Ciemność otaczała mnie ze wszystkich stron, czułam się osaczona, jak w pułapce. Nic nie dawało ani odrobiny światła, prócz okropnych błyskawic, które czasem rozjaśniały niebo swymi zygzakami. Nie wiem jak burzę można określić mianem malowniczej, jest straszna, ohydna. Osunęłam się po ścianie, czując jak nawał wspomnień uderza mnie gdzieś ww tył głowy. Znów poczułam na sobie te palce, obleśny oddech, obrzydliwe usta słyszałam wyraźnie każde zbereźne słowo. Wszystko przeżywałam od nowa, jak w każdą burzę. Czułam, jak łzy pieką mnie pod zaciśniętymi mocno powiekami.
- Noemi, hej, Noemi... Wszystko dobrze? - usłyszałam głos Mike'a. Zapomniałam, że on tu jest.Mężczyzna stał nade mną, przyświecając sobie telefonem. Zrobiłabym to samo, ale swoją komórkę zostawiłam, prawdopodobnie, na blacie w kuchni. Bezmyślna jestem.
Wstałam powoli, przecierając oczy. Dzięki półmrokowi na szczęście Mike nie mógł mnie zobaczyć, bo by się wystraszył. Pewnie wyglądam jak zmora. Uświadomiłam sobie, że on nadal oczekuje mojej odpowiedzi.
- Tak, jest okej. Po prostu zrobiło mi się słabo. Już mi przeszło. - odpowiedziałam. Całe szczęście, że nauczyłam się perfekcyjnie ukrywać emocje. Głos nawet mi nie drgnął, kiedy mówiłam, a w środku byłam cała roztrzęsiona.
- Jesteś pewna? - zapytał raz jeszcze, jakby się upewniał, że nie będzie za chwilę musiał wzywać karetki.
- Owszem. Jestem meteopatą, to u mnie normalne. - oznajmiłam, powracając po ciemku do kuchni.
Podeszłam do szafek i nie widząc praktycznie nic, ale z pomocą nadszedł Mike, świecąc telefonem. Zaczęłam szukać w nich świeczek (zapachowych, tylko takimi dysponuję), zapałek i czegoś na poprawę nastroju. A nic nie poprawia go lepiej niż czekolada. Wyciągnęłam sześć tabliczek; mleczną, gorzką, karmelową, wiśniową, białą i taką z cukierkami w środku, bo wiedziałam, że dwie to jak dla mnie stanowczo za mało. Podeszłam do stołu, rzuciłam na niego wszystko i usiadłam. Zapaliłam świeczkę, a kuchnie rozświetlił niewielki płomyczek. Już po chwili w kuchni roztoczyła się woń wanilii. Rozpakowałam również czekoladę, nakazując chłopakowi gestem, że ma się poczęstować i równocześnie mając nadzieję, że nie lubi tej z cukierkami.
- Naprawdę wszystko z tobą okej? Nie wyglądasz zbyt dobrze... - odezwał się Mike.
Parsknęłam.
- Och, dzięki. Serio wiesz co powiedzieć kobiecie. - skomentowałam.
Michael zmieszał się lekko, jakby nie takiej reakcji się spodziewał.
- Nie... nie chodziło mi o to... - zaczął się przede mną tłumaczyć.
Na jego słowa wybuchnęłam śmiechem, o dziwo, wcale nie wymuszonym.
- Przecież wiem, ale twoja mina była bezcenna. Już mi lepiej. - jak na złość, kiedy to mówiłam trzasnął piorun.
Mike, chyba będzie trzeba ratować :"3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz