czwartek, 5 maja 2016

Od Lucy c.d: Damona

Głupio się przyznać ale z bólem oddawałam mu tą kurtkę. Mogłabym już z nią spać...zawsze. No ale niestety nie jest to możliwe, a ja jestem zobowiązana aby mu ją oddać. Kiedy dzielnie maszerowałam, no dobra kiedy niemalże biegłam... Ugh,, kiedy biegłam do jego salonu byłam całkowicie nakręcona. Ciekawe czy tylko oddam mu kurtkę wymienimy parę niezręcznych uśmiechów, gdyż wczorajszy gest był oznaką jego chwilowej słabości czy może uda nam się zamienić parę zdań. Nie chcąc zakładać żadnej z opcji by w razie czego nie spotkać się z rozczarowaniem jeszcze przyśpieszyłam kroku.
W końcu prawie bez żadnych problemów trafiłam do znanego mi już studio, w którym pracował naprawdę przecudowny tatuażysta, który niemalże natychmiast po moim przybyciu niesamowicie mnie zaskoczył zapraszając mnie na lunch.
Miałam ochotę skakać z radości jednak w porę się ogarnęłam, gdyż sądzę, że w innym wypadku nie zabierałby mnie tak ochoczo w miejsca publiczne... Pozostałaby wówczas nadzieja, że zamówi coś na wynos.
Spokojnie, wdech i wydech. Nie okazuj przesadnego zainteresowania to, że jest miły jeszcze nic nie znaczy. Prawdą było również to, że była to pierwsza miła osoba jaką tu spotkałam... Tak dotychczas natrafiłam jedynie na samych gburów i prostaków. Zaakceptowałam propozycję chłopaka bardzo ciekawa gdzie mnie zabierze i jak będzie wyglądało nasze spotkanie.
Wymaszerowaliśmy z salonu gdy tylko chłopak zostawił na drzwiach karteczkę ZARAZ WRACAM  z numerem telefonu gdyby działo się coś pilnego. Ewidentnie dbał o swoich klientów, sądzę że spora część ludzi miała by to głęboko w poważaniu.
Weszliśmy do niewielkiej knajpy całkiem niedaleko i zajęliśmy zaciszne miejsce w głębi z widokiem na śliczny mały ogródek piwny. Miejsce to było niesamowicie przytulne, z zewnątrz wyglądało no cóż nie oszukujmy się... nieciekawie. Idealnie potwierdza powiedzenie "Nie oceniaj książki po okładce".
Posłałam Damonowi lekki uśmiech, już nie czułam się tak nieswojo w jego obecności jednakowoż nadal pilnowałam się aby nie chlapnąć jakiegoś głupstwa. Nigdy nie wiadomo co mi do tej durnej łepetyny wpadnie.
Nie mogliśmy się zdecydować co wybrać więc postawiliśmy na danie dnia. Zobaczymy co to będzie, nie ukrywam jestem bardzo ciekawa. Kiedy czekaliśmy na zamówienie wywiązała się między nami luźna konwersacja. Chłopak opowiedział trochę o sobie i niewątpliwie był człowiekiem Renesansu, człowiekiem o wielu talentach i zainteresowaniach, który nie lubi ograniczeń. Był również inteligentny i bystry czynił interesujące uwagi odnośnie realiów XXI wieku. Dowiedziałam się, że lubi malować - no jakże mogłan na to sama nie wpaść - umie jeździć konno, interesuje się militarią, a historia i przedmioty ścisłe nie są mu obce. Jazda konna? Ciekawe jakie to uczucie, zapewne nieziemskie skoro wykorzystuje się je jako terapię dla chorych.
Sama również o sobie trochę opowiedziałam, między innymi o tym, że jestem tu dopiero od niedawna oraz, że nie miałam sposobności jeszcze nikogo bliżej poznać. Wspomniałam również, że choć talentu plastycznego nie posiadam za grosz, to muzyka nie jest mi obca. Przedstawiłam parę śmiesznych anegnotek z czasów kiedy posiadaliśmy swoją małą kapelę. Dobrze wspominam te czasy, nocne ucieczki z domu na koncerty i tego typu sprawy. Aczkolwiek działy się tam też złe rzeczy tą cześć skrupulatnie przemilczałam. Co jak co, ale muszę przyznać, że rozmowa nam się kleiła i to bardzo. Odniosłam również wrażenie, że poza tym iż nadajemy na tych samych falach to mam w miarę pokrewne poczucie humoru. Nasze dowcipy te na poziomie i te mniej śmieszyły nas równie mocno. Aż w końcu nadszedł czas na nasze tajemnicze danie. Posłałam Damonowi udawaną, przerażoną minę, a on roześmiał się życzliwie. Kelnerka postawiła przed nami talerze, a następnie zmierzła mego towarzysza przeciągłym spojrzeniem udekorowanym trzepotaniem rzęs. Pięknie. Zacnie. Cudownie. Jednak ten zdawał się jej nie spostrzegać zatem nafukana odwróciła się na pięcie i zostawiła nas samych... Powoli z przesadną ostrożnością zabraliśmy się za nasze porcje, które okazały się być smaczne.
Czas naszego spotkania nieubłaganie dobiegał końca aczkolwiek nie mogło się odbyć bez niewielkiej sprzeczki o to kto płaci. Chciałam pokryć koszt swojego dania jednak Xavier był cholernie oburzony moją postawą, ponieważ to on jest mężczyzną i to on mnie zaprosił. Tej batalii nie byłam w stanie z nim wygrać więc wywiesiłam białą flagę, a niechże mu będzie.
Zabraliśmy swoje manatki i powoli ruszyliśmy ku wyjściu i choć nie czułam tego upływu czasu to po kolorze nieba dało się jednoznacznie stwierdzić, że nasz lunch był podobny bardziej do biesiady niżli lunchu. Na ulicy panowało niezłe zamieszanie. Na bank jakaś ostra afera, nieprzyjemnych typów z okolicy. Większość przechodniów zwalniała kroku i z zaciekawieniem nastawiała uszu, mnie i Xava jakoś specjalnie to nie obeszło. Jednak to co się stało chwilę potem przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.
 Grupa nagle ni stąd ni zowąd rozproszyła się robiąc niesamowity tłok i wtedy poczułam silnie popchnięcie. Bach. Wylądowałam tyłkiem na ziemi zdzierając przy tym nadgarstki. Co za niewychowane bydlaki!
Kiedy przeszli Damon pochylił się pomagając mi wstać. Poniosłam się i otrzepałam.
- Nic Ci nie jest ? - spytał zatroskany.
- Nie - mruknęłam, przecierając nadgarstki.
-  Zabiorę Cię do salonu i przemyję je płynem do dezynfekcji. Niby niewielka rana ale nigdy nie wiadomo.
- Poczekaj powinnam mieć jakieś chusteczki w torbie.
Torba, torba... Brałam ją z lokalu, na pewno.  TORBA! Cholera jasna.
- Damon, kurwa... Moja torebka... - wyskomliłam niczym mały kociak i złapałam się za głowę.
NO NIECH ICH SZLAG! Okradli mnie.

< Damoku? XD i co Ty na to ? :D >

Od Sylvaina

-Sylvian!-usłyszałem i spojrzałem na chłopaka z nad zwłok kobiety którą właśnie ogarniałem.
-Co jest?-zapytałem z lekkim uśmiechem i podszedłem do niego odkładając po drodze narzędzia. Uśmiechnął się lekko i poklepał mnie po plecach.
-Mam robotę… będziesz mnie uczył-wyszczerzył się a ja wywróciłem oczami z uśmiechem.
-Ciebie? Uczył…ty i nauka? Czy ja się przesłyszałem?-zapytałem a on spiorunował mnie wzrokiem a ja zaśmiałem się.
-Nie ważne o której mam jutro przyjść?-odpowiedział pytanie a ja uspokoiłem się i udając, że ocieram niewidzialną łzę szczęścia z kącika oczu powiedziałem:
-Koło siódmej bądź pod drzwiami, ale za żadne skarby nie wchodź do pomies…
-Czemu nie mogę wchodzić?-przerwał mi co wyprowadziło mnie lekko z równowagi.
-Bo nie, jutro o siódmej pod drzwiami, nie za-upomniałem go i wróciłem do pracy.


Kiedy już wróciłem do domu Vijo od razu znalazł się obok mnie, wziąłem kaganiec oraz smycz i przygotowałem psa do biegu, przedtem jednak szybko się przebrałem. Wyszliśmy po mimo deszczu, chciałem odpocząć a to był na razie jedyny sposób jaki był mi znany. Po kilku minutach znaleźliśmy się w pobliskim lesie tam odpiąłem psu smycz by mógł swobodnie pobiegać. Myślami uciekłem gdzie indziej patrząc jedynie by nie potknąć się o jakąś gałąź biegnąc, słuchawki w uszach i muzyka były aloesem. Kiedy jednak musiałem się wyj*bać spostrzegłem, że z oczu zniknął mi Vijo. Wyjąłem słuchawki z uszu i wstałem otrzepując kolana i plecy jednak i tak byłem już mokry, nie tylko przez deszcz ale i przez mech, byłem też cały w kolkach co mi się nie spodobało.
-Vijo!-krzyknąłem i już po chwili usłyszałem szczekanie psa. Pobiegłem w tamtym kierunku. Zauważyłem zwierzę i jakąś postać naprzeciwko niego.
-Choć do mnie mały-powiedziałem a pies odwrócił się do mnie i podbiegł, ukląkłem nie martwiąc się o dresy które i tak miałem mokre i brudne od błota. Zapiąłem Vijo na smycz i spojrzałem na chyba dziewczynę, za bardzo padało i było ciemno jak w dupie. Pogłaskałem zwierzę i podniosłem się owijając smycz dookoła dłoni.
-Wybacz za niego, nie przepada za nieznajomymi-rzekłem i ruszyłem w jej kierunku.
-Nic się nie stało-odpowiedziała i teraz mogłem zauważyć, że lekko się uśmiecha…?
-Jeśli mogę spytać… co tutaj robisz o tej godzinie?-zapytałem a ona westchnęła i spojrzała na Vijo który przyglądał jej się z zaciekawieniem.
-Długa historia...-powiedziała a ja uniosłem jedną brew w geście zdziwienia jednak nic więcej nie powiedziała.
-Proponuje dach chociaż na teraz kiedy pada, mogę pożyczyć ci ubrania siostry oraz ciepłą kawę lub herbatę-rzekłem z chęcią pomocy.
-Nie trzeb…
-Nie namawiam, jednak do miasta jest kawałek drogi, pada, jestem przemoczona-uniosłem dłonie w geście poddania się.


Lucy?default smiley xd

Nowi!

Powitajmy Alana
& Katfrin~!