sobota, 7 maja 2016

Od Katfrin do Luther'a

Wyszłam z pokoju w którym właśnie siedziała osoba którą leczyłam, był to lekki przypadek, miałam dużo gorszę a umiałam z nich wybrnąć.
-Kat jak ci idzie?-usłyszałam głos szefa. Odwróciłam się do niego z uśmiechem a on już wiedział, że jest dobrze więc odwzajemnił gest i skinął głową wchodząc z powrotem do swojego biura. Podeszłam do terrarium Keliona i wzięłam go na ręce jak zawsze z uśmiechem. Ruszyłam w kierunku ulubionego człowieka na świecie o imieniu Columbiana. Siedziała w swoim pokoju, jej kasztankowe włosy spływała po ramionach a policzki jak zawsze lekko zaróżowione, miała dziesięć lat i przechodziła przez to samo co ja. Dlatego jest moją ulubienicą, zaufała mi jako jedynej a ja codziennie muszę ją odwiedzić.
-Hey Col- specjalnie użyłam jej zdrobnienia, tylko mi pozwoliła na siebie tak mówić przez co robiłam to często.
-Kat!-krzyknęła uradowana i zeskoczyła ze swojego łóżka, podbiegła i od razu przytuliła mnie do siebie. Zaśmiałam się i objęłam ją jedną ręką w drugiej dalej trzymałam małego gekona.
-O bosze, jak ja cię dawno nie widziałam, zobacz kto jeszcze cię odwiedził-codziennie tak mówimy „jak ja cię dawno nie widziałam”… czemu? A bo ja wiem? Podałam jej Keliona który był zadowolony, kochał Col tak samo jak ja, pocałowała delikatnie jego główkę i położyła go na łóżku, usiadła obok niego i wpatrywała się jak gekon liże się po oczach. Uśmiechnęłam się i zostawiłam ich samych, wiedziałam, że nikomu nic się nie stanie, gdy zamykałam drzwi usłyszałam jeszcze śmiech dziewczynki.
 **
Wróciłam do nich po około 20 minutach, musiałam już się zbierać , wypełniłam wszystkie papiery odnośnie chłopca którego dziś leczyłam i mogłam iść już do domu. Chciałam jeszcze pobiegać i iść na siłownie więc musiałam się zbierać. Weszłam do pokoju a widząc śpiącą już Col a obok Keliona uśmiechnęłam się, wzięłam gekona a dziewczynkę przykryłam kołdrą. Wyszłam z pokoju i z budynku kierując się do swojego samochodu a raczej brata bo ja zwykle jeżdżę motorem, chyba, że jest piątek i zabieram samochód brata… dlaczego? Kelion od poniedziałku do piątku jest cały czas w szpitalu ,nie chce go codziennie wozić więc biorę go tylko w weekendy do domu, a raczej ciężko jest przewieść gekona motorem… Odpaliłam samochód a po chwili jechaliśmy już na ulicy w kierunku domu…. Jeszcze tylko 27 minut i będziemy w domu…. 26 minut…. 25 minut. Dobra już mi się to znudziło obliczanie ile czasu jeszcze muszę jechać… ech chce być już w domu! Postanowiłam przyśpieszyć i wyminąć samochody jadące przed mną, nie obchodziło mnie także czerwone światło! Mówiłam już, że jestem w ch*j zmęczona?! Nie to mówię…
**
Samochód stał już w garażu a ja szykowałam się do biegania, zmieniłam ubrania na wygodniejsze, wzięłam też Tolio który już czekał przy drzwiach, zapięłam mu smycz.
-Idę biegać!-krzyknęłam do Sylvaina który był gdzieś na górze.
-Okey!-odkrzyknął kiedy zamykałam już drzwi. Od razu nałożyłam na uszy słuchawki i włączyłam rap. Ruszyłam biegiem a obok mnie biegł pies którego na polanie postanowiłam odpiąć i dać mu pobiegać swoim tempem.
 **
Wróciłam do domu z nierównym oddechem, odpięłam Tolio który poszedł do kuchni najprawdopodobniej by się napić, ja poszłam w ślady za nim. Nalałam sobie wody do szklanki i niemal od razu ją wypiłam… niemal bo brat nie dał dokończyć mi tej tak wspaniałej czynności jak dopicie napoju.
-Co chcesz?-powiedziałam a on spojrzał na mnie błagalnie, wywróciłam oczami udając, że nie mam czasu a przecież większość rzeczy miałam zrobić poza domem.
-Ech… kiedyś mi za to odpłacisz-rzekłam a on uśmiechnął się.
-Kochana siostrzyczka…
-Nie mów tak! Bo zostanę-przerwałam mu, nie lubię jak nazywa mnie siostrzyczką… ble…
-Wróć przed 4 rano-powiedziała ja zaśmiałam się sarkastycznie.
-Pięknie martwisz się o siostrę, dobra idę się przebrać i uciekam-pocałowałam go w policzek i pobiegłam do swojego pokoju gdzie czekał na mnie Alex, leżał na moim łóżku bawiąc się swoją piłką. Gdy mnie zobaczył zeskoczył z mebla i podbiegł do mnie, wzięłam go na ręce i pocałowałam jego główkę, polizał mój policzek a ja zaśmiałam się. Odłożyłam go na podłogę i weszłam do garderoby… co by tu założyć? Wybrałam czerwone szpilki oraz tego samego koloru sukienkę, z tyłu miała koronkę na całej długości pleców, a z przodu była prosta, zabrałam bieliznę i ruszyłam do łazienki. Po drodze wzięłam telefon, nie mając wolnych rąk podziękowałam bratu, że kazał zrobić w łazience specjalną szafkę na alkohol, w tej chwili interesowało mnie wino. Rzeczy położyłam na blacie, odkręciłam kurek od ciepłej wody która powoli zapełniała wannę. Podeszłam do kochanej szafki i wziąłem białe wino, nalałam do kieliszka które także były na miejscu… kocham cię Sylvain! Napój położyłam na podłodze przy wannie a sama rozebrałam się szybko, po chwili już byłam w ciepłej wodzie… uwielbiam, zakręciłam wodę i sięgnęłam po naczynie, upiłam łyk alkoholu i wzięłam telefon.
-Haf… Haf… a tu-powiedziałam przeszukując listę kontaktów, zadzwoniłam do przyjaciółki która odebrała już po drugim sygnale.
-Co jest?-zapytała choć dokładnie wiedziała, jeśli dzwonie o tej godzinie do niej to znaczy, że idziemy do klubu.
**
-Pospiesz się!-krzyknęła do mnie Hafetesona (Haf).
-Już idę!-odkrzyknęłam, pożegnałam się z bratem i wyszłyśmy z domu pozostawiając go samego na sam z… no właśnie miała przyjść do niego jakaś dziewczyna… trudno!
-Masz nie pić, ostatni kiedyś się upiłaś wyciągałam cię z rowu bo upiłaś się w trzy dupy-ostrzegłam ją a ona spiorunowała mnie wzrokiem. Wywróciłam oczami śmiejąc się a ta tyknęła mnie w żebra.
-Ał…
-Nie marudź, wsiadaj-rzekła rzucając mi kluczyki, no tak ja prowadzę, ech… wsiadłam od strony kierowcy, odpaliłam samochód i nie czekając na to aż dziewczyna zamknie drzwi ruszyłam. Po około 25 minutach byłyśmy przed znanym nam już klubem, podeszliśmy do ochroniarzy omijając kolejkę, przywitałam się z nimi całując w policzek czego nie lubili… ale cóż taka już jestem, taką trzeba mnie pokochać. Wpuścili nas, w moje nozdrza uderzył zapach potu i papierosów. Głośna muzyka dudniła w moich uszach a ja uśmiechnęłam się i pociągnęłam Haf w strone baru… najpierw jedna szklaneczka… potem taniec… druga szklaneczka… drugi taniec…trzecia szklaneczka…czwarta szklaneczka… trzeci taniec…
**
-Ku*wa! Mówiłam byś nie piła, znów upiłaś się w trzy dupy…-zaśmiałam się a przyjaciółka spiorunowała mnie wzrokiem.
-Ej… ja prowadzę, ty śmiejesz się ze znaku który przypominał ci człowieko-wilka a ty mi mówisz, że to ja się upiłam?-zapytała lekko zła a ja jeszcze bardziej się roześmiałam.
-Ale to był człowieko-wilk! Widziałam go! Nawet nie mówi, że nie był podobny do tego co widziałyśmy wczoraj… nie poczekaj ku*wa wczoraj się nie widziałyśmy… ale przed wczoraj!-nawijałam jej przez całą drogę, dobrze, że nie wylądowałam w rowie… choć może i wylądowałam?
-Dobra jesteśmy na miejscu, odprowadzę cię-powiedziała a ja skinęłam głową z uśmiechem, wysiadłam a ja otworzyłam drzwi, wyszłam z samochodu i od razu się wyj*bałam! No bo jak to inaczej kutwa! Wstałam z pomocą przyjaciółki, zdjęłam szpilki i wzięłam je do ręki, drugą dłonią trzymałam się Haf. Odprowadziła mnie do łazienki gdzie ogarnęłam się choć trochę, przebrałam w pidżamę i poszłam spać… mam wszystko w dupie!
**
Wstałam o… 13? Bosz… podniosłam się z bólem głowy, czy tylko ja nie lubię kaca? Bosz… co za pytanie retoryczne? Raczej, że nikt nie lubi mieć kaca, wstałam leniwie z łóżka i poszłam do łazienki, tam się ogarnęłam, najlepsze na kaca jest bieganie… w moim przypadku, lecz nie dziś, byłam zmęczona potrzebny mi spacer. Wzięłam Tolia i Alexa na smycz, oczywiście mój kochany braciszek kazał mi wziąć też swojego psa… no bo jak to inaczej? Zapięłam więc trzy psy i założyłam dwóm kagańce, będę szła przez miasto więc wolę nie ryzykować. Wyszliśmy z domu, do miasta na piechotę mieliśmy koło 45 minut… więc zanim doszliśmy zrobiło się ciepło, założyłam okulary które na szczęście wzięłam. Alex plątał mi się pomiędzy nogami co nie było pomocnym rozwiązaniem, jednak musiałam zajść jeszcze do pracy bo zapomniałam wziąć dokumentów… zajeb*ście. Zajdę jak będę wracała… teraz kierunek zoologiczny, nowe zabawki dla Alexa i jedzenie dla gekona. Kiedy dotarliśmy do miasta niemal od razu zakupiłam dwie kawy i wypatrywałam gbura… mam! Podeszłam do chłopaka i podałam mu kawę, zdziwił się.
-Dziękuje, nie ma za co, do widzenia miłego dnia, do widzenia-powiedziałam całą naszą rozmowę… a raczej rozmowę która powinna tak wyglądać. Odeszłam nie patrząc na to, że chłopak nadal był zdziwiony.
-Po prostu wypij-krzyknęłam nie odwracając się, upiłam łyk swojego napoju i poszłam do sklepu. Zoologiczny niebawem… weszłam i od razu uderzył mnie zapach psiej karmy oraz zwierząt. Może kupie sobie nowe zwierzę…? Podeszłam do kasy i poprosiłam o wybrane przedmioty, sprzedawca zapakował je a ja zapłaciłam biorąc torbę. Po chwili znów szłam przez uliczki kierując się w stronę szpitala psychiatrycznego z którego muszę odebrać dokumenty. Ale nie było mi to dane… musiałam wpaść na tego chłopaka któremu dałam kawę!
-Przepraszam-powiedziałam z lekkim uśmiechem próbując ogarnąć psy które zaplątały się w smyczy. Westchnęłam i schyliłam się by im pomóc.

Luther?XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz