-Oj przestań...
-Nie, Savannah. Powinienem i koniec-powiedział to z uśmiechem, który był tak bardzo przekonujący i tak wspaniały, że pomyślałam, że zaraz się rozpłynę.-A więc... Wybrałaś już coś?
-Szczerze mówiąc, nie. Ale zobaczyłam tutaj pewną sukienkę i chciałam ją przymierzyć.
-Tak? A która to?
-Ta granatowa z wystawy-mruknęłam zakłopotana.
-Masz wspaniały gust, moja droga-odparł. Spojrzał się na ekspedientkę.-Poprosimy do zmierzenia tą granatową suknię.
Dziewczyna z westchnieniem wstała i poszła zdjąć suknię z manekina.
-Psze bardzo-mruknęła podając mi ją.
Wzięłam ją i ruszyłam do przymierzalni. Zdjęłam spodenki, bluzkę i buty i weszłam w suknię. Nie miała metki, więc ucieszyłam się, że jeszcze nie widzę jej ceny, bo na 100 procent jest mega droga.
Nie mogłam zapiąć sukni, a bałam się szamotać z zamkiem i głupio było mi zawołać Chrisa, więc starałam się zrobić to jak najdelikatniej i najspokojniej się da.
-Pomogę Ci z zamkiem-usłyszałam, chwilę później do przymierzalni wszedł Chris.
Cholera, on czyta w myślach?
Zapiął do końca zamek sukienki i zapatrzył się na mnie.
-Wyglądasz niesamowicie. Jakby ta sukienka była właśnie dla Ciebie-powiedział, a ja poczułam, że jeszcze chwila i cała spłonę.
-No, jest ładna-wydukałam.
-Bierzemy ją.
Chyba go porąbało. Ta kieca będzie kosztować fortunę! Nie mam pieniędzy, muszę kupić coś na piątek i jednocześnie nie mogę pozwolić, by Chris fundował mi tak drogie rzeczy.
-Nie, Chris... Nie mogę tak. Będę mieć wyrzuty sumienia, jeśli mi ją kupisz, na pewno kosztuje majątek...
-Sav. Ja Cię zaprosiłem i jest to na mojej głowie. No, zdejmuj ją, sprzedawczyni ją zapakuje-powiedział, i wyszedł z przymierzalni, mówiąc ekspedientce, żeby nabijała rachunek.
***
Kiedy tylko razem z Christopherem przekroczyliśmy próg sali bankietowej dopadła nas grupka osób, jak mi się wydawało, większą jej część stanowili pracownicy firmy, w której ja także teraz pracuję.
-No no, Christopher-odezwał się młody blondyn, którego akurat nie kojarzyłam.-Przedstaw nam swoją towarzyszkę.
Czyli się zaczęło. O ludzie, prawie godzinę spędziliśmy na przedstawianiu mnie. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego każdy musi mnie poznać, ale starałam się robić jak najlepsze wrażenie. Po zapoznaniach przyszedł czas na poczęstunek - kelnerzy postawili na długich stołach różne eleganckie przysmaki. Christopher uparł się, żebym spróbowała wszystkiego po trochu. Z grzeczności zgodziłam się, ale podziękowałam za to za alkohol, którego praktycznie w ogóle nie piję.
Po jedzeniu wszyscy toczyli kulturalne dyskusje na różne tematy. Ja raczej w nich nie uczestniczyłam, chyba, że Chris, który nie odstępował mnie na krok, pytał się mnie o coś, włączając mnie tym samym do rozmowy.
Z grzeczności nie patrzyłam na zegarek, jednak fakty były takie, że dłużyło mi się tutaj. Moim jedynym pocieszeniem było to, że Chris chyba także nie był wniebowzięty, bo parę razy widziałam, jak po rozmowie z którymś z gości przewracał oczami.
Na szczęście Christopher wkrótce oznajmił, że się zbieramy. Ucieszyłam się w duchu, bo nijak tu nie pasowałam, a na dodatek nie było chwili, żebym nie czuła na sobie czyjegoś wzroku.
Pożegnaliśmy się już nie ze wszystkimi, ale z tymi najbardziej ważnymi gośćmi i wyszliśmy.
-W końcu...-mruknął Christopher otwierając przede mną drzwi auta. Zamknął je za mną i obszedł samochód, by usiąść na miejscu kierowcy. Kiedy już to zrobił, odpiął sobie muchę, poluźnił koszulę i podwinął jej rękawy. Wyglądał teraz (jak i przedtem) mega seksownie. O kurde, mój mózg chyba przestał pracować, że myślę o Christopherze takie rzeczy.
-Gdzie jedziemy?-spytałam, by przerwać ciszę.
Chris? ❤❤❤ Rozwiń jakoś akcję, Ty potrafisz zrobić to idealnie :*
Ale nie wierzę, że wokół niego nie ma lepszej dziewczyny, która na 100 procent lepiej nadawałaby się do tego, powiedzmy, zadania.
-Halo, Sav...
-Przepraszam, zamyśliłam się.
-Widziałem-odparł z lekkim uśmiechem.-Pytałem się, czy przystajesz na moje propozycje.
-Oczywiście, będzie wspaniale, kiedy będę mogła Ci towarzyszyć i z chęcią uczczę z Tobą fakt, że mam nową pracę-odparłam z niespokojnym uśmiechem.
Cholera jasna! Dziewczyno, coś Ty narobiła? Wiesz, że to nie będzie dobre, na pewno coś wywiniesz. Ale ten jego uśmiech... Nie potrafię się mu oprzeć.
-Wspaniale, wprost idealnie-uśmiechnął się jeszcze szerzej, a w jego oczach pojawiły się iskierki.
***
Cały tydzień dzielnie pracowałam, udało mi się nawet zdobyć kilka pochwał od Chrisa i niezmiernienie to cieszyło.
W końcu nadszedł jednak czwartek, a ja z przestrachem stwierdziłam, że przecież nie mam nic, w co mogłabym się ubrać na taką imprezę. Genialnie, wprost niesamowicie. Po pracy weszłam szybko do domu, przebrałam się w niebieski T-shirt, krótkie spodenki i rzemykowe sandałki. Zjadłam dwa kawałki chleba, wypiłam herbatę i wypadłam z domu na miasto.
Po godzinnym marszu przez sklepy odzieżowe miałam już dosyć wszystkiego, a zwłaszcza dosyć w sprzedawczyń, które patrzyły na mnie jak na coś, co przyczepiło im się do buta. Skąd je wszystkie biorą?
Mijając kolejną sklepową witrynę zobaczyłam suknię moich marzeń. Była wprost idealna. Uszyta z granatowego, lejącego się materiału, który błyszczał w świetle słońca. Jeśli dobrze się przyjrzeć, było widać na nim malutkie kwiatki szyte złotą nitką. Prosta, ale szykowna. Nie za krótka, nie za długa... Idealna.
Postanowiłam ją przymierzyć. Weszłam więc do sklepu i mocno się zdziwiłam, gdy zobaczyłam w środku Chrisa, który akurat wybierał krawat. No cóż, ten sklep miał w ofercie także męski ubiór i akcesoria.
Christopher spojrzał się na mnie i uśmiechnął się szeroko.
-Savannah, witaj-powiedział. Ekspedientka z niechęcią przeniosła wzrok z niego na mnie.
-Cześć-mruknełam i podeszłam do niego.
-Co Ty tutaj robisz?-spytał.
-Chodzę po mieście w poszukiwaniu sukienki na piątkowy bankiet-oznajmiłam.
-O cholera, przepraszam, Sav...
-Ale za co?
-Powinienem się spytać, czy masz się w co ubrać i towarzyszyć Ci w zakupach, by pomóc Ci wybrać suknię.
-Oj przestań...
-Nie, Savannah. Powinienem i koniec-powiedział to z uśmiechem, który był tak bardzo przekonujący i tak wspaniały, że pomyślałam, że zaraz się rozpłynę.-A więc... Wybrałaś już coś?
-Szczerze mówiąc, nie. Ale zobaczyłam tutaj pewną sukienkę i chciałam ją przymierzyć.
-Tak? A która to?
-Ta granatowa z wystawy-mruknęłam zakłopotana.
-Masz wspaniały gust, moja droga-odparł. Spojrzał się na ekspedientkę.-Poprosimy do zmierzenia tą granatową suknię.
Dziewczyna z westchnieniem wstała i poszła zdjąć suknię z manekina.
-Psze bardzo-mruknęła podając mi ją.
Wzięłam ją i ruszyłam do przymierzalni. Zdjęłam spodenki, bluzkę i buty i weszłam w suknię. Nie miała metki, więc ucieszyłam się, że jeszcze nie widzę jej ceny, bo na 100 procent jest mega droga.
Nie mogłam zapiąć sukni, a bałam się szamotać z zamkiem i głupio było mi zawołać Chrisa, więc starałam się zrobić to jak najdelikatniej i najspokojniej się da.
-Pomogę Ci z zamkiem-usłyszałam, chwilę później do przymierzalni wszedł Chris.
Cholera, on czyta w myślach?
Zapiął do końca zamek sukienki i zapatrzył się na mnie.
-Wyglądasz niesamowicie. Jakby ta sukienka była właśnie dla Ciebie-powiedział, a ja poczułam, że jeszcze chwila i cała spłonę.
-No, jest ładna-wydukałam.
-Bierzemy ją.
Chyba go porąbało. Ta kieca będzie kosztować fortunę! Nie mam pieniędzy, muszę kupić coś na piątek i jednocześnie nie mogę pozwolić, by Chris fundował mi tak drogie rzeczy.
-Nie, Chris... Nie mogę tak. Będę mieć wyrzuty sumienia, jeśli mi ją kupisz, na pewno kosztuje majątek...
-Sav. Ja Cię zaprosiłem i jest to na mojej głowie. No, zdejmuj ją, sprzedawczyni ją zapakuje-powiedział, i wyszedł z przymierzalni, mówiąc ekspedientce, żeby nabijała rachunek.
***
Kiedy tylko razem z Christopherem przekroczyliśmy próg sali bankietowej dopadła nas grupka osób, jak mi się wydawało, większą jej część stanowili pracownicy firmy, w której ja także teraz pracuję.
-No no, Christopher-odezwał się młody blondyn, którego akurat nie kojarzyłam.-Przedstaw nam swoją towarzyszkę.
Czyli się zaczęło. O ludzie, prawie godzinę spędziliśmy na przedstawianiu mnie. Zupełnie nie rozumiałam, dlaczego każdy musi mnie poznać, ale starałam się robić jak najlepsze wrażenie. Po zapoznaniach przyszedł czas na poczęstunek - kelnerzy postawili na długich stołach różne eleganckie przysmaki. Christopher uparł się, żebym spróbowała wszystkiego po trochu. Z grzeczności zgodziłam się, ale podziękowałam za to za alkohol, którego praktycznie w ogóle nie piję.
Po jedzeniu wszyscy toczyli kulturalne dyskusje na różne tematy. Ja raczej w nich nie uczestniczyłam, chyba, że Chris, który nie odstępował mnie na krok, pytał się mnie o coś, włączając mnie tym samym do rozmowy.
Z grzeczności nie patrzyłam na zegarek, jednak fakty były takie, że dłużyło mi się tutaj. Moim jedynym pocieszeniem było to, że Chris chyba także nie był wniebowzięty, bo parę razy widziałam, jak po rozmowie z którymś z gości przewracał oczami.
Na szczęście Christopher wkrótce oznajmił, że się zbieramy. Ucieszyłam się w duchu, bo nijak tu nie pasowałam, a na dodatek nie było chwili, żebym nie czuła na sobie czyjegoś wzroku.
Pożegnaliśmy się już nie ze wszystkimi, ale z tymi najbardziej ważnymi gośćmi i wyszliśmy.
-W końcu...-mruknął Christopher otwierając przede mną drzwi auta. Zamknął je za mną i obszedł samochód, by usiąść na miejscu kierowcy. Kiedy już to zrobił, odpiął sobie muchę, poluźnił koszulę i podwinął jej rękawy. Wyglądał teraz (jak i przedtem) mega seksownie. O kurde, mój mózg chyba przestał pracować, że myślę o Christopherze takie rzeczy.
-Gdzie jedziemy?-spytałam, by przerwać ciszę.
Chris? ❤❤❤ Rozwiń jakoś akcję, Ty potrafisz zrobić to idealnie :*
sobota, 18 czerwca 2016
Od Chris'a c.d: Sav
Jestem niesamowicie zadowolony z decyzji panny Savannah.Nieskromnie mówiąc wybór posady
mojej asystentki był o wiele lepszym wyborem. Wizja wydawania jej poleceń wydaje się być nadzwyczaj kusząca... Sam Jackson był w
ogromnym szoku, że znalazłem sobie asystentkę. Ja zwolennik wszelakiej niezależności i indywidualności plus ktoś kto odwali za mnie część roboty. Koniec świata. Ale dobrze, tak właśnie ma być i tego właśnie chcę, a on niech sobie myśli co chce. Chociaż prawda jest taka, że ja wiem co temu poczciwemu człowiekowi w głowie siedzi... Niejednokrotnie traktował mnie jak swojego dzieciaka, dzieciaka albo wnuka w sumie jeden pies. Każdy potrzebuje kogoś bliskiego, a na dobrą sprawę on poza dorobkiem swojego życia, którego z kolei część zawdzięcza mnie nie ma nic. Prawdziwy człowiek biznesu, poświęcił życie rodzinne dla firmy. Czy było warto? Nie wiem, nie jestem nim. Ale na pewno odwalił szmat dobrej roboty... Cudownie, kolejne spotkanie na które zostałem wysłany... Na całe szczęście jestem osobą uprzywilejowaną i mam prawo do wielu rzeczy. Oj tak, do wielu. Zatem będę potrzebował dodatkowego świstku.
Ruszyłem z Sav na lunch i z momentem przekroczenia progu firmy zszedłem nieco z oficjalnego tonu.
- Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracować. - rzuciłem w celu napoczęcia jakiejś rozmowy.
- Ja również. - odpowiedziała.
Miałem ochotę ugryźć temat dnia wczorajszego. Ale nie bardzo wiedziałem jak. "Słuchaj wczoraj byłaś taka fajna..." Odpada, wyjdzie że na co dzień nie jest fajna. Hmmm... "Wczoraj ślicznie się uśmiechałaś..." Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Coś bardziej neutralnego.
- Wczorajszy dzień był niezwykle udany. - stwierdziłem, w miarę usatysfakcjonowany wybrnięciem ze swoich wątpliwości.
- Mnie też się bardzo podobał.
Huh... Czyli okrutny powrót do rzeczywistości. Straciłem tą wesolutką i otwartą Sav. Ale dlaczego? Czy kluczem do jej osoby są konie? Jeżeli tak to nie widzę innej możliwości niż przyprowadzenie jakiegoś do firmy. Bo musimy się jakoś porozumiewać. Oh tajemnicza istoto... chociażbym miał postradać zmysły i przekopać najstarsze cmentarze znajdę klucz do Twojego wnętrza.
Weszliśmy do pobliskiej knajpy, złożyliśmy zamówienie i zajęliśmy miejsca. Mam dwie sprawy, nie cierpiące zwłoki i między innymi dlatego wyciągnąłem ją na lunch, by wiedziała, że zależy mi na tym prywatnie a nie służbowo.
- Słuchaj, przejdę do rzeczy, mógłbym owinąć to w bawełnę ale nie widzę takiego sensu. W ten piątek mamy bankiet. Taka tam nudna impreza. W każdym razie chciałbym abyś poszła tam jako moja osoba towarzysząca. Obowiązują stroje galowe, ah z resztą co się będę rozgadywał.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wręczyłem jej ozdobne, gustowne zaproszenie wypisane złotą czcionką. Tak skarbie przyjęcie u snobów. Posłałem jej spojrzenie w stylu " Witam w moim okropnym świecie, ale to dopiero początek" .
- Jeżeli się zgodzisz to potem możemy pójść uczcić Twoją nową pracę. - zaproponowałem.
Będzie idealnie jeżeli się zgodzi ...No właśnie jeżeli się zgodzi. Na pewno jest świadoma, że będzie tam masa ludzi, a ja nie jestem osobą niewidzialną. Niestety idąc tam ze mną będzie w samiutkim centrum uwagi...
< Sav? Sory, że takie nijakie ale w sumie nie bardzo wiedziałam co napisać ;-; c: >
Ruszyłem z Sav na lunch i z momentem przekroczenia progu firmy zszedłem nieco z oficjalnego tonu.
- Mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracować. - rzuciłem w celu napoczęcia jakiejś rozmowy.
- Ja również. - odpowiedziała.
Miałem ochotę ugryźć temat dnia wczorajszego. Ale nie bardzo wiedziałem jak. "Słuchaj wczoraj byłaś taka fajna..." Odpada, wyjdzie że na co dzień nie jest fajna. Hmmm... "Wczoraj ślicznie się uśmiechałaś..." Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Coś bardziej neutralnego.
- Wczorajszy dzień był niezwykle udany. - stwierdziłem, w miarę usatysfakcjonowany wybrnięciem ze swoich wątpliwości.
- Mnie też się bardzo podobał.
Huh... Czyli okrutny powrót do rzeczywistości. Straciłem tą wesolutką i otwartą Sav. Ale dlaczego? Czy kluczem do jej osoby są konie? Jeżeli tak to nie widzę innej możliwości niż przyprowadzenie jakiegoś do firmy. Bo musimy się jakoś porozumiewać. Oh tajemnicza istoto... chociażbym miał postradać zmysły i przekopać najstarsze cmentarze znajdę klucz do Twojego wnętrza.
Weszliśmy do pobliskiej knajpy, złożyliśmy zamówienie i zajęliśmy miejsca. Mam dwie sprawy, nie cierpiące zwłoki i między innymi dlatego wyciągnąłem ją na lunch, by wiedziała, że zależy mi na tym prywatnie a nie służbowo.
- Słuchaj, przejdę do rzeczy, mógłbym owinąć to w bawełnę ale nie widzę takiego sensu. W ten piątek mamy bankiet. Taka tam nudna impreza. W każdym razie chciałbym abyś poszła tam jako moja osoba towarzysząca. Obowiązują stroje galowe, ah z resztą co się będę rozgadywał.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki i wręczyłem jej ozdobne, gustowne zaproszenie wypisane złotą czcionką. Tak skarbie przyjęcie u snobów. Posłałem jej spojrzenie w stylu " Witam w moim okropnym świecie, ale to dopiero początek" .
- Jeżeli się zgodzisz to potem możemy pójść uczcić Twoją nową pracę. - zaproponowałem.
Będzie idealnie jeżeli się zgodzi ...No właśnie jeżeli się zgodzi. Na pewno jest świadoma, że będzie tam masa ludzi, a ja nie jestem osobą niewidzialną. Niestety idąc tam ze mną będzie w samiutkim centrum uwagi...
< Sav? Sory, że takie nijakie ale w sumie nie bardzo wiedziałam co napisać ;-; c: >
Od Lionka c.d: Lex
Co ja najlepszego narobiłem... W sumie to nie ja a Milene ale u licha... Niech no szlag! Taki piekny wieczór zrujnowany. Choćbym nie wiem jak się starał coś zawsze musi pójść nie tak. Teraz czeka mnie albo rychły koniec naszej cholernie krótkiej znajomości albo milion tłumaczeń. Gdzie Milene tam po prostu kłopoty, tam ogromne kłopoty. Ale z resztą jestem głupi, że w ogóle do tego dopuściłem. Szok. Tak to dobre określenie tego co poczułem, bo z tego co mi wiadomo księżna miała być na zupełnie innym kontynencie.
- Odpierdol się do kurwy nędzy. Było tak pięknie. - wysyczałem jej w twarz. Nienawiść i agresja, te dwa uczucia budziła we mnie to babsko.
- Ależ Lionku... - rzuciła słodko i uwiesiła mi się na szyi.
- NIE WPIERDALAJ SIE.! Ja nic od Ciebie nie chce więc bądź tak łaskawa i zniknij! Raz a na zawsze. - burknąłem jak ostatni cham i prostak, a oczy ludzi w około były skierowane tylko na nas. Ludzka wścibskość nie ma granic. Odepchnąłem ją od siebie
Co jak co ale jedno muszę jej przyznać mimo upływu czasu nic się nie zmieniła. Nadal ma tą swoją świetną, zgrabną, wysportowaną sylwetkę.
Ale co po tym? Nie tylko ona taką ma i nie tylko to się liczy. Chociażby Lex też jest niesamowicie zbudowana. Właśnie, gdzie ona u licha jest?
Stanąłem przed klubem i pośpiesznie rozejrzałem się po ulicy. Lewo, ani śladu. Na wprost podobnie. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem drobny kobiecy kształt. Kolory w sumie też się zgadzały także bez wątpliwości stwierdziłem, że to ona. Niestety zaniepokoiło mnie coś innego... Nie szła sama. W odstępie paru a może parunastu kroków podążał za nią koleś podobnej do mnie postury. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie fakt, że ma na sobie mega obcisłą i krótką kieckę oraz tego, że widziany przeze mnie obraz obudził we mnie bardzo niepożądane uczucia.
Kurwa, kurwa, kurwa obym się mylił. W co ja wierzę? W tej kwestii zawsze należy dmuchać na zimne. Oj tak... Raz już popełniłem ten błąd. Drugi nie zamierzam. Ruszyłem biegiem w tamtą stronę z zabójczą prędkością.
-Lex! Uważaj! LEX!!! - darłem się ile sił w płucach jednak dziewczyna mnie nie słyszała.
Dogoniłem ich w samą porę a nawet trochę po czasie, gdyż ta namiastka mężczyzny zdążyła położyć swoje obleśne łapy na nie swojej własności. Nie znaczy to rzecz jasna że należy ona do mnie ale bądź co bądź na pewno nie do niego. Słowa, które wypowiedział pod adresem tej niewinnej damy odbiły mi się echem w głowie aby następnie zmrozić krew w żyłach i obudzić drzemiąca we mnie mniej miłą stronę. Żebym to ja go zaraz nie zostawił w krzakach jak ostatnie ścierwo.
-ZOSTAW JĄ!!! Zostaw ją, zboczeńcu!-krzyknąłem i chwyciłem go za wsiarz odciągając od dziewczyny. Zaraz się z nim tak zabawię, że seksu mu się do końca życia odechce. Rzuciłem się na niego z pięściami także po chwili napastnik leżał na ziemi. Jego ryj przyprawiał mnie o mdłości... Moje zacięcie było nie do opisania jakbym stracił panowanie nad sobą, jakbym wpadł w trans. Szczerze mówiąc nie czułem nawet ciosów, które mi zadawał, a gościu mojej miary siłą rzeczy musiał mi zadać ich parę. Liczyło się tylko to by dostał za swoje. Chlastałem go po mordzie raz za razem siedząc na nim okrakiem. Im bardziej puchła mu morda tym bardziej się nakręcałem. Furia? To zdecydowanie za słabe słowo by oddać to co czułem.
- Kurwa szmaciarzu jebany! Zatłukę Cię!!!- ryknąłem.
- Lion! LION!!! Wystarczy !- rozległ się przerażony krzyk Lex. On Cie dotknął, uwierz mi maleńka nie wystarczy. Jej rozkaz nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Oderwałem się od ledwo przytomnego kolesia dopiero kiedy mną szarpnęła. Płakała. Nie wiem czy dlatego że się mnie wystraszyła, czy przez to co miało miejsce, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu.
- Nie płacz. - od razu zmiękłem i mój ton z ostrego zmienił się w łagodny i przyjemny. - Proszę nie płacz. Chodź do domu.
Objąłem ją i powoli weszliśmy do jej mieszkania. Była rozdygotana, a ja skonsternowany. Nie bardzo wiedziałem jak powinienem się zachować. Serio ktoś powinien pisać jakieś poradniki na każdą okazję.
Mieszkanie miała urządzone bardzo gustownie jednakowoż nie był to moment na podziwianie pomieszczeń. Rozejrzałem się pośpiesznie szukając jakiejś inspiracji... JEST!
Wszedłem do jej łazienki i zdjąłem wiszący na wieszaku milusi szlafrok. To da jej chyba poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, nie? W końcu małe dzieci mają po coś swoje pluszowe kocyki. Opatuliłem ją i podprowadziłem do kanapy, na której usiedliśmy. Była w okropnym stanie i wcale jej się nie dziwię. Pierw ktoś próbuję Cię zgwałcić a potem patrzysz niemalże na śmierć człowieka... I tak była cholernie odważna i dzielna.
- Chodź tu myszor, przytul się. - wymamrotałem i przyciągnąłem ją blisko do siebie, tak że siedziała oparta o moją klatkę piersiową... . - Cichutko. Już dobrze mała... Przepraszam za to. Nie powinienem do tego dopuścić. No proszę już nie płacz. Jesteś tu ze mną bezpieczna. Jeżeli czegoś potrzebujesz to mów.
Uspokajałem ją w miarę swoich możliwości gładząc ją delikatnie po włosach. To wszystko było moją pierdoloną winą... Kurwa mać no przecież tylko ja potrafię wszystko tak koncertowo spierdolić.
- Wyjdź. - zaskomliła. O nie. Co to to nie. Będziesz chciała to jutro mnie wywalisz ale nie ma mowy, że dziś zostaniesz tu sama.
- Lex.Bebé... Proszę Cię. Jutro porozmawiamy teraz o tym nie myśl.
Nie wypuściłem jej z objęć ani na chwilkę i siedziałem tak godzinę a może więcej w milczeniu, aż w końcu udało jej się uspokoić i zasnąć. Dzielna dziewczynka.
-Confía en mí, por favor. Nie skrzywdzę Cię - wymruczałem cichutko pewien, że mnie nie słyszy i dałem jej delikatnego buziaczka w skroń. Następnie wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Rano będzie mniej zdezorientowana, chociaż tyle mogę zrobić. Zdjąłem jej buty, a następnie opatuliłem kołdrą. W innych okolicznościach bym ją przebrał, ale wolałem nie posuwać się tak daleko po takich rewelacjach. Dopiero kiedy emocje opadły i wytworzona przez organizm adrenalina przestała działać poczułem, że i mi się nieźle dostało. Kostki na pięściach miałem sine, rozcięty lewy łuk brwiowy, pękniętą wargę i lekko potłuczone żebra. Ale walić to to pikuś w porównaniu do bólu, który czuła Lexington,
Kierowany wszechogarniającym żalem i poczuciem winy przyniosłem sobie z kuchni taborecik i postawiłem w kącie pokoju, z którego będę mógł się jej uważnie przyglądać. Czemu? A temu, czy nie ma koszmarów i temu żeby nie była sama jak się obudzi. To chyba najgorsze co może być...
< Lex? ♥ >
- Odpierdol się do kurwy nędzy. Było tak pięknie. - wysyczałem jej w twarz. Nienawiść i agresja, te dwa uczucia budziła we mnie to babsko.
- Ależ Lionku... - rzuciła słodko i uwiesiła mi się na szyi.
- NIE WPIERDALAJ SIE.! Ja nic od Ciebie nie chce więc bądź tak łaskawa i zniknij! Raz a na zawsze. - burknąłem jak ostatni cham i prostak, a oczy ludzi w około były skierowane tylko na nas. Ludzka wścibskość nie ma granic. Odepchnąłem ją od siebie
Co jak co ale jedno muszę jej przyznać mimo upływu czasu nic się nie zmieniła. Nadal ma tą swoją świetną, zgrabną, wysportowaną sylwetkę.
Ale co po tym? Nie tylko ona taką ma i nie tylko to się liczy. Chociażby Lex też jest niesamowicie zbudowana. Właśnie, gdzie ona u licha jest?
Stanąłem przed klubem i pośpiesznie rozejrzałem się po ulicy. Lewo, ani śladu. Na wprost podobnie. Zerknąłem w prawo i dostrzegłem drobny kobiecy kształt. Kolory w sumie też się zgadzały także bez wątpliwości stwierdziłem, że to ona. Niestety zaniepokoiło mnie coś innego... Nie szła sama. W odstępie paru a może parunastu kroków podążał za nią koleś podobnej do mnie postury. Nie byłoby w tym nic podejrzanego gdyby nie fakt, że ma na sobie mega obcisłą i krótką kieckę oraz tego, że widziany przeze mnie obraz obudził we mnie bardzo niepożądane uczucia.
Kurwa, kurwa, kurwa obym się mylił. W co ja wierzę? W tej kwestii zawsze należy dmuchać na zimne. Oj tak... Raz już popełniłem ten błąd. Drugi nie zamierzam. Ruszyłem biegiem w tamtą stronę z zabójczą prędkością.
-Lex! Uważaj! LEX!!! - darłem się ile sił w płucach jednak dziewczyna mnie nie słyszała.
Dogoniłem ich w samą porę a nawet trochę po czasie, gdyż ta namiastka mężczyzny zdążyła położyć swoje obleśne łapy na nie swojej własności. Nie znaczy to rzecz jasna że należy ona do mnie ale bądź co bądź na pewno nie do niego. Słowa, które wypowiedział pod adresem tej niewinnej damy odbiły mi się echem w głowie aby następnie zmrozić krew w żyłach i obudzić drzemiąca we mnie mniej miłą stronę. Żebym to ja go zaraz nie zostawił w krzakach jak ostatnie ścierwo.
-ZOSTAW JĄ!!! Zostaw ją, zboczeńcu!-krzyknąłem i chwyciłem go za wsiarz odciągając od dziewczyny. Zaraz się z nim tak zabawię, że seksu mu się do końca życia odechce. Rzuciłem się na niego z pięściami także po chwili napastnik leżał na ziemi. Jego ryj przyprawiał mnie o mdłości... Moje zacięcie było nie do opisania jakbym stracił panowanie nad sobą, jakbym wpadł w trans. Szczerze mówiąc nie czułem nawet ciosów, które mi zadawał, a gościu mojej miary siłą rzeczy musiał mi zadać ich parę. Liczyło się tylko to by dostał za swoje. Chlastałem go po mordzie raz za razem siedząc na nim okrakiem. Im bardziej puchła mu morda tym bardziej się nakręcałem. Furia? To zdecydowanie za słabe słowo by oddać to co czułem.
- Kurwa szmaciarzu jebany! Zatłukę Cię!!!- ryknąłem.
- Lion! LION!!! Wystarczy !- rozległ się przerażony krzyk Lex. On Cie dotknął, uwierz mi maleńka nie wystarczy. Jej rozkaz nie wywarł na mnie żadnego wrażenia. Oderwałem się od ledwo przytomnego kolesia dopiero kiedy mną szarpnęła. Płakała. Nie wiem czy dlatego że się mnie wystraszyła, czy przez to co miało miejsce, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu.
- Nie płacz. - od razu zmiękłem i mój ton z ostrego zmienił się w łagodny i przyjemny. - Proszę nie płacz. Chodź do domu.
Objąłem ją i powoli weszliśmy do jej mieszkania. Była rozdygotana, a ja skonsternowany. Nie bardzo wiedziałem jak powinienem się zachować. Serio ktoś powinien pisać jakieś poradniki na każdą okazję.
Mieszkanie miała urządzone bardzo gustownie jednakowoż nie był to moment na podziwianie pomieszczeń. Rozejrzałem się pośpiesznie szukając jakiejś inspiracji... JEST!
Wszedłem do jej łazienki i zdjąłem wiszący na wieszaku milusi szlafrok. To da jej chyba poczucie jakiegoś bezpieczeństwa, nie? W końcu małe dzieci mają po coś swoje pluszowe kocyki. Opatuliłem ją i podprowadziłem do kanapy, na której usiedliśmy. Była w okropnym stanie i wcale jej się nie dziwię. Pierw ktoś próbuję Cię zgwałcić a potem patrzysz niemalże na śmierć człowieka... I tak była cholernie odważna i dzielna.
- Chodź tu myszor, przytul się. - wymamrotałem i przyciągnąłem ją blisko do siebie, tak że siedziała oparta o moją klatkę piersiową... . - Cichutko. Już dobrze mała... Przepraszam za to. Nie powinienem do tego dopuścić. No proszę już nie płacz. Jesteś tu ze mną bezpieczna. Jeżeli czegoś potrzebujesz to mów.
Uspokajałem ją w miarę swoich możliwości gładząc ją delikatnie po włosach. To wszystko było moją pierdoloną winą... Kurwa mać no przecież tylko ja potrafię wszystko tak koncertowo spierdolić.
- Wyjdź. - zaskomliła. O nie. Co to to nie. Będziesz chciała to jutro mnie wywalisz ale nie ma mowy, że dziś zostaniesz tu sama.
- Lex.Bebé... Proszę Cię. Jutro porozmawiamy teraz o tym nie myśl.
Nie wypuściłem jej z objęć ani na chwilkę i siedziałem tak godzinę a może więcej w milczeniu, aż w końcu udało jej się uspokoić i zasnąć. Dzielna dziewczynka.
-Confía en mí, por favor. Nie skrzywdzę Cię - wymruczałem cichutko pewien, że mnie nie słyszy i dałem jej delikatnego buziaczka w skroń. Następnie wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni. Rano będzie mniej zdezorientowana, chociaż tyle mogę zrobić. Zdjąłem jej buty, a następnie opatuliłem kołdrą. W innych okolicznościach bym ją przebrał, ale wolałem nie posuwać się tak daleko po takich rewelacjach. Dopiero kiedy emocje opadły i wytworzona przez organizm adrenalina przestała działać poczułem, że i mi się nieźle dostało. Kostki na pięściach miałem sine, rozcięty lewy łuk brwiowy, pękniętą wargę i lekko potłuczone żebra. Ale walić to to pikuś w porównaniu do bólu, który czuła Lexington,
Kierowany wszechogarniającym żalem i poczuciem winy przyniosłem sobie z kuchni taborecik i postawiłem w kącie pokoju, z którego będę mógł się jej uważnie przyglądać. Czemu? A temu, czy nie ma koszmarów i temu żeby nie była sama jak się obudzi. To chyba najgorsze co może być...
< Lex? ♥ >
Od Andrij'a c.d: Mai
Złapałem ją za rękę i przyciągnąłem do siebie. Wpadła idealnie w me ramiona. Przytuliłem ją mocno. Było to trochę krępujące, ponieważ większość dziewczyn przytula się w klatę. Maya nie mogła tego zrobić. Była prawie tak samo wysoka jak ja.
- Ja Ciebie też – odparłem.
Czyżby urok zaczął działać? – zastanawiałem się w głębi duszy. Staliśmy tak przez parę chwil. Pocałowałem ją w czoło.
- Ja Ciebie też - powtórzyłem trochę ciszej.
W sumie nie wiem czemu to powiedziałem. Może dlatego, żeby nie było jej przykro? Sam nie wiem. Nie byłem pewien co do takich poważnych decyzji. Rozpłakała się. Zaczęliśmy przesuwać się w stronę kanapy. Zasadniczo to ja się poruszałem a May'a szła posłusznie za mną. Usiedliśmy i Em przytuliła się jeszcze mocniej. Kazałem jej chwilę poczekać. Poszedłem do kuchni i wziąłem wino. Kieliszki zgarnąłem w drodze powrotnej. Kiedy wróciłem była lekko uspokojona, jednak jeszcze szlochała. Postawiłem ją przed celem dokonanym. Będziemy pić, co prawda wino... No ale lepsze wino od herbaty czy kawy.
***
Minęło parę godziny a opróżnianie butelek szło nam bardzo szybko. Już nawet zaczęliśmy popijać szkocką. Co było spowodowane brakiem tak dużej ilości wina. Przez ten cały czas rozmawialiśmy. Maya była szczęśliwa... szczęśliwa i pijana. Ale to drugie to mniejszy szczegół. Mogła się w końcu komuś wyżalić. Z tego co wiedziałem to nikogo innego bliskiego nie miała. Kończyliśmy już kolejną butelkę "rudej", gdy May'a powiedziała, że musi już iść. Zaproponowałem jej nocleg. Bez zbędnej gadki zgodziła się. Miała takie małe oczka i często ziewała. Swoją drogą też byłem już zmęczony. Przez cały wieczór rozmyślałem co by było gdyby. Dla przykładu jakbym był z May'ą i poszlibyśmy do jakiegoś teatru czy innego ośrodka kultury to co założyłaby szpilki? Wtedy będzie wyższa ode mnie o parę lub paręnaście centymetrów. Poszliśmy do sypialni. W sumie to ja poszedłem a Em musiałem zanieść. Ledwo trzymała się na nogach. Po drodze zasnęła mi na rękach. Położyłem ja na łóżko i przykryłem. Sam zrobiłem to samo chwilę później. Teoretycznie mógłbym z nią się teraz przespać a ona i tak nic by nie pamiętała - pomyślałem - Ale takie pijane szprotki to nie dla mnie. To żaden wyczyn. No chyba, że jesteś studentem jak ten P.. Pablo? Chyba tak. Jakoś tak miał. Po paru chwilach poszliśmy spać.
Około piątej, może piątej dwadzieścia zadzwonił mój telefon. Wstałem czym prędzej i go odebrałem, by nie obudzić Mai. Na próżno. I tak się obudziła.
- Co się stało? - zapytała się łapiąc za głowę.
- Nic - odparłem i wyszedłem z sypialni przymykając drzwi. Dzwonił mój przełożony.
- Andrij? - usłyszałem głos ze słuchawki.
- Tak, słucham? - odpowiedziałem- Jest problem. Przyjedź jak najszybciej.
- Ale co się stało, przecież dzisiaj jest sobota... - nie dokończyłem zdania.
- W nocy był pożar - kontynuował - W urzędzie miasta a dokładniej to w serwerowni. Większość serwerów uległa zniszczeniu. W mieście nie ma sygnalizacji oraz większości systemów jak i stron rządowych.
- Dobrze... Będę jak najszybciej. Kurwa. Super - pomyślałem.
Trzeba będzie konfigurować i wgrywać wszystko od nowa. Można byłoby wgrać kopię zapasową ale takiej urząd miasta aktualnie nie posiada. Ostatni backup danych jest z grudnia 2008 roku. No proszę, jest 2016. To prawie 8 lat. Stawianie całej sieci Nowego Jorku od podstaw zajmie nam co najmniej miesiąc, chociaż przełożeni uparcie przekonują (w zasadzie rozkazują), że uwiniemy się w tydzień. Co to oznacza? Tylko jedno, tak jak to jest zazwyczaj. Ostra harówka 24/7. Nie będę miał czasu na nic. Dosłownie na nic...Chociaż w sumie może to dobrze? Będę miał czas, żeby wszystko jeszcze raz przemyśleć.Wyszedłem na balkon by zapalić papierosa. Wszystko mi się teraz zwala na łeb. Praca, May'a i jeszcze te dokumenty. Jakoś nie mam czasu by podejść do urzędu po prawo jazdy czy dowód osobisty. Już byłem w połowie szluga, gdy nagle ujrzałem Em. Sprawnie go wyrzuciłem przez balkon. Wróciliśmy do sypialni, jednak nie poszliśmy już spać. Szybko się ubrałem i przeprosiłem ją ale musiałem się szybko zjawić w pracy. Szybkim krokiem wyszedłem z domu, zostawiając jej zapasowe klucze i udałem się do swojego samochodu. Schodząc po schodach wyciągnąłem fajkę i zacząłem ją do ust. Może teraz będzie mi dane ją skończyć? Pomachałem jeszcze jej, ponieważ stała na balkonie i odjechałem.
<Maya?>
- Ja Ciebie też – odparłem.
Czyżby urok zaczął działać? – zastanawiałem się w głębi duszy. Staliśmy tak przez parę chwil. Pocałowałem ją w czoło.
- Ja Ciebie też - powtórzyłem trochę ciszej.
W sumie nie wiem czemu to powiedziałem. Może dlatego, żeby nie było jej przykro? Sam nie wiem. Nie byłem pewien co do takich poważnych decyzji. Rozpłakała się. Zaczęliśmy przesuwać się w stronę kanapy. Zasadniczo to ja się poruszałem a May'a szła posłusznie za mną. Usiedliśmy i Em przytuliła się jeszcze mocniej. Kazałem jej chwilę poczekać. Poszedłem do kuchni i wziąłem wino. Kieliszki zgarnąłem w drodze powrotnej. Kiedy wróciłem była lekko uspokojona, jednak jeszcze szlochała. Postawiłem ją przed celem dokonanym. Będziemy pić, co prawda wino... No ale lepsze wino od herbaty czy kawy.
***
Minęło parę godziny a opróżnianie butelek szło nam bardzo szybko. Już nawet zaczęliśmy popijać szkocką. Co było spowodowane brakiem tak dużej ilości wina. Przez ten cały czas rozmawialiśmy. Maya była szczęśliwa... szczęśliwa i pijana. Ale to drugie to mniejszy szczegół. Mogła się w końcu komuś wyżalić. Z tego co wiedziałem to nikogo innego bliskiego nie miała. Kończyliśmy już kolejną butelkę "rudej", gdy May'a powiedziała, że musi już iść. Zaproponowałem jej nocleg. Bez zbędnej gadki zgodziła się. Miała takie małe oczka i często ziewała. Swoją drogą też byłem już zmęczony. Przez cały wieczór rozmyślałem co by było gdyby. Dla przykładu jakbym był z May'ą i poszlibyśmy do jakiegoś teatru czy innego ośrodka kultury to co założyłaby szpilki? Wtedy będzie wyższa ode mnie o parę lub paręnaście centymetrów. Poszliśmy do sypialni. W sumie to ja poszedłem a Em musiałem zanieść. Ledwo trzymała się na nogach. Po drodze zasnęła mi na rękach. Położyłem ja na łóżko i przykryłem. Sam zrobiłem to samo chwilę później. Teoretycznie mógłbym z nią się teraz przespać a ona i tak nic by nie pamiętała - pomyślałem - Ale takie pijane szprotki to nie dla mnie. To żaden wyczyn. No chyba, że jesteś studentem jak ten P.. Pablo? Chyba tak. Jakoś tak miał. Po paru chwilach poszliśmy spać.
Około piątej, może piątej dwadzieścia zadzwonił mój telefon. Wstałem czym prędzej i go odebrałem, by nie obudzić Mai. Na próżno. I tak się obudziła.
- Co się stało? - zapytała się łapiąc za głowę.
- Nic - odparłem i wyszedłem z sypialni przymykając drzwi. Dzwonił mój przełożony.
- Andrij? - usłyszałem głos ze słuchawki.
- Tak, słucham? - odpowiedziałem- Jest problem. Przyjedź jak najszybciej.
- Ale co się stało, przecież dzisiaj jest sobota... - nie dokończyłem zdania.
- W nocy był pożar - kontynuował - W urzędzie miasta a dokładniej to w serwerowni. Większość serwerów uległa zniszczeniu. W mieście nie ma sygnalizacji oraz większości systemów jak i stron rządowych.
- Dobrze... Będę jak najszybciej. Kurwa. Super - pomyślałem.
Trzeba będzie konfigurować i wgrywać wszystko od nowa. Można byłoby wgrać kopię zapasową ale takiej urząd miasta aktualnie nie posiada. Ostatni backup danych jest z grudnia 2008 roku. No proszę, jest 2016. To prawie 8 lat. Stawianie całej sieci Nowego Jorku od podstaw zajmie nam co najmniej miesiąc, chociaż przełożeni uparcie przekonują (w zasadzie rozkazują), że uwiniemy się w tydzień. Co to oznacza? Tylko jedno, tak jak to jest zazwyczaj. Ostra harówka 24/7. Nie będę miał czasu na nic. Dosłownie na nic...Chociaż w sumie może to dobrze? Będę miał czas, żeby wszystko jeszcze raz przemyśleć.Wyszedłem na balkon by zapalić papierosa. Wszystko mi się teraz zwala na łeb. Praca, May'a i jeszcze te dokumenty. Jakoś nie mam czasu by podejść do urzędu po prawo jazdy czy dowód osobisty. Już byłem w połowie szluga, gdy nagle ujrzałem Em. Sprawnie go wyrzuciłem przez balkon. Wróciliśmy do sypialni, jednak nie poszliśmy już spać. Szybko się ubrałem i przeprosiłem ją ale musiałem się szybko zjawić w pracy. Szybkim krokiem wyszedłem z domu, zostawiając jej zapasowe klucze i udałem się do swojego samochodu. Schodząc po schodach wyciągnąłem fajkę i zacząłem ją do ust. Może teraz będzie mi dane ją skończyć? Pomachałem jeszcze jej, ponieważ stała na balkonie i odjechałem.
<Maya?>
piątek, 17 czerwca 2016
Od Damon'a CD Lucy
-KURWA!-warknąłem.-Hej, Lu! Słyszysz mnie?
-Dajmonełe?-mruknęła.-Zabierzeszszsz mje do siebie? Zabierz mje, ploseee... Nie mogę dalej iśśś...
-Taki mam plan-odparłem i wziąłem ją na ręce jak pannę młodą. Dobrze, że mój samochód stał niedaleko stąd, więc szybko do niego poszedłem, wsadziłem Lu do środka, zapiąłem jej pasy i sam wsiadłem. Cały czas do niej gadałem, byleby tylko utrzymać kontakt. Całe szczęście, że o tej godzinie na ulicach nie było tak dużo ludzi, więc w miarę szybko przemknęliśmy do mnie.
***
Była godzina ósma rano, a ja siedziałem i patrzyłem się na śpiącą na kanapie Lucy. Za dwie godziny zaczynałem pracę, ale teraz mogłem sobie pozwolić na chwilę lenistwa, ponieważ studio nie jest daleko, a zrobiłem już poranne zakupy i zjadłem śniadanie.
Jejku, Lu wyglądała tak ślicznie, kiedy spała.
Cieszyłem się, że jest z nią już mniej więcej dobrze, bo, nie łudźmy się stan, do którego się wczoraj doprowadziła (sama czy z czyjąś pomocą, tego nie wiem), zagrażał jej zdrowiu, a nawet życiu. Wolę nawet nie myśleć, "co by było gdyby"...
Zastanawiałem się też nad słowami Lucy - mówiła, że bardzo jej się podobam i inne takie rzeczy. Czy ona rzeczywiście tak uważa? Chciałbym, żeby to była prawda.
Dziewczyna poruszyła przez sen ręką, a ja odgarnąłem jej włosy, które opadły na jej piękną twarzyczkę. Najciszej jak mogłem sięgnąłem po szkicownik i zacząłem ją rysować. Najpierw powstał główny zarys postaci, potem zaczynałem rysować szczegóły. Kiedy kończyłem rysunek było za piętnaście dziesiąta. Odłożyłem więc szkicownik oraz ołówki na półkę i podszedłem do lodówki. Z szafki nad nią wyjąłem koszyk z lekarstwami, a z niego środki przeciwbólowe. Wyrwałem kartkę z notatnika, który wisiał na lodów w i zacząłem pisać:
Hej, Lu! Mam nadzieję, że czujesz się lepiej niż w nocy. Tutaj masz coś na ból głowy, jedzenie jest w lodówce, a chleb i bułki są w chlebaku. Bierz co chcesz i czuj się jak u siebie, ja będę w salonie, wrócę o 14. Jak coś to dzwoń. ~Damon
PS Komplet kluczy, który możesz wziąć jest na stole kuchennym.
Postawiłem na ławie szklankę z wodą, obok szklanki lekarstwa i notatkę. Ubrałem buty, kurtkę, wyszedłem z mieszkania, zamknąłem drzwi i poszedłem do studia.
***
Awwww yeaaahh, fajrant!
Zamyknąłem studio i jak na skrzydłach popędziłem do najbliższego sklepu, by kupić świeże składniki potrzebne do przygotowania obiadu. Oprócz tego kupiłem wielkie pudło lodów i trzy tabliczki czekolady. I pop corn i wafle ryżowe. Zamierzałem urządzić z Lucy wieczór filmowy, ale jak na razie wcale jej o tym nie wspomniałem.
Dziewczyna dzwoniła w okolicach dwunastej, i jeśli mnie nie wkręcała, to czuła się całkiem dobrze. Chociaż, gdyby chodziło o mnie to po takiej nocy denerwowałoby nawet stąpanie mrówki po dywanie. Całe szczęście, że te czasy już minęły.
W mieskaniu pojawiłem się dwadzieścia po drugiej.
-Cześć, Lu! Jak się czujesz?-spytałem od progu.
Lucy? Wiem, flaki z olejem, ale nie miałam żadnego pomysłu, a Twoje opo tak długo bez odp ;_;
-Dajmonełe?-mruknęła.-Zabierzeszszsz mje do siebie? Zabierz mje, ploseee... Nie mogę dalej iśśś...
-Taki mam plan-odparłem i wziąłem ją na ręce jak pannę młodą. Dobrze, że mój samochód stał niedaleko stąd, więc szybko do niego poszedłem, wsadziłem Lu do środka, zapiąłem jej pasy i sam wsiadłem. Cały czas do niej gadałem, byleby tylko utrzymać kontakt. Całe szczęście, że o tej godzinie na ulicach nie było tak dużo ludzi, więc w miarę szybko przemknęliśmy do mnie.
***
Była godzina ósma rano, a ja siedziałem i patrzyłem się na śpiącą na kanapie Lucy. Za dwie godziny zaczynałem pracę, ale teraz mogłem sobie pozwolić na chwilę lenistwa, ponieważ studio nie jest daleko, a zrobiłem już poranne zakupy i zjadłem śniadanie.
Jejku, Lu wyglądała tak ślicznie, kiedy spała.
Cieszyłem się, że jest z nią już mniej więcej dobrze, bo, nie łudźmy się stan, do którego się wczoraj doprowadziła (sama czy z czyjąś pomocą, tego nie wiem), zagrażał jej zdrowiu, a nawet życiu. Wolę nawet nie myśleć, "co by było gdyby"...
Zastanawiałem się też nad słowami Lucy - mówiła, że bardzo jej się podobam i inne takie rzeczy. Czy ona rzeczywiście tak uważa? Chciałbym, żeby to była prawda.
Dziewczyna poruszyła przez sen ręką, a ja odgarnąłem jej włosy, które opadły na jej piękną twarzyczkę. Najciszej jak mogłem sięgnąłem po szkicownik i zacząłem ją rysować. Najpierw powstał główny zarys postaci, potem zaczynałem rysować szczegóły. Kiedy kończyłem rysunek było za piętnaście dziesiąta. Odłożyłem więc szkicownik oraz ołówki na półkę i podszedłem do lodówki. Z szafki nad nią wyjąłem koszyk z lekarstwami, a z niego środki przeciwbólowe. Wyrwałem kartkę z notatnika, który wisiał na lodów w i zacząłem pisać:
Hej, Lu! Mam nadzieję, że czujesz się lepiej niż w nocy. Tutaj masz coś na ból głowy, jedzenie jest w lodówce, a chleb i bułki są w chlebaku. Bierz co chcesz i czuj się jak u siebie, ja będę w salonie, wrócę o 14. Jak coś to dzwoń. ~Damon
PS Komplet kluczy, który możesz wziąć jest na stole kuchennym.
Postawiłem na ławie szklankę z wodą, obok szklanki lekarstwa i notatkę. Ubrałem buty, kurtkę, wyszedłem z mieszkania, zamknąłem drzwi i poszedłem do studia.
***
Awwww yeaaahh, fajrant!
Zamyknąłem studio i jak na skrzydłach popędziłem do najbliższego sklepu, by kupić świeże składniki potrzebne do przygotowania obiadu. Oprócz tego kupiłem wielkie pudło lodów i trzy tabliczki czekolady. I pop corn i wafle ryżowe. Zamierzałem urządzić z Lucy wieczór filmowy, ale jak na razie wcale jej o tym nie wspomniałem.
Dziewczyna dzwoniła w okolicach dwunastej, i jeśli mnie nie wkręcała, to czuła się całkiem dobrze. Chociaż, gdyby chodziło o mnie to po takiej nocy denerwowałoby nawet stąpanie mrówki po dywanie. Całe szczęście, że te czasy już minęły.
W mieskaniu pojawiłem się dwadzieścia po drugiej.
-Cześć, Lu! Jak się czujesz?-spytałem od progu.
Lucy? Wiem, flaki z olejem, ale nie miałam żadnego pomysłu, a Twoje opo tak długo bez odp ;_;
czwartek, 16 czerwca 2016
Od Mai CD Andrij
Obudziłam się w łóżku. Pamiętam tylko, jak Andrij i ja wyszliśmy z wody. Ale trudno. Wstałam, była około 9-10. Podreptałam do kuchni, śniadanie zrobiłam w biegu. Czemu? Sama nie wiem. Zjadłam kanapke z dżemem i wypijłam kawę. Podeszłam do sztalugi i zaczęłam malować. Po 5, góra 6 godzinach skończyłam. Co mi wyszło? Portret Andrij'a. Czemu?! Miałam taką koncepcję. Chyba pozostał mi w głowie. Może i znamy się jedyne półtora dnia, ale jak go widzę...Ah, nie ważne. Na stoliku nocnym leżał mój IPhone 6S. Zawachałam się czy zadzwonić do chłopaka, po tym, co stało się w jeziorze w parku...To trudne. Ale w końcu wzięłam telefon i wybrałam numer.
- Halo. Hej Andrij.- Zaczęłam.
- Cześć...Maya- Odparł spokojnie.
- Nie jesteś...- Nie dokończyłam
- To nie pogawędka przez telefon. Jeżeli chcesz o tym pogadać to przyjdź do mnie o...18? Pasuje?- Wyjaśnił.
- No dobra No. To do zobaczenia.
Poszłam się przebrać w bardziej luksusowych strój. Nie to, że chcę się chwalić, ale po pierwsze, idę w goście, to wymaga stylu, a po drugie, byłam brudna farbą. Wzięłam portret i wyjechałam z apartamentu. Przy okazji podjechałam do myjni. Umyłam samochód i ruszyłam dalej. Na miejscu, zostawiłam auto pod blokiem i znalazłam mieszkanie Andrij'a. Zapukałam. W ręce trzymałam moje dzieło. Otworzył. Nie wyglądał na jakoś mega szczęśliwego.
- Hej?
- Cześć Mayu. Wejdź.
Podarowałam mu obraz.
- WOW! Ty to sama?- Zapytał z niedowierzaniem.
- Jasne. A co?- Odparłam uśmiechnięta.
- Szcun na mieście. Masz talent- Powiedział i puścił mi oko.
Obraz odstawił w kąt. Bodajże, by się nie przewrócił.
- Usiądź na kanapie. Napijesz się czegoś? Soczku, Kawy, Herbaty, Wina?- Zaproponował.
- Poproszę Herbatę.- Uprzejmie oznajmiłam.
Po kilku minutach Andrij był już ze mną.
- I...Co?- Próbowałam zacząć rozmowę. Była niepokojąca cisza. To było troszkę krępujące.
- No, nic ciekawego.- Wiedział, że nic z tego nie wyniknie.
- Co o mnie sądzisz?- Zapytałam niepewnie.
Interesowało mnie BARDZO jego zdanie. Ale czemu? Bo tylko jego znałam i nie chciałam tej przyjaźni Spierdolić do reszty.
- No...Jesteś Okej...
- A...Wiem...Że...Znam...Cię...Tylko...Dwa dni...Ale...- Zaczęłam.
- Co?- Rozpromienił się Andrij. Chyba domyślał się o co chodzi.
- I...Że chłopak to mówi, ale...Kocham cię.- Wyszeptałam Tak cicho, że nawet człowiek który ma mega dobry słuch tego by nie usłyszał.
- Co? Powtórzysz, ale głośniej.- Poprosił.
- Kocham cię.
- To żart, czy prawda?- Zapytał zamotany.
- Prawda...- Wyznałam. Ruszyłam do wyjścia ale Andrij mnie zatrzymał.
<Andrij?>
Czcionkę poprawię z kompa, jestem w strefie kibica XD
Od Andrij'a c.d: Mai
Sielankowy nastrój przerwała nagła burza. Czym prędzej wyszliśmy z wody i powoli udaliśmy się w stronę samochodu. Deszcz nie robił już nam różnicy i tak byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Po dłuższej wędrówce w milczeniu i błocie (tak, ścieżka zamieniła się w błotne bajorko) znaleźliśmy się przed jej samochodem. Widziałem po Mai, że ledwo tutaj doszła. Jest zmęczona - stwierdziłem. Kazałem jej usiąść jako pasażer i, o dziwo zgodziła się. Szkoda, że tak z cztery godziny wcześniej nie była taka ugodowa. Sam zaś usiadłem za kierowcą. Dostałem kluczyki i odpaliłem maszynę. Jednak ta "maszyna" nie chciała zapalić. Kurwa co jest? - pomyślałem. Sprawdziłem stan paliwa - było git. Hmm... Mechanikiem to ja nie jestem...
Dobra Andrij bez przypału. Pokaż, że potrafisz - dodawałem sobie otuchy, mimo mojego zmęczenia spowodowanego dniem dzisiejszym. Energicznie wysiadłem z samochodu i usłyszałem tylko wielkie plasknięcie. Kurwa. To była wielka kałuża i tak, właśnie w niej stałem. Ciężkimi krokami próbowałem wywlec się z tego małego bajorka. Było trudno, lecz po paru chwilach udało mi się przedostać na tył samochodu. Postanowiłem wypchać automobila z tego "potopu". Kto do diaska parkuje w dziurach? Pogoda też mnie nie wspierała i jeszcze ten pocałunek z Mayą? Co mam o tym sądzić? Znamy się zaledwie ponad dobę...Minęło może dziesięć lub piętnaście minut zanim udało mi się skończyć moją misję. Gdy wsiadałem do samochodu zobaczyłem, że Em już śpi. Bez zbędnej gadki, której i tak nie chciało mi się już prowadzić ruszyliśmy w stronę jej mieszkania. Po chwili znaleźliśmy się na miejscu. Wysiadłem z auta i wziąłem ją na ręce. Zamknąłem samochód i zaniosłem moją podopieczną na górę. Położyłem ją do łóżka, zabrałem zapasowe kluczowe i napisałem jej karteczkę. Na palcach opuściłem jej apartament i udałem się na dół.
Byłem już w mniej więcej połowie drogi do domu, gdy moim oczom ukazał się pub dla studenciaków. No i elegancko - pomyślałem. Chociaż, czekaj. Bez rozgrzewki nie da rady. Skoczyłem na jednej nodze do pobliskiego monopolowego po setę, którą obaliłem niemal tak szybko jak ją kupiłem. Jestem gotowy - stwierdziłem. Wszedłem do środka i moim ślepiom ukazała się banda cwaniaczków, którzy przed pannami próbują zgrywać kozaków, a zależy im tylko na jednym. Było pełno dziewczyn "w sam raz na raz". Podszedłem do baru i poprosiłem o litr czystej. Moją uwagę przykuła młoda dziewoja, chyba studentka. Oddaliłem się do pobliskiego stolika i zacząłem ją obserwować. Barman od samego początku mi się nie podobał. Zresztą jak zobaczyłem jak robi jej drinka 90-10 to wiedziałem, że nie ma czystych zamiarów. Takie drinki to się robi tylko i wyłącznie dla weteranów tego rodzaju afrodyzjaku, a nie dla pań, które bez obrazy ale wyglądają na amatorki. Zapaliłem szluczga i popijałem go dzielnie szklankami wódki. Była pijana, w sumie to nie pijana a napierdolona w trzy trupy. Po dłuższej chwili dziewczyna o własnych siłach próbowała wstać, co przyszło jej z wielkim trudem. Chciałem pomóc ale bałem się, że dostanę w ryj od jej chłopaka. Czekaj. Ja w ryj przy tych leszczach? Pff... Ja to bym wyjaśnił ich wszystkich na pyrkę. Mimo to jako bohater drugoplanowy przyglądałem się całej sytuacji. Barman ze swego rodzaju nienawiścią i pożądaniem spojrzał się w jej stronę. Oho! Trzeba zareagować - stwierdziłem. Studentka ruszyła się chwiejnym krokiem do wyjścia. Podszedłem do naszego towarzysza "upijacza" i gestem pokazałem, żeby się schylił. Naiwny. Zrobił to bardzo zgrabnie a przede wszystkim szybko. Tym samym mu się odwdzięczyłem. Jednak nie, nie schyliłem się a sprzedałem mu soczystego prawego sierpowego. Mężczyzna był tak zaskoczony i otumaniony, że obrócił się wokół własnej osi i zębami wylądował na szklanych półkach, które rozwalił. Przy okazji niszcząc butelki z zawartością tylu dobrych trunków. Cały klub zamarł. Niewzruszony ruszyłem do wyjścia. Po drodze zaczepiłem jakiegoś młodziaka o fajkę. Musiał być ostro zdesperowany, ponieważ oddał mi całą paczkę.
- Dziękuję bardzo hojny chłopcze. Jak ci na imię? - zapytałem.
- P... Ppp... Pablo...
- Takie ładne imię i taki mądry chłopak, a w takim towarzystwie?
Po czym sprzedałem mu podbródkowego i opuściłem lokal. Cały czas byłem mokry. Dziewczyny już nie było, a szkoda. Czas wracać do domu. Zamówiłem taxi i po chwili byłem w domu. Grzecznie się rozebrałem i poszedłem spać.
To był ciężki dzień...
<Maya ?>
Dobra Andrij bez przypału. Pokaż, że potrafisz - dodawałem sobie otuchy, mimo mojego zmęczenia spowodowanego dniem dzisiejszym. Energicznie wysiadłem z samochodu i usłyszałem tylko wielkie plasknięcie. Kurwa. To była wielka kałuża i tak, właśnie w niej stałem. Ciężkimi krokami próbowałem wywlec się z tego małego bajorka. Było trudno, lecz po paru chwilach udało mi się przedostać na tył samochodu. Postanowiłem wypchać automobila z tego "potopu". Kto do diaska parkuje w dziurach? Pogoda też mnie nie wspierała i jeszcze ten pocałunek z Mayą? Co mam o tym sądzić? Znamy się zaledwie ponad dobę...Minęło może dziesięć lub piętnaście minut zanim udało mi się skończyć moją misję. Gdy wsiadałem do samochodu zobaczyłem, że Em już śpi. Bez zbędnej gadki, której i tak nie chciało mi się już prowadzić ruszyliśmy w stronę jej mieszkania. Po chwili znaleźliśmy się na miejscu. Wysiadłem z auta i wziąłem ją na ręce. Zamknąłem samochód i zaniosłem moją podopieczną na górę. Położyłem ją do łóżka, zabrałem zapasowe kluczowe i napisałem jej karteczkę. Na palcach opuściłem jej apartament i udałem się na dół.
***
Byłem już w mniej więcej połowie drogi do domu, gdy moim oczom ukazał się pub dla studenciaków. No i elegancko - pomyślałem. Chociaż, czekaj. Bez rozgrzewki nie da rady. Skoczyłem na jednej nodze do pobliskiego monopolowego po setę, którą obaliłem niemal tak szybko jak ją kupiłem. Jestem gotowy - stwierdziłem. Wszedłem do środka i moim ślepiom ukazała się banda cwaniaczków, którzy przed pannami próbują zgrywać kozaków, a zależy im tylko na jednym. Było pełno dziewczyn "w sam raz na raz". Podszedłem do baru i poprosiłem o litr czystej. Moją uwagę przykuła młoda dziewoja, chyba studentka. Oddaliłem się do pobliskiego stolika i zacząłem ją obserwować. Barman od samego początku mi się nie podobał. Zresztą jak zobaczyłem jak robi jej drinka 90-10 to wiedziałem, że nie ma czystych zamiarów. Takie drinki to się robi tylko i wyłącznie dla weteranów tego rodzaju afrodyzjaku, a nie dla pań, które bez obrazy ale wyglądają na amatorki. Zapaliłem szluczga i popijałem go dzielnie szklankami wódki. Była pijana, w sumie to nie pijana a napierdolona w trzy trupy. Po dłuższej chwili dziewczyna o własnych siłach próbowała wstać, co przyszło jej z wielkim trudem. Chciałem pomóc ale bałem się, że dostanę w ryj od jej chłopaka. Czekaj. Ja w ryj przy tych leszczach? Pff... Ja to bym wyjaśnił ich wszystkich na pyrkę. Mimo to jako bohater drugoplanowy przyglądałem się całej sytuacji. Barman ze swego rodzaju nienawiścią i pożądaniem spojrzał się w jej stronę. Oho! Trzeba zareagować - stwierdziłem. Studentka ruszyła się chwiejnym krokiem do wyjścia. Podszedłem do naszego towarzysza "upijacza" i gestem pokazałem, żeby się schylił. Naiwny. Zrobił to bardzo zgrabnie a przede wszystkim szybko. Tym samym mu się odwdzięczyłem. Jednak nie, nie schyliłem się a sprzedałem mu soczystego prawego sierpowego. Mężczyzna był tak zaskoczony i otumaniony, że obrócił się wokół własnej osi i zębami wylądował na szklanych półkach, które rozwalił. Przy okazji niszcząc butelki z zawartością tylu dobrych trunków. Cały klub zamarł. Niewzruszony ruszyłem do wyjścia. Po drodze zaczepiłem jakiegoś młodziaka o fajkę. Musiał być ostro zdesperowany, ponieważ oddał mi całą paczkę.
- Dziękuję bardzo hojny chłopcze. Jak ci na imię? - zapytałem.
- P... Ppp... Pablo...
- Takie ładne imię i taki mądry chłopak, a w takim towarzystwie?
Po czym sprzedałem mu podbródkowego i opuściłem lokal. Cały czas byłem mokry. Dziewczyny już nie było, a szkoda. Czas wracać do domu. Zamówiłem taxi i po chwili byłem w domu. Grzecznie się rozebrałem i poszedłem spać.
To był ciężki dzień...
<Maya ?>
Od Mai CD Andrij
Spojrzałam na chłopaka z pytającym wzrokiem . Ten się zaśmiał i po chwili dodał:
- Jesteś słodka.
- Co proszę?
- Nic, fajnie wyglądasz.- Zawstydził się.
- Okaaaay. No to może chodźmy...Do mnie?- Zaproponowałam.
- Nie, za ładna pogoda. Pospacerujemy po parku, spk? - Odparł.
Ruszyliśmy w kierunku skwerku . Wieczorem był pięknie oświetlony. Szliśmy tak i szliśmy. Nagle przez przypadek dotchnęłam ręki Andrija. Zarumieniłam się i szybko cofnęłam dłoń. Ten uśmiechnął się i pociągnął mnie w stronę jeziora. Skoczył na bombę. Wołał mnie alr nie chciałam podejść. W końcu podpłynął i wrzucił mnie do wody. Chwilę biłam się z nim dla zabawy. NAGLE kopnął mnie, znaczy, przeważył. Aż poleciałam na niego. To wyglądało jakbyśmy się całowali. A pod wodą właśbie tak było. W końcu wynurzyliśmy się a ja przytuliłam Andrija. To była cudowna chwila.
Andrij?
- Jesteś słodka.
- Co proszę?
- Nic, fajnie wyglądasz.- Zawstydził się.
- Okaaaay. No to może chodźmy...Do mnie?- Zaproponowałam.
- Nie, za ładna pogoda. Pospacerujemy po parku, spk? - Odparł.
Ruszyliśmy w kierunku skwerku . Wieczorem był pięknie oświetlony. Szliśmy tak i szliśmy. Nagle przez przypadek dotchnęłam ręki Andrija. Zarumieniłam się i szybko cofnęłam dłoń. Ten uśmiechnął się i pociągnął mnie w stronę jeziora. Skoczył na bombę. Wołał mnie alr nie chciałam podejść. W końcu podpłynął i wrzucił mnie do wody. Chwilę biłam się z nim dla zabawy. NAGLE kopnął mnie, znaczy, przeważył. Aż poleciałam na niego. To wyglądało jakbyśmy się całowali. A pod wodą właśbie tak było. W końcu wynurzyliśmy się a ja przytuliłam Andrija. To była cudowna chwila.
Andrij?
środa, 15 czerwca 2016
Od Andrij'a c.d: Mai
Istne Déjà vu - pomyślałem. Normalnie jak bym już coś takiego przeżył. Czekaj. Wróć. W sumie to przeżyłem, dokładnie wczoraj. Znowu czułem się zestresowany. Chciałem odruchowo sięgnąć po papierosa. Jednak szybko się ocknąłem. Może nie toleruje palaczy? Kurwa. Tym razem musi się obyć bez fajki. Cóż, muszę jakoś wytrzymać.
- Właściwie to nie - odpowiedziałem na jej pytanie - A Ty?
- Ja też...
Okej, czyli jest wolna. Na razie. Jak się nie wezmę do roboty to zaraz będzie zajęta. W sumie to nawet mi się podoba.
- Nie chciałabyś zjeść ze mną obiadu? - zapytałem - Znam dobrą knajpkę niedaleko. Serwują tam pysznego kurczaka. Oczywiście ja stawiam.
- W sumie to mogę. Ale każdy płaci za siebie.
- O nie, moja droga. Ja płace...
Moja droga? Co też mi przyszło do głowy. Nawet nie jesteśmy parą. Znowu musiałem palnąć coś głupiego. Spojrzałem się na May'e w poszukiwaniu jakiegokolwiek przebaczenia. Jednak gdy się przyjrzałem dziewczyna nie zwróciła uwagi lub nie dawała poznać po sobie, że jej się to nie spodobało. A może spodobało? Pal licho. Raz się żyje najwyżej się ze mną już nie umówi.
Ruszyliśmy w stronę knajpki poruszając normalne tematy, pokroju: co słychać, co tam w wiadomościach, jaka pogoda będzie na weekend etc.
Gdy znaleźliśmy się na miejscu otworzyłem jej drzwi i odsunąłem krzesło. Taki ze mnie kulturalny chłop. Kelner podał nam kartę i powiedział, że zaraz przyjdzie po zamówienie.
- Co chciałabyś zjeść? - spytałem.
- W sumie... To nie wiem... A Ty?
Wiedziałem, że tak będzie. No po prostu wiedziałem. Mogłem się nawet z kimś o to założyć. Tutaj pojawia się problem. Jem za trzech. Mam zamówić coś skromnego i potem jak się rozstaniemy podjechać na jakaś stację po parę hot-dog'ów? Czy zjeść jak król i nie przejmować się konsekwencjami. Wyśrodkowałem. Stwierdziłem, że zamówię taką średnią porcję ostrego kurczaka. Po chwili namysłu zjawił się kelner i zapytał czy może przyjąć zamówienie. Odparłem, że tak.
- W takim razie co dla państwa?
Ha. Na pana to trzeba mieć wygląd i pieniądze. Wygląd? Może jest, gorzej z pieniędzmi. Od pierwszego do pierwszego jakoś daję radę.
- Kurczaka w sosie ostrym z porcją ryżu i zestaw surówek do tego.
- Dobrze. A dla pani?
- Em.. To samo.
- Coś do picia?
Odpowiedziałbym, że wódkę ale do mięsa?
- Dwie cole poproszę.
- To wszystko?
- Tak, dziekuję.
Kelner odszedł w stronę kuchni, by złożyć nasze zamówienie. Zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie i takich tam rzeczach. O przeszłości, o starych dziejach itp. Nawet nie zorientowałem się kiedy przyniesiono nam nasze dania. Rozmowa z May'ą była wspaniała. Układa się do kupy. Może mam u niej szanse? Tego nie wiem. Swoją porcję zjadłem bardzo szybko. Niemal tak szybko jak jestem w stanie obalić litrowy afrodyzjak potocznie zwany wódką. Pod pretekstem wyjścia do toalety skoczyłem na szybkiego szluga i po różę, ot taki ze mnie romantyk. Wróciłem po paru chwilach i wręczyłem jej kwiatka. Była zdumiona. Kolejne minuty upływały mi na siorpaniu coca-coli a moja kompanka próbowała uporać się z kurczakiem. Widząc jej niemoc spowodowaną najprawdopodobniej ostrością potrawy zaproponowałem swoją pomoc. Na trzy własne kęsy, jednym karmiłem ją. W ten sposób poszło znacznie szybciej. Nim się spojrzałem była już 17. Poprosiłem kelnera o rachunek. W tym czasie wróciliśmy do naszej rozmowy. Dowiedziałem się, że pochodzi z Włoch a dokładnie z Mediolanu, jej ojciec Adrian jest malarzem i sama dużo maluje itd. Dostaliśmy rachunek i wymieniłem wzrok z moją "podopieczną", która szykowała się do złapania rachunku. Byłem szybszy.
- Każdy płaci po połowie! - nalegała.
- O niee! Dzisiaj płacę ja. Bo zacznę krzyczeć! - zagroziłem.
Uśmiechnęła się bardzo serdecznie i nawet można powiedzieć, że zaczęła się cichutko śmiać. Zapłaciłem i zostawiłem dosyć solidny napiwek naszemu kelnerowi. Wyszliśmy przed knajpkę.
- Co teraz? - zapytałem
<Maya? >
- Właściwie to nie - odpowiedziałem na jej pytanie - A Ty?
- Ja też...
Okej, czyli jest wolna. Na razie. Jak się nie wezmę do roboty to zaraz będzie zajęta. W sumie to nawet mi się podoba.
- Nie chciałabyś zjeść ze mną obiadu? - zapytałem - Znam dobrą knajpkę niedaleko. Serwują tam pysznego kurczaka. Oczywiście ja stawiam.
- W sumie to mogę. Ale każdy płaci za siebie.
- O nie, moja droga. Ja płace...
Moja droga? Co też mi przyszło do głowy. Nawet nie jesteśmy parą. Znowu musiałem palnąć coś głupiego. Spojrzałem się na May'e w poszukiwaniu jakiegokolwiek przebaczenia. Jednak gdy się przyjrzałem dziewczyna nie zwróciła uwagi lub nie dawała poznać po sobie, że jej się to nie spodobało. A może spodobało? Pal licho. Raz się żyje najwyżej się ze mną już nie umówi.
Ruszyliśmy w stronę knajpki poruszając normalne tematy, pokroju: co słychać, co tam w wiadomościach, jaka pogoda będzie na weekend etc.
Gdy znaleźliśmy się na miejscu otworzyłem jej drzwi i odsunąłem krzesło. Taki ze mnie kulturalny chłop. Kelner podał nam kartę i powiedział, że zaraz przyjdzie po zamówienie.
- Co chciałabyś zjeść? - spytałem.
- W sumie... To nie wiem... A Ty?
Wiedziałem, że tak będzie. No po prostu wiedziałem. Mogłem się nawet z kimś o to założyć. Tutaj pojawia się problem. Jem za trzech. Mam zamówić coś skromnego i potem jak się rozstaniemy podjechać na jakaś stację po parę hot-dog'ów? Czy zjeść jak król i nie przejmować się konsekwencjami. Wyśrodkowałem. Stwierdziłem, że zamówię taką średnią porcję ostrego kurczaka. Po chwili namysłu zjawił się kelner i zapytał czy może przyjąć zamówienie. Odparłem, że tak.
- W takim razie co dla państwa?
Ha. Na pana to trzeba mieć wygląd i pieniądze. Wygląd? Może jest, gorzej z pieniędzmi. Od pierwszego do pierwszego jakoś daję radę.
- Kurczaka w sosie ostrym z porcją ryżu i zestaw surówek do tego.
- Dobrze. A dla pani?
- Em.. To samo.
- Coś do picia?
Odpowiedziałbym, że wódkę ale do mięsa?
- Dwie cole poproszę.
- To wszystko?
- Tak, dziekuję.
Kelner odszedł w stronę kuchni, by złożyć nasze zamówienie. Zaczęliśmy rozmawiać o rodzinie i takich tam rzeczach. O przeszłości, o starych dziejach itp. Nawet nie zorientowałem się kiedy przyniesiono nam nasze dania. Rozmowa z May'ą była wspaniała. Układa się do kupy. Może mam u niej szanse? Tego nie wiem. Swoją porcję zjadłem bardzo szybko. Niemal tak szybko jak jestem w stanie obalić litrowy afrodyzjak potocznie zwany wódką. Pod pretekstem wyjścia do toalety skoczyłem na szybkiego szluga i po różę, ot taki ze mnie romantyk. Wróciłem po paru chwilach i wręczyłem jej kwiatka. Była zdumiona. Kolejne minuty upływały mi na siorpaniu coca-coli a moja kompanka próbowała uporać się z kurczakiem. Widząc jej niemoc spowodowaną najprawdopodobniej ostrością potrawy zaproponowałem swoją pomoc. Na trzy własne kęsy, jednym karmiłem ją. W ten sposób poszło znacznie szybciej. Nim się spojrzałem była już 17. Poprosiłem kelnera o rachunek. W tym czasie wróciliśmy do naszej rozmowy. Dowiedziałem się, że pochodzi z Włoch a dokładnie z Mediolanu, jej ojciec Adrian jest malarzem i sama dużo maluje itd. Dostaliśmy rachunek i wymieniłem wzrok z moją "podopieczną", która szykowała się do złapania rachunku. Byłem szybszy.
- Każdy płaci po połowie! - nalegała.
- O niee! Dzisiaj płacę ja. Bo zacznę krzyczeć! - zagroziłem.
Uśmiechnęła się bardzo serdecznie i nawet można powiedzieć, że zaczęła się cichutko śmiać. Zapłaciłem i zostawiłem dosyć solidny napiwek naszemu kelnerowi. Wyszliśmy przed knajpkę.
- Co teraz? - zapytałem
<Maya? >
Od Mai cd Andrij
- Jak zwykle. MUSIAŁAM to spieprzyć. - Powiedziałam sama do siebie.
W ręku trzymałam karteczkę z jego numerem. Byłam nieuprzejma. WIEDZIAŁAM. Było późno, poszłam spać.
~7 godziny później ~
Obudził mnie pisk telefonu.
- CZEGO?!
Zobaczyłam...SMS od Andrij'a. (TAK, miałam zapisany jego numer)
Spotkajmy się dzisiaj w parku na ulicy Starling. O...15:00? Pasuje?
Odpisałm mu, że chętnie. Zrobiłam sobie śniadanie. Byłam tak zaspana, że weszłam do toalety i na gąbkę wlałam mydlo i płyn. Miałam to już jeść ale ocknęłam się. Uczłowieczyłam się i ogarnęłam mieszkanie. Była 14:30. Weszłam do auta i ruszyłam w umówione miejsce. Zobaczyłam Andrij'a.
- Cześć. Sorki za wczoraj . Rozumiem, jesteś z Rosji. Ale jak każdy, jesteś człowiekiem. I, że jestem z Ameryki, nie znaczy, że jak większość jestem głupia, wredna i gryzę.- Uśmiechnęłam się.
- Serio? Nie odsuniesz się odemnie? Nie boisz się?- Zapytał chłopak.
- Bać? Co ty!- Odparłam- A wgl, masz kogoś? Nie to, że jakoś specjalnie mnie to interesuje...
<ANDRIJ?>
W ręku trzymałam karteczkę z jego numerem. Byłam nieuprzejma. WIEDZIAŁAM. Było późno, poszłam spać.
~7 godziny później ~
Obudził mnie pisk telefonu.
- CZEGO?!
Zobaczyłam...SMS od Andrij'a. (TAK, miałam zapisany jego numer)
Spotkajmy się dzisiaj w parku na ulicy Starling. O...15:00? Pasuje?
Odpisałm mu, że chętnie. Zrobiłam sobie śniadanie. Byłam tak zaspana, że weszłam do toalety i na gąbkę wlałam mydlo i płyn. Miałam to już jeść ale ocknęłam się. Uczłowieczyłam się i ogarnęłam mieszkanie. Była 14:30. Weszłam do auta i ruszyłam w umówione miejsce. Zobaczyłam Andrij'a.
- Cześć. Sorki za wczoraj . Rozumiem, jesteś z Rosji. Ale jak każdy, jesteś człowiekiem. I, że jestem z Ameryki, nie znaczy, że jak większość jestem głupia, wredna i gryzę.- Uśmiechnęłam się.
- Serio? Nie odsuniesz się odemnie? Nie boisz się?- Zapytał chłopak.
- Bać? Co ty!- Odparłam- A wgl, masz kogoś? Nie to, że jakoś specjalnie mnie to interesuje...
<ANDRIJ?>
wtorek, 14 czerwca 2016
Od Andrij'a c.d: Mai
Bez wahania zgodziłem się na jej propozycje. Gdy wchodziliśmy do jej mieszkania błagałem w głębi duszy abym niczego głupiego nie zrobił.
Po przekroczeniu progu, moje włosy stanęły dęba.
Matko Boska - pomyślałem. Toż to apartament! Był pięknie przystrojony i wyglądał majestatycznie. Moja kawalerka się przy tym chowa.
Jednak szybko otrzeźwiałem, ponieważ jakieś małe coś zagrodziło moją drogę. Tym "czymś" okazał się uroczy i pociesznym piesek.
- Jak się wabi? - zapytałem.
- Sofia - odparła.
Schyliłem się i podrapałem go po pysku, na co sunia odpowiedziała radosnym szczeknięciem. Staliśmy chwilę w milczeniu. Próbowałem coś z siebie wykrzesać i wydukać coś sensownego, lecz nie mogłem.Zero, kompletny brak pomysłu. Andrij weź się w garść - dodałem sobie otuchy, jednak ta nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.
- Eee... - zacząłem nieswojo - jestem... Andrij. Andrij Jebievdenko...
- Jebie w denko...? - zapytała ewidentnie rozbawiona. Cholernie miłe, nie powiem. Następnie na jej twarzy zaczęło się malować coś na kształt rezerwy. Było to zapewne spowodowane tym, że jej głowie zrodziła się wątpliwość z jakiego u licha zadupia pochodzę i czy zaraz jej tu nie zgwałcę. Czułem, że zaraz każe mi wyjść. No bo kto normalny ma takie nazwisko?
- Miło mi. Maya Miller - odparła po chwili lekko zmieszanym głosem. -Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dziękuję. Prowadzę.
Boże Wasyl, ty idioto. To, że ktoś proponuje ci coś do picia, nie oznacza, że jest to alkohol.
- Chociaż... W sumie poproszę - wydukałem.
Ruszyła powoli w stronę kuchni.
-Skąd jesteś? - zapytała. Wiedziałem, że to pytanie pojawi się prędzej czy później. Nic nowego, nic co by mnie zdziwiło. Nie jesteś oryginalna maleńka.
- Z Rosji... - pobladła,a ja lekko się podłamałem. Teraz - o ile wie gdzie leży Rosja rzecz jasna nikomu nie ubliżając - to na bank weźmie mnie za jakiegoś bandytę czy innego terrorysta. Już, już miałem zapytać skąd ona pochodzi gdyż na rodowitą Amerykankę mi ona nie wygląda ale sobie darowałem...No bo co dalej? Będzie spokojnie siorpać herbatę w moim towarzystwie? Nie dosyć, że takie nazwisko to jeszcze z Rosji? Dajcie spokój. Byłem bardzo zawiedziony jej, a może właściwie swoją postawą i nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Zostawiłem jej karteczkę z numerem na stole i wyszedłem bez słowa.Tak będzie lepiej. Szybko zbiegłem na dół i wskoczyłem do samochodu. Jasna cholera, nie mam zielonego pojęcia co do kurwy nędzy stało się z moją zajebistą gadką na podryw.
< Maya? >
Po przekroczeniu progu, moje włosy stanęły dęba.
Matko Boska - pomyślałem. Toż to apartament! Był pięknie przystrojony i wyglądał majestatycznie. Moja kawalerka się przy tym chowa.
Jednak szybko otrzeźwiałem, ponieważ jakieś małe coś zagrodziło moją drogę. Tym "czymś" okazał się uroczy i pociesznym piesek.
- Jak się wabi? - zapytałem.
- Sofia - odparła.
Schyliłem się i podrapałem go po pysku, na co sunia odpowiedziała radosnym szczeknięciem. Staliśmy chwilę w milczeniu. Próbowałem coś z siebie wykrzesać i wydukać coś sensownego, lecz nie mogłem.Zero, kompletny brak pomysłu. Andrij weź się w garść - dodałem sobie otuchy, jednak ta nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.
- Eee... - zacząłem nieswojo - jestem... Andrij. Andrij Jebievdenko...
- Jebie w denko...? - zapytała ewidentnie rozbawiona. Cholernie miłe, nie powiem. Następnie na jej twarzy zaczęło się malować coś na kształt rezerwy. Było to zapewne spowodowane tym, że jej głowie zrodziła się wątpliwość z jakiego u licha zadupia pochodzę i czy zaraz jej tu nie zgwałcę. Czułem, że zaraz każe mi wyjść. No bo kto normalny ma takie nazwisko?
- Miło mi. Maya Miller - odparła po chwili lekko zmieszanym głosem. -Chcesz się czegoś napić?
- Nie, dziękuję. Prowadzę.
Boże Wasyl, ty idioto. To, że ktoś proponuje ci coś do picia, nie oznacza, że jest to alkohol.
- Chociaż... W sumie poproszę - wydukałem.
Ruszyła powoli w stronę kuchni.
-Skąd jesteś? - zapytała. Wiedziałem, że to pytanie pojawi się prędzej czy później. Nic nowego, nic co by mnie zdziwiło. Nie jesteś oryginalna maleńka.
- Z Rosji... - pobladła,a ja lekko się podłamałem. Teraz - o ile wie gdzie leży Rosja rzecz jasna nikomu nie ubliżając - to na bank weźmie mnie za jakiegoś bandytę czy innego terrorysta. Już, już miałem zapytać skąd ona pochodzi gdyż na rodowitą Amerykankę mi ona nie wygląda ale sobie darowałem...No bo co dalej? Będzie spokojnie siorpać herbatę w moim towarzystwie? Nie dosyć, że takie nazwisko to jeszcze z Rosji? Dajcie spokój. Byłem bardzo zawiedziony jej, a może właściwie swoją postawą i nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Zostawiłem jej karteczkę z numerem na stole i wyszedłem bez słowa.Tak będzie lepiej. Szybko zbiegłem na dół i wskoczyłem do samochodu. Jasna cholera, nie mam zielonego pojęcia co do kurwy nędzy stało się z moją zajebistą gadką na podryw.
< Maya? >
Subskrybuj:
Posty (Atom)



