Świetnie jest mieć dzień wolny, ale już nieco gorzej, gdy ma się przy tym dwa psy. Barbie wskoczyła na moje łóżko, depcząc i śliniąc mnie, przy czym skomlała przeraźliwie. Hero natomiast dyszał mi w twarz, opierając się przednimi łapami o ramę łóżka.
- Już wstaję. - warknęłam, ochrypniętym od spania głosem.
Zwlekłam się powoli z łóżka, stwierdzając, że w mieszkaniu jest okropny bałagan. Dawno już nie miałam takiego bajzlu. Wyciągnęłam z szafy czarne legginsy, bluzę i top, po czym udałam się do łazienki, gdzie doprowadziłam się do stanu używalności. Przynajmniej nie wystraszę z rana ludzi swoim wyglądem. Włożyłam na stopy czarne Adidasy. Nie było źle, skoro wyrobiłam się w nieco ponad pół godziny. Chciałam szybko wyjść wyprowadzić na spacer moje potwory, nie przewidując jednak, że Barbie nie będzie chciała dać sobie włożyć kagańca. I tym sposobem miałam dwie godziny w plecy.
*~*~*
Po długim i wyczerpującym spacerze wróciłam do domu w podłym nastroju, kulejąc lekko. Nienawidzę ludzi i rowerzystów. Jak można być tak nieuważnym i wjechać w dziewczynę z dwoma pasami na szerokiej drodze? Później nawrzeszczała na mnie jakaś starsza baba, na której wnuczka wyskoczyła Barbie, przewracając nieszczęsne dziecko. To nie moja wina, że nie upilnowała bachora, a ten gówniarz bez ostrzeżenia podbiegł do psa. Szczęście, że włożyłam jej kaganiec, bo byłby z tego większy problem. Z cichym westchnieniem udałam się do kuchni. Wszystkie kubki były w zlewie, tworząc wcale nie mały stosik. Trzeba wreszcie tu ogarnąć. Podeszłam do lodówki i otworzyłam ją. Wiało pustkami. Wyciągnęłam z niej karmę dla psów i ostatni jogurt . Trzeba będzie zrobić w końcu zakupy. Ugh, nienawidzę tego.
Po szybkim śniadaniu, na które składał się jogurt i resztka musli, wygrzebana z jednej szafki udałam się do sklepu. Przytłaczająca ilość ludzi biegała między licznymi alejkami, śpiesząc się. Pewnie do pracy (nie minęła przecież dziesiąta) albo domu... tam czekają na nich rodziny. Pewnie muszą ugotować jakiś niedobry posiłek dla całej familii i zająć się równie prostymi, aczkolwiek niezbędnymi do funkcjonowania czynnościami. Również zaczęłam błądzić między tymi alejkami, szukając różnych rzeczy. Nienawidzę robić zakupów. Dlatego raz na jakiś czas robię większe i mam na chwilę spokój. Zaczęłam bez większego zastanowienia wkładać do wózka dobrze mi znane produkty, które po chwili już ledwo się w nim mieściły. Później poszło już sprawnie; zapłaciłam i zapakowałam produkty. Było tego... sporo. Dużo więcej niż się spodziewałam. Zaczęłam brać siaty do rąk, obwieszając się nimi jak juczny osioł i skierowałam się w stronę wyjścia, nie zważając na nic wokoło, bo ledwo dawałam sobie radę z tym bagażem. Nie zauważyłam nawet nadjeżdżającego ni stąd, ni zowąd wózka, który uderzył we mnie. Kuźwa mać! Ja to mam dzisiaj naprawdę pecha. Upadłam na podłogę, boleśnie tucząc sobie tyłek i rozwalając z hukiem reklamówki. Produkty, które w dużej mierze stanowiły puszki z karmą dla psów, porozsypywały się wszędzie, robiąc straszliwy hałas. Tłumy wstrzymały oddech, a po sklepie nie przebiegł nawet szmer. Wszyscy patrzyli na mnie zaciekawieni. Nie wiedziałam co mam robić, siedziałam tylko jak wryta, nie mogąc się poruszyć.
- Hej, żyjesz...? Przepraszam cię najmocniej. Jeśli coś się popsuło albo potłukło oddam Ci kasę...
Świetny sposób na zawarcie nowej znajomości! Szczerze miałam ochotę pogratulować temu typkowi, który nagle zaczął zbierać moje zakupy z podłogi. To przywróciło mnie do rzeczywistości.
- Spoko. - rzuciłam krótko, i zaczęłam sprzątać. - Zostaw to.
Mężczyzna zignorował moje polecenie, nadal pomagając mi sprzątać. Tymczasem sklep zaczął normalnie funkcjonować. A kasjerka wołała coś, do niego, bo już skasowała wszystkie jego produkty.
- Ej. - pomachałam ręką tuż przed jego twarzą - Ktoś cię woła. - wskazałam dłonią na kasę.
Mike? Miało być fajne, ale nie wyszło
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz