Śniła mi się mama. Taka, jaką pamiętam z dzieciństwa. Miała piękne, jasne włosy, które sięgały do pasa i zwiewną sukienkę w kwiaty.
-Nie bój się, Lex. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze-powiedziała z uspokajającym uśmiechem. Podeszła do mnie i mnie przytuliła. Pachniała bzem. Bzem i agrestem. Ja też kocham ten zapach.
-Mamo... Mamo, co ja mam zrobić?-spytałam patrząc jej w oczy.
-Pamiętaj, że nie możesz się martwić. Ja zawsze przy tobie będę. Kocham Cię, córeczko.
Nagle za mamą rozbłysło bardzo jasne światło. Spojrzała się w nie i z powrotem odwróciła się do mnie. Uśmiechnęła się smutno.
-Muszę już iść-powiedziała, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę.-Nie bój się i pamiętaj, że Cię kocham...-dodała i zniknęła w coraz jaśniejszym świetle.
Później już nic mi się nie śniło.
***
Kiedy się obudziłam bałam się spojrzeć na to jak wyglądam. Potrzebowałam prysznica i świeżych ubrań. Odsunęłam kołdrę, usiadłam na łóżku i mało nie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam wpatrującego się we mnie Lionell'a.
-Jak się czujesz?-spytał. Cholera, ale trafne pytanie.
-A Ty jak byś się czuł, co?-mruknęłam i z powrotem wlazłam pod kołdrę. Lion wstał i usiadł na łóżku obok mnie. Odgarnął mi włosy z twarzy.
-Nie dotykaj mnie.
-Lex...
-Powiedziałam: nie dotykaj mnie. Mam ci to napisać, czy co?
-To powiedz mi chociaż jak się czujesz.
-W porządku.
-Potrzebujesz czegoś?-spytał. I to pytanie przeważyło szalę.
-Tak-syknęłam.-Potrzebuję żebyś wyszedł. W tej chwili. Rozumiesz?
-Lex...
-Słyszysz mnie?-wrzasnęłam. Wypadłam spod kołdry i stanęłam przed nim. Tak, wiem, że to dzięki niemu nic mi się nie stało, ale należy zapobiegać, a nie leczyć. Gdyby nie gził się w klubie z tamtym lachonem, to by do tego nie doszło. Wiem, że nie powinnam go tak obwiniać, ale w tej chwili myślałam włącznie jednotorowo.
-Ta dziewczyna nic dla mnie nie znaczy, uwierz mi.
-Jasne, jasne-zaśmiałam się zgryźliwie.-A tam w klubie to się na Ciebie rzuciła. Umiem opatrywać rany, ale miejsc w których Cię pogryzła i podrapała chyba nie chcę oglądać-warknęłam. Nie chciałam przechodzić obok niego, bo pewnie by mnie złapał, więc przelazłam do drzwi przez łóżko.
-Lexington, posłuchaj mnie, do cholery!
-Do cholery to Ty się wynoś! No dalej, tu są drzwi.
-Nie chcę żebyś została sama.
-Tak? To trzeba było nie miziać się w klubie z tą babą! Wtedy byłabym przy Tobie i nic by się nie stało!
Zauważyłam, że go to zabolało. No i dobrze, niech boli. Mnie też bolało.
-Wynoś się. Idź do tej swojej kurwy. Nie chcę Cię więcej widzieć-warknęłam, otwierając drzwi.
Nie płacz, tylko nie płacz. Bo zobaczy, że Ci na nim zależy. Kurwa.
Otarłam oczy wierzchem dłoni i spojrzałam na niego.
-Wynoś się.
Co zadziwiające, tym razem grzecznie wypełnij moje polecenie. Kiedy tylko przestąpił próg zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam wszystkie zamki.
-Otwórz!-załomotał.
Niech sobie krzyczy i niech wali w te drzwi, ja mu nie otworzę.
Nigdy więcej się nie zakocham. Nigdy.
Tak, przyznałam się przed sobą, że zakochałam się w Lionellu, bo, jeśli było inaczej, dlaczego to, co się stało tak cholernie mnie boli? Nie wiem. Zawsze coś musi się spierdolić. Zawsze. No ale cóż, co zrobisz jak nic nie zrobisz. Zostanę starą panną, kota już mam.
Lionku, co teraz poczniesz? Sorry, że takie nijakie, ale nie mam weny ;_;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz