Biegłam ile sił kiedy ni stąd ni zowąd rozpętała się istna ulewa, która zaledwie po chwili nie pozostawiła na mnie suchej nitki. Ludzi z ulicy momentalnie wywiało, a ja nie będąc w stanie odczytać tabliczek z nazwami ulic szłam tak jak mniej więcej mi się wydawało, że iść powinnam. Błąd... Ogromny błąd. Po przemierzeniu kilku uliczek już nie miałam bladego pojęcia gdzie się znajduję, a dotychczasowa pogoda zaczynała znacznie się pogarszać. Grzmoty uderzały gdzieś niedaleko a porywisty wiatr szarpał wszystkim z ogromną siłą.
- Nie ma opcji... nie trafię sama - mruknęłam pod nosem rozglądając się za żywą duszą. Jedyne co spostrzegłam w pierwszej chwili to przyklejone do szyb ulicznych sklepów twarze gapiów, których doprawdy ani trochę nie przejęło moje machanie o pomoc. Kurde, przecież nie wejdę do tego spożywczaka i ich nie powyrzynam... Ludzka znieczulica nie ma granic.
Nieco zrezygnowana opuściłam głowę, jednak nadal dzielnie maszerowałam przed siebie poszukując jakiegoś punktu charakterystycznego aby odnaleźć drogę. Nic.
Kiedy było już mi zupełnie obojętne czy ten deszcz cobie pada czy też nie spostrzegłam światło w jednym z salonów tatuażu. Niewiele myśląc weszłam do środka i zapytałam o kierunek do centrum.
Spodziewając się zaraz trzeciej wojny światowej, iż wkroczyłam na prywatny teren przemoczona doznałam ogromnego szoku, kiedy tatuażysta okazał się być nadzwyczaj uprzejmy. Kiedy otuliłam się puszystym ręcznikiem i powoli starałam się odzyskać kontrole nad dygoczącym z zimna ciałem, miałam idealną okazję aby przyjrzeć się memu wybawicielowi. Był odrobinę starszy, ale jakże przystojny...Przystojny, dobry, miły... coś mi tu nie pasuje, jak na pierwsze wrażenie jest zbyt ...idealny. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale w tamtej chwili w mojej wyobraźni utworzył się obraz kiedy siedzimy na kanapie opatuleni jednym, grubaśnym kocem i mamy wyciągnięte przed siebie nogi, spoczywające elegancko na puffce i skierowane w stronę kominka... Chyba mój mózg wpadł w stan głębokiej hibernacji. Trzeba go wybudzić, najszybciej jak jest to możliwe.
Szybko rozejrzałam się po pomieszczeniu szukając zegarka. Już po interesie, nawet jakby miał odrzutowiec to byśmy nie zdążyli.
- Huh... To się na nic nie zda, dziękuję - mruknęłam.- Już jestem spóźniona - wzruszyłam przepraszająco ramionami.
- Czyli herbata?
- Nie będzie to konieczne.
- Cała się trzęsiesz, nie bądź nie poważna. - pokręcił z dezaprobatą głową i zniknął na chwilkę na zapleczu. Wrócił niosąc jakąś kurtkę. - Masz, ubierz moją powinno być Ci odrobine cieplej.
Już, już miałam zamiar mu podziękować kiedy napotkałam jego stanowcze, nie przyjmujące odmowy spojrzenie. Skiwnęłam lekko głową i odwróciłam się do niego plecami, a następnie ściągnęłam mokrą kurtkę oraz sweterek pozostając w samym biustonoszu. Nałożyłam jego ubranie po czym zapięłam zamek. Dwie sprawy. Pierwsza cudownie pachnie... Mogłabym zaciągać się tym zapachem cały czas jak narkotykiem, a druga ta kurtka jest niesamowicie ciepła.
Posłałam mu nieśmiały uśmiech, powinnam była pierw zapytać czy mogę tak zrobić, ah trudno.
Chwilę potem dostałam gorącą, pyszną herbatę, którą wdzięcznie się rozkoszowałam.
- Odwiozę Cie do domu, pogoda jest paskudna i nie zanosi się na poprawę, a nie możesz siedzieć taka mokra.
- Nie będzie to dla Ciebie kłopotem?
- No coś Ty.
***
Tak... czułabym się mocno nieswojo gdybym musiała mu powiedzieć gdzie obecnie pomieszkuje. On ideał, wzorzec męskości pewnie z zacnym mieszkankiem i głupia dziołcha, nie ogarniająca miasta w szemranej okolicy.
Dlatego też poprosiłam go aby podwiózł mnie niedaleko mojego "Motelu" tłumacząc, że dalej prowadzone są prace remontowe i bedzie miał potem problem z wyjazdem. W duszy głęboko modliłam się, by nie wyczuł mojego kłamstwa, bo kłamczuchą jestem beznadziejną.
- Dziękuję Ci bardzo - powiedziałam szczerze posyłając w jego kierunku wdzięczny usmiech i nie czekając na odpowiedź czmychnęłam pośpiesznie w odpowiednim kierunku.
Po piętnastu minutach byłam na miejscu i wygrzewałam się w łóżku nadal opatulona kurtką Damona. Ciekawe jakim u licha cudem mu ją oddam...
Nie mając lepszego pomysłu przegrzebałam kieszenie i ku memu szczęściu znalazłam wizytówkę. Xawier Damon Terence Yanney... Intrygujące... Zawsze używa drugiego imienia? A może wolał zachować swoją godność w tajemnicy... Mniejsza.
Sięgnęłam po telefon i wysłałam mu SMS na wskazany numer:
Jeszcze raz wielkie dzięki :) Nie wiem niestety gdzie znajdował się Twój salon, więc będę miała problem aby oddać Ci kurtkę.
Lucy
< Damonku? :D ♥♥♥ >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz