Czas płynął nieubłaganie w gabinecie. Pod nos ciągle ktoś podsuwał mi pliczek papierów do podpisania, moja dłoń aż bolała przez ciągłe trzymanie pióra w palcach. Czułam jak mięśnie powoli napięte drętwieją, zastanawiałam się jak długo już siedzę w jednej, tej samej pozycji. Na szczęście krzesło było wygodniejsze od biurka ale nadal niezbyt odpowiednie do kilkugodzinnego maratonu autografów które musiałam rozdawać od poprzedniego obiadu. Poprawiłam się aby jakoś dać ulżyć dolnej partii ciała i wypuszczając głęboki wydech aby nie udusić się zapachem papieru i atramentu, spojrzałam na zegarek na swoim przegubu. Krótka wskazówka jasno dała mi do zrozumienia że siedzę tu zbyt długo niż normalny pracoholik powinien. Przymrużyłam powieki a pióro zabrzęczało o biurko leniwie opuszczone.
-Mam dość.- Mruknęłam i podniosłam się ciężko z fotela. Zamiotłam jedynie ręką te ważniejsze papiery do szafki zamykanej na klucz i wyszłam z gabinetu.
Do mojego pokoiku ciągnie się prosty korytarz na którym na końcu jest winda. Ponoć dzięki temu można było unikać nieporozumień. Jak? Nie wiem do tej pory.
Oparłam się plecami o lustra w windzie i przymrużyłam powieki. Muszę wyjść na zewnątrz, dostawałam szału z tą pracą.
****************************************************************************
Park jak zwykle uroczo wyglądał nawet o tak wczesnej godzinie pracy. Siedziałam z kapturem zaciągniętym na głowę prawie w samym środku placu, obserwując ludzi idących do pracy, moje pracownice wracające burdelu, czasami jakiś zabłąkanych turystów. Nic czego nie można było się nie spodziewać o tak wczesnej porze. Chłód jeszcze trzymał się ziemi, nieoświetlonej co dopiero wchodzącego Słońca. Pewnie już dawno jest nad horyzontem ale przez te budynki ciężko cokolwiek zobaczyć i przedrzeć się.Wyprostowałam plecy i wyjęłam swoją książkę zza płaszcza. Nie chciałam jednak ściągać kaptura, było stanowczo za zimno a moja kreacja też nie była za bardzo przemyślana. Dale nie ściągnęłam swojego eleganckiego płaszczu ubranego nad zwykłą koszulą białą, zapinaną guzikami. Przynajmniej spodnie ubrałam, wygodne lecz obcisłe aby mogły pomieścić się w moje ciężkie buty. Mogłam jednak ubrać bardziej ciepłe okrycie, coś z futerkiem. Wiem jednak że za parę godzin powinna temperatura wrócić do swojej normy.
Dziękuje jednak mojemu makijażowi za ukrywanie zmęczenia po zerwanej nocce.A nawet kilku.
Minął mnie za chwilę jakiś facet, chyba. Widziałam jedynie buty znad książki ale wiem doskonale że różnie bywa z tym ubiorem. Czytałam książkę po francuski, jedną z mojej bogatej kolekcji rodzinnej którą zabrałam z sobą. Zwykła powieść o służebnicy Króla, która musiała urodzić bękarta a później oddać go do zakonu. Byłam dopiero przy rozdziale kiedy chłopiec zostaje oddany pod opiekę zakonników kiedy nagle ktoś rzucił komentarz w moją stronę.
-Dobrze widzieć że ktoś nie zapomniał jak się czyta.-
-Smutne że takie zdanie , oczywiste, musiało paść.-Podniosłam spojrzenie znad strony i uśmiechając się delikatnie wzruszyłam ramionami. To prawda, mało jest na świecie osób które sięgają po stare oprawione księgi kiedy mogą mieć całą bibliotekę w jednym urządzeniu.
Osoba usiadła obok mnie i podniosła brew z zdziwienia widząc strony w innym języku i to jeszcze dosyć archaicznym.
-Marie De'Avualle- Z lekkim chichotem zamknęłam książkę i położyłam ją obok. Podałam mu rękę z uśmiechem.
<ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz